Czasem zazdroszczę kobietom. Im chyba w mniejszym stopniu doskwiera libido. Owszem, również je posiadają, ulegają mu, ale nie wydają się być tak zwierzęco przez nie usidlone. Ja, ukształtowany przez moralność katolicką, pełen etyki, która wydaje mi się moją własną, a którą tak naprawdę zostałem nafaszerowany, żyję w przekonaniu, że to zniewolenie wobec popędów, którego doświadczam, jest złe. Inna sprawa, że to tylko kwestia wychowania, że to naleciałość kulturowa, że to zabobon, że to nic naturalnego. Ale chociaż zdaję sobie sprawę z jej sztuczności, odczuwam tę moralność jako coś zrodzonego we mnie, istniejącego w pełni niezależnie. I ta etyka chłoszcze mnie, nie zostawia na mnie suchej nitki, gdy rozmawiając z pustą blondynką, mając pełną świadomość jej tępoty, jej ograniczenia umysłowego, jej fałszu, płytkości, jednocześnie zerkam na jej biust, a gdy kończymy rozmowę i odwraca się, aby odejść, ja - całkiem świadomie i nie bez pewnej rozkoszy - kieruję wzrok na jej opięte dżinsami pośladki.
I znowuż nic nie daje odwołanie się do biologizmu i wmawianie sobie oczywistych prawd, że jest to naturalny instynkt, w który wyposażyła mnie natura, abym ochoczo i konsekwentnie dbał o przedłużenie gatunku. Sumienie - choć może raczej superego; prawda wyrzeka się dogmatów, sięga po naukę - ocenia to zniewolenie wobec popędów negatywnie, każe mi się wstydzić i dążyć do poprawy. Czego ja zrobić nie potrafię. Ostatecznie libido zawsze wygrywa, a moja chęć bycia lepszym jest chwilowa i zawsze kończy się w rynsztoku żądz i upodlenia.
Nie chodzi nawet o fizyczną uległość, o cielesne doświadczenie zabronionego obiektu; wystarczy samo wyobrażenie tego doświadczenia, sama pojawiająca się chęć. Chęć, która rozwija się pobudzana przez nieosiągalność, przez fakt bycia owocem zakazanym; chęć, która urasta do wszechogarniającej żądzy, do manii, potężniejąca z każdym dniem; żyjąca bezustannie w wyobraźni; w chwilach przepełnionych duchowością atakująca z sarkastycznym uśmiechem; w poetycznym uniesieniu sprowadzająca na ziemię swoją prozaicznością. Jej wszechobecność, odbijanie się na stosunkach z ludźmi, na podejmowanych decyzjach, które na wpół nieświadomie mają doprowadzić do jej realizacji. Pobudzanie tej chęci w jakimś niezrozumiałym masochizmie, drążenie, rozdrapywanie ran, żeby bolało jeszcze bardziej, żeby było jeszcze bardziej upokarzająco. A może podsycam ją po to, aby się w końcu coś działo, aby przeżywać jakieś uczucia, emocje? Choćby nawet miały to być brudne żądze i upokorzenie, to nareszcie jest coś, czego się doświadcza, czym się żyje, coś prawdziwego, dotykalnego dla ducha, koniec marazmu, apatii, wegetacji.
Właściwie wszystkie moje bóle, wszystkie problemy, wszystkie wątpliwości sprowadzają się do konfliktu mojej sfery fizycznej ze sferą duchową. W tym przypadku chodzi o walkę całego mojego brudu z moją moralnością, walkę, którą moralność musi przegrać, bo ona nie akceptuje potknięć, kompromisów, półśrodków, a ja nie jestem - i być nie mogę - nieskazitelny. Wyświechtany truizm o tym, że nikt nie jest święty... Całym swoim myśleniem, całą "lepszą częścią" stoję po stronie etyki, kibicuję jej, ale nie jestem zdolny do całkowitego opanowania tych brudnych instynktów. Nie wiem, czy przegrywam z powodu wrodzonej słabości, czy też może mój kochany defetyzm nie pozwala mi walczyć z całych sił. Chociaż raczej jest to po prostu starcie dwóch dobrych bokserów, w którym żadna ze stron nie może uniknąć razów. A że cios zadany moralności jest jednocześnie jej porażką...
Widząc mój brud, nie mogę go nie potępiać, ale widząc moje potępianie, nie mogę z niego nie szydzić, bo wiem, że jest ono bezsilne. I tak zbyt rozwinięty zmysł moralny prowadzi do cynizmu. Żadna świadomość widząc swoje zło i mając pełne rozeznanie we własnym brudzie, nie może pozostać czysta i niewinna. Sarkazm, chęć upadku, bycia jeszcze niżej, przekorna rozkosz toczenia się po równi pochyłej. Im dłużej obcuję ze sobą, im bardziej poznaję swoją ciemną stronę, tym częściej myślę, że skoro od libido nie ma ucieczki, to trzeba się mu bezwarunkowo poddać, rzucić się w wir rozpusty - to w końcu też jest forma protestu. I to forma pełniejsza, bo szczera - żadne maskowanie się, żadne pełne hipokryzji udawanie, że jest się cnotliwym.
Tylko żeby już skończyć z tą przeklętą Dwoistością; żeby choć raz być Jednością! Jeśli nie mogę być świętym, będę najohydniejszym z lubieżników; jeśli nie mogę być Człowiekiem, będę Zwierzęciem; jeśli nie mogę być całkowicie dobry, będę skończenie zły; jeśli nie mogę uwolnić się od popędów, stanę się ich wyznawcą; jeśli nie mogę zamieszkać w księstwie poezji, zostanę obywatelem imperium perwersji; jeśli nie jestem stworzony dla monogamii, będę miał co wieczór inną; jeśli nie mogę być wyłącznie sercem, niech będę jedynie chucią; jeśli nie mogę być wyłącznie kapłanem duchowości, stanę się sługą zmysłów; jeśli nie mogę zaznać spokoju, rozpętam orgiastyczny huragan; jeśli nie mogę być nauczycielem etyki, stanę się łowcą niewinności; jeśli nie mogę żyć w pięknie, będę współżył na wysypiskach; jeśli nie mogę być silny, będę się płaszczył przed swoją słabością. Jeśli nie mogę być Bogiem, będę Szatanem.
Czasem myślę, czy by się nie wykastrować.
Phnom Penh
phnom@go2.pl
phnom_penh@pf.pl