Leżąc w ciszy nocnej, kładę sobie czasem nieświadomie rękę na piersi. Czuję wtedy bicie własnego serca: miarowe, choć może odrobinę za szybkie. To uczy pokory. Bo w tym właśnie momencie przypominam sobie, kim jestem - rzecz nieprawdopodobna - jakieś 80 kilogramów mięsa z kością. A serce? Mały mechanizm, mięsień wielkości pięści, który pracuje niestrudzenie, bez najmniejszej przerwy od niemal dziewiętnastu lat. Aż mu się nie dziwię, że w pewnym momencie zechce stanąć. Niby nic wielkiego - pompka, która w jednej chwili po prostu przestaje funkcjonować. W cztery minuty później umiera mój mózg - kolejne kuriozum: kilogram galaretowatego mięsa, który niegodnie jest odpowiedzialny za całe moje życie uczuciowe, psychiczne, fizjologiczne, w którym mieszczą się wszystkie moje wspomnienia, cała moja wiedza, najniższe żądze i najwznioślejsze aspiracje.
Ciągle jeszcze, przez jakąś niepojętą megalomanię, uważam, że człowiek nie został stworzony do śmierci. Ta głupia naleciałość paru tysięcy lat cywilizacji judeochrześcijańskiej, cywilizacji antycznej, cywilizacji zachodnioeuropejskiej wraz z całą naiwną nadzieją Pól Elizejskich, Raju, reinkarnacji, a w najgorszym wypadku energii astralnej fruwającej po kosmosie, tkwi gdzieś głęboko w mojej podświadomości i nie pozwala mi całkowicie przestawić się na biologiczny (a więc bezlitosny) sposób myślenia. Moja świadomość przejawia nieprzeparty opór w kwestii uznania mojego jak najskrajniej egocentrycznie i egoistycznie postrzeganego bytu indywidualnego, filozoficznego, estetycznego i artystycznego za złudzenie wyprodukowane przez kilogram neuronów umieszczonych w kościstej klatce, będącej zwieńczeniem mieszaniny mięsno-kostnej z kilkoma otworami ułatwiającymi tak proste i oczywiste funkcje jak oddychanie, odżywianie i wydalanie.
Każdy przejaw mojego biologizmu poniża i upokarza tę część mnie, którą umownie nazwijmy duszą (kwestia nomenklatury, nie dogmatów). Pomijając śmierć, która będąc jedynie zatrzymaniem pracy mięśnia i obumarciem neuronów, pokonała Mozarta, Einsteina, Sokratesa, a i pokona wszystkich, których znam, ze mną włącznie (to ostatnie oczywiście przeraża mnie najbardziej), wystarczy wspomnieć choćby proces odżywiania albo próchnicę zębów. Raka prostaty albo pierdzenie.
Trawienie - spisek uknuty przeciw mnie. Wkładam do ust kawałek kanapki, gryzę i połykam. A mój organizm - bez mojej zgody i wiedzy, a więc na przekór mnie - rozkłada za pomocą enzymów, kwasów i cholera wie czego jeszcze ten kęs chleba z kiełbasą na witaminy, białka, tłuszcz, cukry itp. Moje jelita, które przecież są czymś mi najbliższym, są mną, działają niezależnie ode mnie, jakby w akcie buntu. Jak to?! Ja, człowiek, pan wszechświata, dumny zdobywca kosmosu, krewny aniołów nie mam żadnej władzy nad tym, co się dzieje we mnie? Podczas gdy w mojej głowie układane są traktaty filozoficzne, rozwiązywane abstrakcyjne matematyczne zadania, opracowywane fizyczne wzory, pół metra niżej, w moim układzie pokarmowym następuje rzecz dla mnie o wiele ważniejsza, utrzymująca mnie przy życiu, o której ja nie mam pojęcia, nad którą nie sprawuję kontroli? Czuję się zlekceważony przez własne wnętrzności.
Jakże pełna sarkazmu i przekory jest natura! Wyposażyć nas w boskie aspiracje, w marzenia o nieśmiertelności, w zdolność tworzenia piękna i zachwycania się nim, w możliwość kochania, a jednocześnie sprawić, żebyśmy ze swoich kiszek wydalali organiczną substancję, która ohydnie śmierdzi i która za każdym razem boleśnie sprowadza nas na ziemię i uświadamia nam czym naprawdę jesteśmy. Czy defekujący filozof jest nadal filozofem?
Świadomość, że wszystko jest urojeniem. Że nie ma czegoś takiego jak moja osobowość. Wystarczy kilkumilimetrowa narośl na galarecie w mojej głowie, żebym się stał niemową, ślepcem, matematycznym geniuszem lub psychopatycznym mordercą. A amnezja? Całe moje dotychczasowe życie, wszystkie wspomnienia można wymazać w tak prosty sposób. Wylew - i staję się warzywem, które odżywiane przez kroplówki może przeżyć wiele lat, nie mając kontaktu ze światem, bytując na granicy nieświadomości. Alzheimer, demencja - przestaję poznawać swoich bliskich, gubię się we własnym mieszkaniu, zapominam jak się nazywam, trzeba mi zakładać pieluszki, żebym się nie obsrał. Małe uszkodzenie kręgosłupa - i jestem przykuty do łóżka, nie mogąc ruszać niczym innym niż głową. Godność...?
Stałość w postrzeganiu rzeczywistości? Pewność? Skoro tak łatwo - za pomocą kilku tabletek lub odrobiny białego proszku - można uwierzyć w każdą rzeczywistość, można zamieszkać w najosobliwszym ze światów. Kiedy nawet kilka piw potrafi zmienić temperament, obudzić w nas potwora, popchnąć do zbrodni. A może tlen też jest halucynogenny? Może część naszego życia to urojenia, a że nie potrafimy bez oddychania przetrwać, nigdy się nie przekonamy, jak naprawdę wygląda świat. Miłość - potlenowy zwid?
Kiedy czytam książkowe opisy śmierci, gdzie umieranie to dostąpienie ukrytych prawd, pełne symbolizmu przejście w jasność lub - o rozpaczy! - spotkanie z piękną, tajemniczą kobietą, która zabiera nas w podróż, kpiący uśmiech nie schodzi mi z twarzy. Ile w tym czci, ile powagi, ile patosu! W ileż metafor można ubrać coś tak prozaicznego jak zatrzymanie pracy serca! Ale nie dziwi to pełne naiwnej nadziei nadawanie znaczenia tym ostatnim chwilom, które w rzeczywistości zapewne są wypełnione pośpieszną tęsknotą za traconym życiem i najboleśniejszym z możliwych doświadczeniem własnej cielesności.
To, czym jest w rzeczywistości śmierć, definiuje nasze życie. Nie jest ono niczym wielkim. Nic w nim nie zasługuje na większą powagę. Gdyby tak było, nie kończylibyśmy tak marnie i nieszczególnie. Ten niegodny sposób w jaki umieramy, a zarazem nieuchronność tego faktu, odbierają życiu wszelką podniosłość.
Nic dziwnego, że ludzie wymyślili bogów.
Phnom Penh
phnom@go2.pl
phnom_penh@pf.pl