Sześć





Hegemon stał w drzwiach ale nikt nikogo nie zabił. Do dnia dni zostało sześć. Sześć rozpraw, osiem pierwiastków z jednego. Sześć kwadratów ostatni będzie pierwszy.


Hegemon siedział na tronie okryty kapturem szaty swobodnie nasuniętej na ciało. Na bocznej stronie stroju dało się zauważyć starannie wyszyte dwie cyfry.
Dwadzieścia trzy, pierwszy nie myślał o tej liczbie w jakiś poważny sposób. Oczywiście podobnie jak Ty, skojarzył sobie to z Eris, jednak prawdziwy sens był znaczniej skomplikowany, czy jak też wolisz banalny. Sześć jako wynik to także nie poprawne myślenie, chociaż kto wie. Wydaje się, że ta prosta kombinacja ma znaczenie bardziej symboliczne, wyśmiewcze aniżeli ochronne.
Pierwszy siedział na krześle. Krzesło pomimo tego, że drewniane i proste w wykonaniu było całkiem wygodne. Przynajmniej tak mi się wydaje bo musisz wiedzieć, że tamte czasy, zresztą jak każde dla nas nie były łaskawe toteż o zebranie myśli nie było łatwo. Powracając do krzesła, stało ono w rzędzie takich bliźniaczo podobnych do siebie mebli. Krzesła zostały postawione naprzeciwko trzech stołów. Z środkowego, ustawionego naprzeciwko szóstki, zwykle przemawiał Hegemon, obok Hegemonowego królestwa nad którym obronę pełnił Amon, stały jeszcze dwa stoły obrócone w sposób taki by biały i czarny mogli patrzeć Hegemonowi w twarz.

Widok sali rozpraw był niezwykły. Z jednej strony miejsce sędziego nad którym nie dało nie zauważyć się rzeźby Amona mistrza i uzdrowiciela sędziego z drugiej zaś ściana z tą niezwykłą cyfrą jaką była dziesiątka. Żartowałem.
W sali wszystko miało swoje zastosowanie, meble w tak zwanym angielskim stylu dawały poczucie swojego rodzaju otoczki srogości a zarazem płynącej z niej zimnej logiki, systematyczności, sprawdzonych algorytmów.
W sądzie byłem parę razy, trudno nazwać to wizytami, a także trudno opisać uczucia towarzyszące mi podczas wszystkich sześciu rozpraw. Ze względu na moje stanowisko rozumiesz chyba, że los tych rozpraw oznaczał dla mnie wszystko. Całość znajdziecie właśnie tutaj.
Ultimatum dnia pierwszego: Absurd. Bunt. Prawda. Cel. Wizualizacja. Sukces.





***


Puszka po napoju chłodzącym zgnieciona przez pierwszego przeżywała swoje radosne chwile kiedy leciała ruchem dziwnym jak dla puszek do kosza stojącego koło parku. Co ciekawe puszka nie trafiła do pojemnika tylko trochę dalej. Obiła się o obręcz po czym wylądowała radośnie na kartonie po mleku.

Pierwszy kopnął więc karton. Nigdy nikomu o tym nie mówiłem ale tak się zastawiam po jaką cholerę on kopnął ten karton. Karton kontynuował zresztą swoją przygodę, został schwycony przez neutralnych. Ci przekroili go na pół i ochrzcili menotrakem.
Pierwszy był już na pierwszej alei i mijał pierwszy zakręt. W ręce trzymał wezwanie do sądu.
Dziś miał się dowiedzieć co jest powodem tego niespodziewanego wezwania. W tym czasie kiedy pierwszy szedł do sądu ja próbowałem przypomnieć sobie jego życiorys.
Akurat miałem przy sobie biblię. Nim zacząłem szukać życiorysu moją uwagę przykuła instrukcja:
Otwórz swoje oczy
Otwórz swój rozum
Otwórz moje serce
I mów do mnie

Po zapoznaniu się z wyżej wymienionymi wersami przeszedłem dalej. Zabawne. Cyfry układają się w dziwny sposób. Pierwszych sześciu stron biblii nie było. Nie pozostało mi nic innego jak tylko iść dalej, szukając, skupiłem całą moją uwagę na TYM. Przeczuwałem, że w innym przypadku nawet najmniejsza co mnie ciekawiło. Życiorys szóstego był w zasięgu mojego wzroku więc szybko na nim błahostka mogłaby mnie strasznie zaabsorbować. Myliłem się, biblia pomimo tego, że nie miała dla mnie większego duchowego znaczenia wyzwalała w sobie szacunek, którego zbezcześcić z jakichś przyczyn nie mogłem.
Pewnie dlatego schowałem ją do kieszeni. W kieszeni tej miałem kalendarz z całkiem ładnymi dziewczynami uważałem więc, że lepszego miejsca nie mogę dla niej znaleźć. Pomyślałem - Teraz jesteś w dobrych rękach. Życiorysu nie sprawdziłem. Szkoda.

Następna część wkrótce!

Love,
denay