POZIOM LIGII KONTRAKT W JEDEN DZIEŃ ROMANOWSKI (ODCINEK 8)

W tamtych latach liga polska była zdecydowanie silniejsza niż obecnie. Teraz wszyscy pieją z zachwytu, że wyeliminowano po dogrywce dziewiąty zespół ligi włoskiej, który nie ma w składzie trzech poważnych piłkarzy. Wtedy było inaczej. Doszło do tego, że Legia, która dokopała Sampdorii, rok później broniła się przed spadkiem. Inna sprawa, że to już nie był ten sam zespół. Co tu dużo mówić - grali wszyscy, którzy byli w klubie, bo brakowało szrotu! Gdyby wymieniać poważnych piłkarzy to byłem ja, Zbyszek Robakiewicz, Darek Czykier i Jacek Sobczak. Później przyszli jeszcze Jacek Zieliński i Krzysiek Ratajczyk.
Trener też był, jaki był - Etmanowicz, który wziął swoich ludzi z rezerw. Jednak to był śmieszny zespolik! Modzelewski czy nie Modzelewski, jakiś Wójcik - tacy ludzie w nim grali! Nawarstwiały się problemy finansowe w klubie. Pamiętam, jak obiecano nam wysokie premie za wygranie z Widzewem. No i wygraliśmy 1:0. Dostaliśmy po 8 milionów złotych, w banknotach... prosto z kas biletowych, od kibiców! Każdy z nas wyszedł więc - dosłownie! - z reklamówką pieniędzy. Poszedłem do sklepu na osiedlu, poprosiłem, żeby mi zamieniono na grubsze. Ludzie stali w kolejce, czekali kilkanaście minut, a tam liczono kasę. - Skąd on ma tyle pieniędzy?! - słyszałem za plecami. - To pewnie jakiś bandzior! - dopowiedział ktoś. I tak sobie wtedy pomyślałem, że najbardziej przewalone to miał ten, kto rozdzielał te pieniądze na kilkunastu zawodników i się przy tym nie pomylił. 8 milionów to było sporo kasy, bo w Legii podpisałem kontrakt, który gwarantował mi 25 milionów przez... pięć lat. To nie była taka znowu wielka suma, bo ten cały pięcioletni kontrakt (jedyny, jaki miałem w Legii aż do wyjazdu do Hiszpanii!) wydałem w ciągu dwóch miesięcy, a może... w jeden dzień. Poszedłem do sklepu.
- Poproszę telewizor i wideo. Co tu jeszcze macie? - spytałem.
- Wieżę stereo.
- Też poproszę.
Później, w następnych latach, gdy te 25 baniek były przeszłością, zarabiałem na pensji, przez rok miałem dodatkowy kontrakt z panem Romanowskim oraz trafiały do mnie premie. Razem z Piszem, akurat wtedy wypożyczonym do Lublina, zawsze miałem najwyższe w drużynie. Romanowski zaczął nas zresztą wspierać dość nietypowo. Dla strzelca gola przy Łazienkowskiej dawał po półtora miliona złotych. A najlepszemu zawodnikowi przyznawano aparat fotograficzny Kodaka. W końcu miałem tyle tych aparatów, że zacząłem je rozdawać. A kasa z bramek zawsze szła na wspólne konto drużyny. Przełożenie proste - im więcej bramek, tym więcej piwa po meczu na czyjś koszt. Problem w tym, że szło nam jak po grudzie. Te Modzelewskie nie nadawały się do gry na tym poziomie. Jeden nie mógł ciężko trenować, inny miał problemy z psychiką. Dobrze, że chociaż kibice nie robili nam problemów. Wtedy była taka sympatyczna atmosfera, że choćby kompletnie nie było czego gratulować, to jak spotkało się kibica - składał gratulacje. Póśniej wokół polskiej piłki atmosfera zrobiła się taka, że podejrzenia zaczęły gonić podejrzenia, plotki ścigały się z plotkami. Dla nas zbliżały się najważniejsze mecze sezonu. Ważniejsze niż te w późniejszych latach o mistrzostwo kraju. Czas uciekał, a my wciąż dramatycznie broniliśmy się przed degradacją. Zbliżały się mecze o życie.