WÓJCIK: - KOWAL I LEGIA! MECZ NA BRÓDNIE DWÓCH SNAJPERÓW I AUTOBUS (ODCINEK 7)

Jadąc na zgrupowanie reprezentacji olimpijskiej, miałem mieszane uczucia. Z jednej strony - wspaniale, kolejny krok w karierze. Z drugiej strony, wciąż ta pożerająca mnie ciekawość, co mówi się w Polsce. A raczej - co o mnie mówi się w Polsce. Potęgowały to odprawy trenera Janusza Wójcika. Nie znaliśmy się jeszcze wtedy prawie w ogóle. A on ciągle powtarzał: "Przyjechaliśmy do Irlandii wygrać. Jak zremisujecie, to jesteście pedały. Patrzcie na Kowala i Legię. Dali wycisk Manchesterowi United! Kowal i Legia, Kowal i Legia, Kowal i Legia!". Była we mnie ta duma - Kowal i Legia. Chłopaki byli z jakichś Górników Zabrze i Olimpii Poznań, więc mogli nie wiedzieć, o co chodzi. Pokazałem im - gol, asysta, najlepszy na placu. Oto Kowal, oto Legia!

Byłem pewny siebie. Ludzie wokół mnie byli... pewni mnie. Oho, coś nam tu rośnie, coś rośnie! Coś, co uratuje polski futbol. Jakiś nowy Boniek!

Po meczu z Sampdorią, wracając do domu, podjechałem taksówką z tyłu bloku, nie chciałem się rzucać w oczy. Jakoś dziwnie się czułem. Wiadomo, że kumple czekali, więc chwilę pogadaliśmy. - Ty, ale jeszcze będziesz grał z nami w piłkęś - pytali. - Nie, teraz będę grał tylko z Viallim i Mancinim - wypaliłem. - Kowal, nie pierdol! - odpowiedzieli. No i się umówiliśmy. Dzień po meczu z Sampdorią spędziłem na boisku pod blokiem. Grałem ubrany w koszulkę Manciniego. Ktoś może to sobie dziś wyobrazićś Zawodowy piłkarz na osiedlowym placyku. Dla mnie to było normalne. Nawet chciałem podkreślić, że to ja strzeliłem te dwa gole Sampdorii - jak gdyby koledzy tego nie wiedzieli - i stąd ta koszulka, oryginalna, prosto od magazyniera z Genui - zorganizował ją dla mnie Andrzej Grajewski. Wtedy na boisku nie było jak się wymienić, bo Włosi byli wściekli, a publiczność ciskała w nas monetami, zapalniczkami, butelkami. Nie pamiętam, jak mi poszło dzień póśniej na Bródnie. Pewnie coś strzeliłem i pewnie moja drużyna wygrała. Bo moja drużyna zawsze wygrywała! Graliśmy tak długo, aż wynik się zgadzał.

Po Manchesterze byłem już spokojniejszy i nie było we mnie tej skromności schowanej w taksówce z tyłu bloku. Mogłem afiszować się ze swoimi sukcesami. Najpierw Anglicy, póśniej olimpijska. Coś się zaczyna wokół mnie dziać! Jednak to nie było tak, że odbiła mi sodówka. Miałem jeszcze zaległe imieniny Wojciecha zaraz po powrocie z Manchesteru, więc koniecznością było zorganizowanie czegoś. No to ruszyliśmy z kumplami w tango, trzeba było to wszystko odreagować. Poza tym cały czas jeśdziłem autobusem. Lubiłem, bo można było w spokoju poczytać sobie gazetkę. A że Andrzej Łatka mieszkał na Pradze, bodajże przy Stalowej, to często się spotykaliśmy w autobusie numer 162. Gość, który walnął gola Barcelonie z gościem, który powtórzył jego wyczyn z Manchesterem patrzący, czy kanar nie wchodzi, bo akurat zapomnieli biletu... Kibice czasami zagadywali nas w środkach komunikacji miejskiej, ale rzadko. Polacy wolą szeptać: - Ty, to on! W Hiszpanii dostałbym plaskacza w plecy połączonego z powitaniem.

Po jakimś czasie miałem już znajomego taksówkarza z Bródna. Był u mnie... na etacie. Nigdy nie włączał licznika, tylko płaciłem mu dniówki. Ile mu dałem, tyle brał. Wiedział, kiedy mnie zawieść na Legię, kiedy odebrać. Miał cały plan tygodniowych treningów. Na pewno stratny nie był!