ROBAK CZY SZCZĘSNY? MACIEK NA TYŁKU RYBKA LUBI PŁYWAĆ (ODCINEK 6) 
Po meczu z Manchesterem United, mimo że odpadliśmy, w szatni panowała radość. 1:1 na Old Trafford to nie taki zły wynik, niektórzy spodziewali się premii za ten remis. świetny mecz zagrał wtedy Zbyszek Robakiewicz. Z powodu czerwonej kartki zagrać nie mógł Maciek Szczęsny. Wiadomo, jak oni dwaj na siebie patrzyli. Wtedy górą był "Robak". My, piłkarze, cieszyliśmy się, że mamy dwóch znakomitych bramkarzy. Prywatnie każdy wolał Zbyszka. Jego żona świetnie przygotowywała ryby, a że rybka lubi pływać, to chętnie go odwiedzaliśmy. Szczęsny miał swoje grono, spoza drużyny, i też na pewno nie prowadził życia ascety. Był trochę na straconej pozycji przez to, że nie imprezował akurat z nami.
Często mnie pytano: - Ty, Wojtek, kto jest lepszyś Robakiewicz czy Szczęsny? Moim zdaniem od meczu z Sampdorią Maciek przestał bronić. Sprawiał wrażenie rozżalonego, obrażonego na cały świat, że przyszedł czas Zbyszka. A prawda jest taka, że Robakiewicz to był jedyny bramkarz, który... nie siadał na dupę. Szczęsny był przewidywalny do bólu. Wiadomo, że to oczytany człowiek, więc robił wszystko dokładnie tak, jak w książce. Jak w podręczniku piłkarskim! A wystarczyło zrobić coś niekonwencjonalnie i był bezradny. Machnąłem nóżką i już siedział. A z "Robakiem" nigdy się nie wiedziało. Czasami puścił coś, czego Maciek by nie puścił, bo było zbyt książkowe. Jednak czasami bronił coś ponadto. Oczywiście "Szczęśniakowi" też się zdarzały głupie bramki. Coś o tym może powiedzieć Piotrek Jegor, choć nie wiem, czy dobrze widział, bo do bramki miał ze czterdzieści metrów.
Siadanie na tyłku nie było jedyną wadą Szczęsnego, mimo wszystko wielkiego bramkarza. Kilka lat póśniej, za kadencji trenera Apostela, reprezentacja Polski poleciała do Brazylii. I bramki zawalił Maciek. Chodzi o to, że on uparł się, aby przy rzutach rożnych brać obrońcę tylko do jednego słupka, drugi pozostawiał odkryty. No i ZAWSZE dostawał w ten odkryty róg gola. Nic się nie uczył, nie wyciągał wniosków. - Jeden do słupka! - wrzeszczał przy rzutach rożnych chyba już do końca kariery.
Cała grupa była od Maćka oddzielona, ale wszyscy go doceniali. Był jeszcze trzeci bramkarz, Marcin Muszyński, ale to był chłopak znakomity do wszystkiego, poza graniem w piłkę. Tego specjalnie nie potrafił i nawet się z tym nie krył. Gdy w Manchesterze siedział na ławce, to póśniej śmiał się, że w czasie meczu miał serce w gardle, czy "Robakowi" się nic nie stanie. Pewnie wolałby zobaczyć znowu Marka Jóświaka w bramce, niż samego siebie.
Mnie w szatni na Old Trafford nie interesowała kwestia "Robakiewicz kontra Szczęsny". Siedziałem tak sobie i myślałem: - Sampdoria, Manchester. Dopiero co Bug Wyszków i Mazur Karczew. Manchester, Karczew. Jezu, jakie to wszystko jest pomieszane!
To był chyba jedyny moment w moim życiu, gdy byłem wszystkiego ciekaw. - Co się teraz stanieś Co dalejś Co o mnie napiszą gazetyś Co powiedzą w telewizjiś Co na to moja rodzinaś Co na to koledzyś - mnóstwo pytań przechodziło przez głowę. Legia zapakowała się do samolotu do Polski, a ja... do Irlandii, na zgrupowanie reprezentacji olimpijskiej. I wciąż pojawiały się kolejne pytania. Królestwo za "Przegląd Sportowy"! Byłem tak potwornie ciekaw, co się dzieje w Polsce. Po meczu z Sampdorią "PS" dał tytuł, który utkwił mi w pamięci na całe życie: "Chłopak z Bródna królem Genui". To zdanie chodziło mi po głowie, w dodatku ten Manchester. Stało się, robię karierę. Jestem kimś.