GRY INNE NIŻ WSZYSTKIE 
Witajcie, drodzy czytelnicy. Postanowiłem, w całej swej dobroci, nauczyć was - cherlaków, chudzielców, słowem: komputerowców - jak rozwija się mięśnie. Tak, mięśnie! To taka rzecz, o jakiej słyszeliście kiedyś na lekcji biologii, służąca do biegania, chodzenia, a także do szpanowania przy panienkach. Do wyboru, do koloru; w każdym razie - mam świadomość, że wy, cherubinki, nie wiecie nawet gdzie w pobliżu waszego osiedla jest siłownia czy choćby boisko do kosza. Trzeba wam więc zapewnić możliwość fizycznej edukacji w środowisku naturalnym; dajmy na to - szkole.
Kiedy już znajdziecie się w tym przybytku rozpusty, przebrniecie przez tratujące was tłumy i obrażających was kolegów, znajdziecie się w okolicy sali, w której będziecie mieć zajęcia. Prawdopodobnie gdzieś niedaleko będą przebywać znajomkowie. Podchodzicie więc do nich i - uwaga - zamiast gadać o grach\necie\kartach graficznych, proponujecie partyjkę rozwijającej psychicznie i fizycznie gry, tzw. "kowboja". Coś świta w główce? Nie? To może objaśnię zasady.
Wraz z kolegą stajecie naprzeciw siebie, w odległości nieco większej niż metr (choć to zależy od wzrostu). Następnie jeden z was (niech będzie to ten, kto doszedł do zabawy - nie bądźcie frajerami!) składa ręce w pozycji "na amen" i prostuje je. Zadaniem tego drugiego jest tak uderzyć, żeby przygrzmocić w łapy kumpla. Może on bowiem próbować odsuwać ręce - a kiedy nie traficie, kandydatami do odstrzału będziecie wy. Rozgrywkę prowadzi się do czasu, aż któryś z zawodników skapituluje. Za ewentualną opuchliznę dłoni jesteście odpowiedzialni wy sami, mnie nic do tego.
Ciekawa gra, prawda? Nawet nie zdajecie sobie sprawy, ile satysfakcji przynosi widok znajomego, któremu właśnie obiliśmy rąsie. Nie polecam jednak tej zabawy ludziom delikatnym bądź ze słabym refleksem.
Postawmy się teraz w sytuacji debilnego osiłka, który myśli bicepsem, kalkuluje tricepsem a doznań intelektualnych zapewniają mu "Siłacze". Tępak dużego kalibru, pomyślicie. I owszem, przyznaję. Dla takich proponuję sesję piłki nożnej, lecz nie na boisku, a na lekcji, na przykład, matematyki. Do zabawy przyda się druga osoba (w pojedynkę w sumie można, ale to nie to samo), kartka w kratkę oraz długopis. Rysujemy boisko o wymiarach 6x10 kratek, na krótszych bokach zaznaczamy bramki o szerokości dwóch pól. Grę zaczyna się od środka boiska. Piłkę można posunąć o jedno pole, wdłuż linii kratek lub na skos. W przypadku, kiedy trafimy na kant boiska lub przecięcie linii, można wykonać drugi ruch. Wygrywa oczywiście ten, co umieści piłkę w bramce (ale nie na jej długości, ale za nią).
Cóż zapewnia taka zabawa? Wierzcie mi - naprawdę uczy logicznie myśleć. Wykonując ruch, trzeba mieć na uwadze możliwości kontry przeciwnika nawet po kilku turach. Jednak wspomniani już napakowani panowie przeważnie nie radzą sobie z tak męczącymi obliczeniami, i walą gdzie popadnie, byle bliżej bramki (podobnie gra nasza reprezentacja...). Z czasem może się wprawią, a może nie... Jeśli ktoś chce mnie wyzwać na pojedynek - zapraszam! Możemy zagrać przez e-mail.
Podsumowując, przedstawione "sporty" są naprawdę wciągające! Wyzwalają ducha rozgrywki! Ludzie - ja jestem od nich uzależniony! Ale, ale, nie o to w tym arcie chodziło. Miało być przesłanie. I w zasadzie jest... Chodzi o to, żeby nie być ani chuderlawym komputerowcem, ani głupim osiłkiem. Żeby znaleźć złoty środek. Hm, w sumie mogłem napisać to na początku i nie wymyślać tego, jakże długiego, tekstu, ale... Mam nadzieję, że znajdzie się jakiś chętny na partyjkę piłki...
military
(militarypolice@wp.pl)