JUŻ WIEM... O PRZEGRYWANIU MOWA 
Wzięło mnie na pisanie. Wyszło ma takie coś, może ci się na coś przyda. Zamieścisz go w amsport, albo nie. {Proszę, ale towarzysz tutaj bezlitośnie warunki stawia... ;P)
To będzie text o futbolu. Trochę niekonwencjonalny i pewnie trochę nudny, ale nie piszę go po to, żeby został za wszelką cenę umieszczony w jakimś magazynie, tylko tak po prostu. Zawsze byłem człowiekiem skrytym, z niewieloma dzielę się spostrzeżeniami. Postanowiłem, że coś sobie napiszę. Czasem to pozwala uporządkować myśli.
Urodziłem się w 1986 roku, chodzę teraz do 1 klasy LO (pierwszej "c"). Profil mat-geo-his. W klasie jest 16 chłopaków. W mojej szkole nie kładzie się zbyt dużego nacisku na sport. To sprawa drugo- lub nawet trzeciorzędna. Mimo to, istnieje ogólnoszkolny turniej w piłkę nożną. Moja klasa oczywiście wystartowała, mimo iż na początku się mało znaliśmy i nie wiedzieliśmy, czy będziemy mieć jakiekolwiek szanse w turnieju. Gramy na szkolnym boisku, po sześciu (5 + bramkarz); ilość rezerowych nieograniczona, 2x20 minut. Ja jestem obrońcą, trenuję w klubie juniorów (liga okręgowa), ciągle robię postępy i gram coraz lepiej.
W grupie mieliśmy 2 zespoły. Klasę 3e i klasę 1d. Jesienią pierwszy mecz, pierwszy mecz razem. Graliśmy z 3e, wynik: 1:1. Wyrównany mecz, choć graliśmy bardzo bojaźliwie jednocześnie ciągle naciskając. Co tu dużo mówić, byliśmy lepsi, ale zadowoliliśmy się remisem. Długa zima spowodowała, że dopiero wiosną zagraliśmy drugi mecz, z 1d, bardzo spokojna wygrana 9:0! Po prostu pogrom, przeważaliśmy pod każdym względem. Wygraliśmy grupę i awansowaliśmy do ćwierćfinału.
W międzyczasie graliśmy wiele sparingów, także ze starszymi klasami. Żadnego nie przegraliśmy! Tak więc chlubiliśmy się mianem niepokonanych. Mamy naprawdę b. dobry skład, nawet w skali szkoły. Mieliśmy ogromne ambicje, apetyty i możliwości. Uważaliśmy się za najlepszą pierwszą klasę. Słusznie.
Teraz główna część textu. Parę dni temu postanowiliśmy zagrać sparing z bardzo dobrą 1 klasą - 1z, na trzy dni przed naszym ćwierćfinałem. Oni nie grają w turnieju (nie zorganizowali się na czas). Jak zwykle zagraliśmy bez najlepszego obrońcy (zwykle kontuzjowany, tym razem coś mu wypadło). Rzeczywiście, okazali się silni, gdyż przegraliśmy 3:1. Pierwszą połowę nas cisnęli (2:0), ale w drugiej już zagraliśmy dużo lepiej, choć i tak stać nas na więcej. To my przeważaliśmy, strzeliliśmy bramkę, ale tuż przed końcem oni ustalili wynik na 3:1 (sprawiedliwsze byłoby 2:1). Dotąd byliśmy bardzo pewni siebie. Aż zbyt pewni. To była pierwsza nasza porażka, sprowadzała nas na ziemię. Oni byli lepsi, my zagraliśmy słabiutko. Ciągle mieliśmy duże nadzieje, trochę nas ta przegrana podłamała, ale wierzyliśmy w siebie. To był tylko sparing.
Nadszedł dzień ćwierćfinału. Przegrywający odpada. Cały dzień, a nawet tydzień każdy myślał tylko o tym meczu. Naszym przeciwnikiem była klasa 1a. Wiedzieliśmy, że jesteśmy lepsi, czuliśmy się mocni. Zwłaszcza, że w końcu zagraliśmy w najsilniejszym, optymalnym składzie, bo dotąd zawsze ktoś wypadał. Rozpoczęliśmy dobrze, w pierwszej połowie, właściwie nie daliśmy im dojść do słowa. Gnietliśmy, ale byliśmy nieskuteczni. W przerwie byliśmy wciąż pewni swego - awansu do pierwszej czwórki. Druga połowa. Upał dawał nam się we znaki, ale zdeterminowani walczyliśmy. Nadal przeważaliśmy, trafiliśmy 2 razy w słupek. Trochę się odkryliśmy, ale tylko raz rywale nam na serio zagrozili. Nie mieliśmy szczęścia. Ciągle 0:0 i dogrywka (2x5 minut). Atakowaliśmy zdecydowanie, choć byliśmy coraz bardziej zmęczeni. Tamci też mieli akcje, ale przypadkowe, nieskładne, niegroźne. Raz po raz któryś z nas chwytał się za głowę po niecelnym strzale. Na dogrywkę przyszło wielu uczniów; jak wspaniale gra się dla publiczności! (Chcieliśmy tak zagrać w finale, przed całą szkołą). Ale mieliśmy pecha, piłka za nic nie chciała wpaść do ich siatki. Koniec. Karne - po 5 strzalów. O ile dotąd przez cały mecz, od samego początku do samego końca byłem pewien, że wygramy tą bitwę. Ale karne to zawsze loteria, zwłaszcza na małą bramkę. Podszedłem do pierwszego karnego, byłem pewien, że strzelę. Strzeliłem pewnie, trafiłem ważną bramkę. Tego dnia byłem w wyśmienitej dyspozycji (mimo bólu prawej stopy) i idę o zakład, że każdego kolejnego karnego strzeliłbym wtedy równie pewnie. Dla nas strzelił już potem tylko Gancar (najlepszy nasz zawodnik). Na szczęście tamci też trochę pudłowali i po serii 5 karnych był remis 2:2. Tu znów mieliśmy pecha, Marzec trafił w słupek (trzeci jego słupek w meczu!). Teraz przyszła kolej na rezerwowych. Przeciwnik strzelił na 3:2, a do naszego karnego podszedł Pjaściak, trochę kontuzjowany. Spudłował. Ogromna radość 1a kontra ogromny smutek mojej drużyny. Przegraliśmy wygrany mecz. Całe 50 minut (2x20 i 2x5) przeważaliśmy. Łzy napłynęły mi wtedy do oczu, ale nie płakałem. Rzadko płaczę, ale tu byłem bliski. Już wiem, co czują piłkarze po przegraniu meczu o wszystko. Wygranego meczu o wszystko. Ktoś kiedyś powiedział, że gdy przegrasz, to schodząc do szatni, spytaj sam siebie, czy mogłeś zagrać lepiej, zrobić coś, żeby zapobiec porażce. Ja spytałem siebie - i zrobiłem wszystko, co mogłem. Trafiłem karnego, nie dopuściłem do starty gola, podłączałem się do przodu. Ach, gdybym to ja mógł strzelać wszystkie nasze karne! Byłem w znakomitej dyspozycji, od dawna żyłem turniejem. Ciągle nie mogę uwierzyć, że odpadliśmy (piszę tego arta kilka godzin po meczu). Byliśmy najlepszą pierwszą klasą w szkole. Graliśmy efektownie, ale nieskutecznie, brakowało ostatniego podania. Od razu po karnych przypomniał mi się mecz Hiszpania-Korea - 1/4 Mistrzostw Świata 2002. My graliśmy jak Hiszpania. "Gramy jak nigdy, przegrywamy jak zawsze." to o grze Hiszpanów w turniejach. My graliśmy chyba najlepszy mecz w historii. I nie przegraliśmy jak zawsze, przegraliśmy drugi raz w historii. Drugi raz w ciągu trzech dni. Graliśmy lepiej, niż dwa dni wcześniej, z 1z, ale mimo to przegraliśmy. I co z tego, że w 1a grał niezgłoszony zawodnik. Zresztą ja nie chciałem przesądzać wyniku przy zielonym stoliku. Byliśmy tak zdeterminowani, każdy biegał, każdy walczył, każdy się starał. Nikomu nic nie wpadało. Przegraliśmy, choć ja zagrałem świetny mecz. Każdy widział, że byliśmy lepsi. I to o klasę. Nie miałbym takiego żalu, gdybyśmy przegrali po niesłychanie wyrównanym meczu, ale my ich zmiażdżyliśmy! Kolega słusznie zauważył, że po meczu z 1z straciliśmy naszą pewność siebie. I niechętnie, ale musiałem się z tym zgodzić. Na nic tu tak szlachetne powiedzonka, że "karne to loteria", albo "kto powiedział, że piłka nożna jest sprawiedliwa?". Nie mogłem uwierzyć, że nasza kapitalna klasa nie awansowała do półfinału. Długo będę to rozpamiętywał, bo po raz pierwszy w życiu tak się czułem. Jak siedzący na murawie i płaczący piłkarz po przegraniu wygranego meczu o wszystko. Szkoda. Na kolejną szansę musimy czekać do przyszłego roku szkolnego.
Przypomniał mi się fragment pewnej piosenki. Perfect - "Niepokonani". Piosenka taka sobie, ale zapadł mi w pamięć jeden tekst. "Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść, niepokonanym." Czy to dobra puenta?
Always Second
(asecond17@wp.pl)