DZIECIŃSTWO OD SŁUPKA DO SŁUPKA

Dzieciństwo to - wbrew temu co kiedyś prowokacyjnie napisałem - czas cudowny. To czas, w którym święty Mikołaj istnieje naprawdę, krasnoludki rzeczywiście odchowują sierotkę Marysię, a chatka na kurzej stopce nie wydaje się jeszcze zupełną abstrakcją. To okres, gdzie smerfy kryją się pod każdym muchomorem, a największym telewizyjnym idolem staje się krasnal Hałabała. To wreszcie chwile, gdy marzy się o tym, by miast do zwykłej podstawówki trafić do Akademii Pana Kleksa.
W dzieciństwie różne ma się hobby. Jedni uparcie powożą swymi srebrzystymi "resorakami" po krętych, wyścigowych torach zbudowanych z klocków LEGO. Inni, z uporem godnym lepszej sprawy, zawzięcie zadają ciosy swym wyimaginowanym przeciwnikom krzycząc przy tym gromko "Kałabanga". Zdarzają się też i tacy, którzy stronią od męskich rozrywek i zostają mamami, nauczycielkami i księżniczkami. Bystry czytelnik domyśla się zapewne, iż poprzednie zdanie poświęcone zostało w całośc płci kobiecej. ;)
A propos poświęceń: ja swoje dzieciństwo oddałem w całości i w pełni dobrowolnie Królowej Sportu. Znaczy, piłce nożnej. Tak, uważny Czytelniku, wzrok Cię nie myli. Nie pomyliłem się ni krztyny. Moją Królową Sportu był i na zawsze pozostanie już futbol. Dzięki niemu wszak doznawałem zwycięstw i klęsk, on dawał mi i radość, i smutek, dawał hobby na lato i temat do rozmów na długie, zimowe wieczory. Ale wszystko po kolei.
Z tego, iż mą panią i władczynią zostanie napompowany świński pęcherz zdałem sobie sprawę już na najwcześniejszym etapie mej - jakże, psiakość, "owocnej"! - edukacji. Fakt ten zrozumiałem bowiem już w przedszkolu, na balu przebierańców. Wówczas to ja, Michałek, zmuszony byłem przez czynniki wyższe (mamusia :) zostać kowbojem podczas, gdy kolega mój, Dawid, szczycił się kostiumem... piłkarza! Cóż za perfidia! Krwi, krwi! ;)
Tak po prawdzie, to na kostium Dawida składały się wówczas skarpety jego ojca, stare kalesony i wyblakła bluza - ale mnie to wystarczyło! Zazdrość głęboko weszła mi w serce. "Nie będzie Dawid pluł nam w twarz!" zawrzałem w duchu. Postanowiłem pokazać Dawidowi, kto tu rządzi. Postanowiłem zostać piłkarzem. I, musze to sam sobie przyznać uczciwie, dążyłem do tego celu niestrudzenie, od samego przedszkola. Piłeczkę tenisową miałem, zawzięcie trenowalem nią zarówno olśniewające dryblingi jak i brawurowe parady bramkarskie. Trenowalem główkę i wolej, i półwolej i woleju ćwierć. Podbijanie pilki. Gwoli prawdy ćwiczylem też zagrania mniej poprawne politycznie: faulowałem bowiem misia, wielkiego misa od taty, faulowałem brutalnie i bez skrupułów czy innych hemoroidów! Taki ze mnie huligan korytarzowy był...
A potem przyszła podstawówka i przyszedł czas by wypłynąć na głębokie wody, na trawiaste boiska mojego wiejskiego klubu. Boiska, które znajdowało się tuż-tuż, tuż za płotem mego domostwa. Nic więc dziwnego, że na boisku bywałem dniami i nocami.
Czego się tam z piłką nie wyprawiało! Były turnieje OneonOne, były turnieje par, była "maryna". Były pojedyncze sparingi, były konkursy karnych. "Godzina z przewrotką", w czasie ktorej mniej niz 60 takowych sztuczek zrobić zwyczajnie nie wypadało. Były i inne figle i radosne zabawy. Było naprawde cudownie!
A potem, nagle, nie wiadomo skąd i jak, nadeszła niespodziewana wiadomość. Wiadomość wspaniała i zachwycająca. jakby wyjęta z jakiegoś sennego marzenia. "Będą treningi! - usłyszeliśmy. TRENING! Och, to było słowo-klucz! Przed oczami stały nam już wielkie stadiony, widzieliśmy siebie walczących bark w bark z Batistutą czy Bebeto, mielismy juz setki fanów, rozdawalismy tysiące autografów. Dementowaliśmy w mediach milionowe transfery do klubów włoskiej Serie A, po czym za milionowe sumy do tych klubów przechodziliśmy. Pewnie prowadziliśmy Polskę, do uprawnionych Mistrzostw Europy, a później, po zakończeniu kariery, rozdzielaliśmy uśmiechy i opowiadaliśmy niebanalne anegdoty.
Rzeczywistość okazała się duzo bardziej prozaiczna.
Treningi bowiem zaczyały się - o zgrozo! - od rozgrzewki. Rozgrzewki, trzeba Ci wiedzieć Czytelniku, młodzi, a utalentowani sportowcy nie szanują i nie rozumieją. No bo: piłeczka jest i leży, leży i jest, a my się rozciągac mamy? Zdrada, zdrada! A nawet jak już się piłeczkę dostanie, to czemu grać samemu? Dlaczego trza z nią biegac, czemu przyjmować ją trzeba się uczyć. A nie można w "dziada" pograć czy strzałami się zająć?
By jednak oddać prawdzie hołd i nie naciągać jej zanadto przyznać trzeba, że młodym - a utalentowanym! - zawodnikom takowe treningi przydały się. Wreszcie podawaliśmy jak Pan Bóg przykazał, zaczęliśmy widzieć na boisku coś więcej, niż tylko własne nogi, wbito nam do łbów grę w trójkącie. Zrozumieliśmy, że niekoniecznie musimy dryblować jak Dehnilson, by się na coś na boisku przydać. Że nie każdy musi strzelać jak Shearer. O, z tym Shearerem, to dla wielu był szok. Istna trauma :)
Ale niczym było to przeżycie w porównaniu z tym, co wydarzyć się miało pewnego kwietniowiego popołudnia. Gralismy sobie wówczas spokojnie w naszą ukochaną, zmodyfikowaną wersję "marynki", piłeczka latała w górze, wszyscy się na główki czaili, gdy nagle, znienacka zupełnie (a dokładniej zza dziury w płocie), wyłonił się brat wspomnianego przed tygodniem Łukasza. Kuba, bo takież imię nosił, wydawał się czymś dość podniecony, co było już same w sobie dziwne, jako że Kuba ledwo przedszkole kończył. Blask miał w oczach, usta szeroko otware, uśmiech na twarzy. Zaiste, intrygujace to było i wymagające, drogi Watsonie, natychmiastowego wyjaśnienia. Dziś pytanie, dziś odpowiedź. Dostaliśmy komplet strojów.
STROJE!!! Tak, to było naprawdę coś... Czarne koszulki z czerwonymi i żółtymi lampasami, jasnożółte numery, czerwoniuśki spodenkie i żółte getry. I ochraniacze, prawdziwe! Choć ni emieliśmy nawet treningu, to musieliśmy, zwyczajnie musieliśmy je założycyć. Łukasz ubrał 9 (Chiesa), Bartek 8 (cholera wie :), inni dobierali się grzesznie do pozostałych numerów. Ja wybrałem sobie moją upragnioną 19... Były reprezentant Portugalii, defensywny pomocnik... zgadniesz, Sly? :P
{Wstyd się przyznać, ale nie wiem.}
Myślę, że tego dnia po raz pierwszy poczuliśmy się Zespołem.
A potem przyszedł nowy trener, przyszły i czasy, w których zaczęliśmy komfortowac nasze - jakże wtedy nikłe - umiejętności z - jakże nikłymi - umiejętnościami naszych futbolowych sąsiadów zza miedzy. Zaczęliśmy wyjeżdżać na Ważne Mecze Sparingowe :) i rozgrywać Je u siebie. Zaczęła się ostra rywalizacja o pierwsze miejsce w składzie.
Czy muszę wspominać, że o prawą pomoc walczyłem z Dawidem? Z TYM Dawidem?! :)
Z Dawidem walka nie szła mi łatwo. Dawid szybszy był ode mnie i - uczciwie powiem - silniejszy i bardziej wytrzymały. Technikę miał lepszą troszkę. Ja za to lepszy przegląd pola miałem, potrafiłem zastanowić się na boisku, z główki uderzyć. No i z wolnego przypieprzyć. I chyba lepiej rozumiałem się z atakiem. Chyba.
Jak już raz uczciwie przyznałem, Dawid ode mnie szybszy był ("Dawid szybki jest!" :D). I, przyznam uczciwie raz jeszcze, bardzo mnie to ubodło. No, bo znowu, psia mać, zdrada! Nie dośc, że w przedszkolu piłkarzem już był, to i teraz poróbuje! Jakby mu nie dość było! O nie, postanowiłem, że teraz nie odpuszczę. I nie odpuściłem.
Po pół roku ciężkiej i wytężonej pracy prawa strona była moja. Czekałem już tylko na swój debiut w lidze.
Debiut w lidze, który nie nastąpił i nie nastąpi już nigdy. Byłem wtedy dziecko jeszcze, nie rozumiałem, że piątoligowemu klubowi zespół trampkarzy naprawdę do niczego potrzebny nie jest. Zresztą, tak naprawdę, nie miało to dla mnie znaczenia. Póki piłka była w grze, dopóty się nią cieszyłem.
Kryzys przyszedł w drugiej klasie gimnazjum.
W drugiej klasie gimnazjum znów zmienił nam się trener. Spokojnego, łysiejącego staruszka z tendencją do nadużywania alkoholu zastąpił dwumetrowy, ciągle spocony furiat ze skłonnościami do głupawych dowcipów i udowadnianie swej - jakże wyimaginowanej - wyższości intelektualnej.
Czemu piszę o trenerze Marku tak brzydko? Ano, powód jest prozaiczny. Nienawidziłem go nienawiścią szczerą, pełną pasji i namoiętności. Nienawidziłem na lekcji i przerwie, na co dzień i od święta. Nienawidziłem dziś, jutro, pojutrze i popojutrze. Z pełną, rzecz muszę, wzajemnością.
O tym, że grać nie będę dowiedziałem się jeszcze, nim udałem się na pierwszy trening. Wiedziałem, bo nie było mnie nawet na rezerwowej liści osób na trening zaproszonych. Ale mimo to przyszedłem. Bo stwierdziłem, że ja Markowi jeszcze pokażę. I zaczęłem pokazywać, a pokazywałem długo i wytrwale.
Cóż z tego? Don Kichot z wiatrakami nie wygrał...
Rozstanie moje z piłką miłe nie było. Zabrakło pożegnalnego meczu gwiazd, nie było długich owacji na stojąco. Nie dostałem kwiatów ni pamiątkowego medalu. Nie opowiadałem anegdot i nie rozdawałem uśmiechów. Po prostu, pewnego październikowego popołudnia zawiesiłem buty na kołku i zatrzasnęłem ze złością szafkę.
Teraz często ją otwieram. I zastanawiam się... A może jednak?
A może jednak odciążyć ten kołek?

UnionJack
(unionjack@wp.pl)