Pudełko
Mały czarny przedmiot połyskiwał w palącym słońcu polskiego południa. Wysoka na pół metra trawa sprawnie go oplatała. Choć na pozór trwało to wieczność robiła to bardzo szybko. Gdybym był tym pudełkiem najpewniej bym oszalał. Tego dnia bowiem było wyjątkowo gorąco, a setki owadów latających tu i ówdzie korzystało z tego do woli. Szlag by je wszystkie trafił, pomyślał Adam Nowaczyk przemierzając swój sad, zaprojektowany specjalnie przez Urząd Projektów Wiejskich. On tu po prostu zbierał jabłka, gruszki, czereśnie, morele, wiśnie i co tam jeszcze natura była łaskawa mu oddać, albo dać sobie ukraść. Miał zbyt spokojne życie. W końcu urodził się po Wielkiej Inwazji. Dokładnie tej, której nie przeżył prawie nikt. Oprócz tych Jedynych, pochowanych po swoich śmiesznych ogromnych dziurach wydrążonych w ziemi. Szlag by je wszystkie trafił, powiedział kolejny raz w duchu Adam ocierając brudną ręką czoło od potu. Nigdy nie zrozumiem kobiet. Mają po prostu zbyt skomplikowaną naturę. Poza tym za dużo gadają i wciąż wymagają. Wymagają słuchania. Nie tak jak drzewa, doszedł do wniosku czule dotykając chropowatej kory jednego z nich. Mogłyby zamienić się wszystkie w drzewa. Mógłbym je podziwiać, a one byłyby mi wdzięczne za opiekę. Równie idealny co nierealny układ. Lepiej brzmiałaby w ustach polityka. Tak. Oni potrafili chrzanić bez sensu. Przynajmniej wtedy było co oglądać. Teraz wszystko jest kalkulowane, nikt nie bierze w łapę. Smutne, pomyślał nalewając wiadro wody. Zatraciliśmy człowieczeństwo. Kątem oka dostrzegł zmierzającą do sadu postać. To Asia, dotarło do niego kiedy leżał na ziemi jak długi niwecząc ostatnią szansę uniknięcia rozmowy. Bezsensownej rozmowy. Nagle dostrzegł wroga jego ucieczki. W trawie tkwiło czarne pudełko. Zrobiony z trwałego metalu czarny połyskujący w zachodzącym słońcu przedmiot stał się sprawcą kolejnej konwersacji. Aśka podbiegła do niego jak antylopa, która po długich dniach tułaczki ujrzała wreszcie wodopój. Miała ładne długie nogi i wciąż roześmianą twarz. Ubrana w obciskający do granic możliwości strój odkrywała skąpane w słońcu ramiona i nogi.
-Cześć! Nic ci nie jest?! Jak leci?! Co to jest?!- Krzyknęła, kiedy zobaczyła Adama zbierającego się z ziemi.
-Trzy pytania na raz to nawet jak na ciebie za dużo.- Powiedział powoli Nowaczyk otrzepując się z resztek trawy na ubraniu.- Czy mówiłem ci już, że za dużo gadasz?- Wyrzucił od niechcenia zbierając siły na dalszą konwersację. Widząc jednak falę smutku na twarzy dziewczyny stwierdził, że owej nie będzie.
-Jak nie chce ci się gadać to nie...- Znowu, wrzasnął w duchu. Kolejny raz skrzywdził kogoś swoim brakiem zainteresowania rzeczywistością i to do tego kogoś, kto wyglądał wyjątkowo ładnie, kiedy się smucił.
-To nie o ciebie chodzi...- Skłamał tym razem już normalnym tempem. Musiał coś wymyślić, żeby zatuszować błąd. I to szybko.- Ostatnio mam dziwny stan. Chyba zaczynam popadać w deprechę. Stan maniakalno depresyjny raczej powiedziałbym.- Godziny spędzone nad amatorskimi książkami do psychologii przydały się. To zabrzmiało poważnie. Pierwsza kobieta została przemieniona w drzewo.
-To źle brzmi...- Powiedziała słodko odgarniając czarne średnio ostrzyżone włosy z twarzy. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć ogrodnik był już w połowie drogi. Dobiegło ją odległe "na razie" wypowiadane w pośpiechu i niedbale. Taki już jest, pomyślała idąc powoli do domu. Musiała to zaakceptować. Jak wszystkie drzewa.
Adam w zadowoleniu przemierzał ścieżkę prowadzącą z sadu do domu. Trzymał znaleziony w polu przedmiot. Dopiero teraz mógł mu się dokładnie przyjrzeć. Było właściwie jednolitą bryłą. Nie było żadnych zawiasów, ani zamków, a przedmiot mieścił się bez problemu w dwóch dłoniach. Otworzył drzwi i powoli wszedł do chłodnego pomieszczenia. Mógł poczuć brud ubrań przeplatany świeżością. Kładąc przedmiot na stole znajdującym się w centralnym punkcie dwupiętrowego domu wiejskiego zlokalizował wzrokiem porzucony gdzieś telefon. Musiał kogoś powiadomić. Kogoś, kto nie zabierze mu zdobyczy, a jednocześnie będzie mógł stwierdzić na co właściwie się natknął. W jego umyśle kołatało się jedno imię. Ryszard, powiedział do siebie wykręcając numer. Chwile potem był już umówiony. Usiadł i przyglądał się znalezisku w spokoju.
-Na Boga...- Wyszeptał uczony przewracając przedmiot w dłoniach. Na jego twarzy widoczne było podniecenie. Jego głos drżał, a ludziom jego pokroju zdarzało się to niezwykle rzadko.- To przecież.- Przekalkulował wszystko jeszcze raz. Wtedy jego twarz spoważniała i utraciła zbytnią emocjonalność.- Z całą pewnością jest to przedmiot od Nich.- Powiedział odkładając artefakt na stół.- Musieli zostawić go podczas przejęcia kontroli nad naszą planetą. Ma jakieś trzysta, może czterysta lat. I tak jak ty Adam, nie mam pojęcia skąd się tam wziął. Może jakieś zwierze wykopało go i przyniosło. Po prostu... Musiałbym przebadać go w moim laboratorium.- Żadnego zabierania, przemknęło przez myśl właścicielowi. Już on ich znał. Pożyczali i nie oddawali, a w zamian dostawałeś pół swojej pensji za przyczynienie się do rozwoju nauk historycznych. Brednie, pomyślał wstając gwałtownie.
-Nigdzie nie zabierzesz mojego znaleziska. Przepraszam, ale mam spotkanie. Muszę już wyjść, a nie mogę cię z tym zostawić.- Na twarzy profesora odmalował się niespokojny grymas. Najwyraźniej był bezradny. W tej całej sprawie coś nie dawało mu spokoju. Wtedy jednak nie mógł jednoznacznie tego stwierdzić. Żegnając się przy wyjściu spokojnie opuścił teren Nowaczyka zostawiając drewniany dom daleko za sobą. Adam stanął na chwile osłupiały wlepiając wzrok w przedmiot na stoliku. W takich chwilach świat wygląda inaczej. Z każdego kąta spoglądają oczy, a zegar staje się katem. Natarczywe łomotanie w drzwi wyrwało go z powrotem do realnego świata. Przynajmniej tak się wszystkim zdawało. Przy wejściu stała kobieta. Miała krótko obcięte brązowe włosy i wyjątkowo zatroskaną twarz. Choć młodego wieku nie zdawała się być atrakcyjna, a wręcz przeciwnie. Wyglądała jak dziecko, które myśli o zbyt przejmujących rzeczach. Miała założone ręce i spokojnie czekała, aż Adam przestanie się jej przyglądać przez wizjer i wreszcie otworzy drzwi.
-Słucham...- Powiedział najpierw odchrząkając. Miała nienaganną figurę i mogłaby być idealnym drzewem.
-Nazywam się Janina Oczkiewicz. Jestem tu w sprawie naszego społeczeństwa.- Rzuciła szorstko. Definitywnie nie może być drzewem, przemknęło Adamowi przez myśl. I do tego ten twardy ton, którego samice używają, kiedy czegoś bronią.
-Społeczeństwa?- Zapytał hamując ze wszystkich falę śmiechu, która natarczywie pragnęła wydostać się w postaci okropnie donośnego rechotu.- Jaka to sprawa naszego społeczeństwa mnie dotyczy?
-Pudełko, które jest na pana stole to śmiercionośna broń, dzięki której nasi byli najeźdźcy chcą zniszczyć obecną cywilizację.- Wypluła szybko robiąc wielkie oczy. Wariatka, przemknęło mu przez myśl. Do tego pewnie bardzo zapalona w swojej pracy. Zbawiciel świata. Stało przed nim anty-drzewo. Po prostu czekało w napięciu na jego reakcję.
-Bardzo zabawne.- Powiedział usiłując udawać zdenerwowanego.- Już ja znam te wasze abstrakcyjne kawały. No... Śmiało. Gdzie jest kamera? Gdzie mam się uśmiechać?- Pomachał w kierunku pobliskich drzew, jakby zauważył na nich obiektyw.- Uśmiałem się do nieprzytomności. Wręcz odrechotałem sobie łeb. Teraz żegnam panią.- Trzasnął drzwiami, zanim kobieta Janina zdążyła zareagować. Miał kolejny kłopot z głowy. A przynajmniej nie pojawi się tak szybko. Musiała zdobyć nakaz, a to trwało przynajmniej tydzień, przy radykalnym sądzie. Jeżeli trafi na liberała, poczeka jeszcze miesiąc na interwencje. Do tego czasu Adam pozbędzie się znaleziska i zakosi grubą kasę za jego upłynnienie na czarnym rynku tych zboczeńców zbierających "artefakty" obcych. Ile razy słyszałem o tajemniczej eksplozji w jakiejś kamienicy, przemknęło mu przez myśl. Policja tłumaczyła je beztroskim zostawieniem włączonego gazu. Pyk i już. Jednak nie wszystkie wybuchy były zasługą zapomnienia. Niektóre pochodziły od Nich. Powoli zbliżył się do przedmiotu uważając na chód. Jeden fałszywy krok i wszystko mogłoby wylecieć w powietrze. Spokojnie wziął przedmiot i zniósł uważnie do piwnicy. To nie mogła być bomba. Przynajmniej mam taką nadzieję, przemknęło mu przez myśl, kiedy zamykał pancerne drzwi prowadzące pod parter.
Ten dzień był zdecydowanie za długi. Pocieszała go tylko myśl, że dzisiaj coś zrobił. Coś, co przyniesie wymierne korzyści i to niemałe w najbliższym czasie. Pogrążył się w przemyśleniach siedząc wygodnie w ulubionym fotelu zerkając od czasu do czasu na telewizor. Nawet bomba nie mogła go podnieść z jego wymarzonej pozycji. Świat przestał być natarczywy, a wszystko zaczęło stawać się jasne, choć nadal pogrążone w półcieniu. Meble uspokajały się tracąc energię dostarczoną za dnia, a powietrze nie wdzierało się, ale wpływało przyjemnie przez nozdrza. Zasypiając usłyszał trzask spadającego na podłogę pilota, ale kogo obchodziły takie rzeczy w momentach błogości i spokoju, których teraz brakowało na świecie. Wszystko było zbyt odległe, żeby się tym przejmować. Po prostu rzeczywistość przestała odgrywać jakąkolwiek rolę. Był tylko on. Stanął przed nim mężczyzna. Wyposażony w długi czarny prochowiec zakrywający większość ciała, wymierzony w czoło pistolet z tłumikiem i wyjątkowo nieprzyjemny wyraz twarzy. Kolejny głupi sen, przemknęło mu podświadomie przez myśl. Mężczyzna schował broń i wymierzył śpiącemu policzek. To zdecydowanie nie był sen.
-Jesteś już wśród nas?- Wymamrotał czarny charakter, rozglądając się po pomieszczeniu. Określenie "czarny charakter", pomyślał Adam przyglądając się mu uważniej. Miał długie czarne włosy, białą cerę i przekrwione oczy spoglądające znad pary ciemnych okularów. Do tego cholernie nieprzyjemny styl, w którym zawierało się nachodzenie w środku nocy niewinnych osób.- Masz problem. Tak jak ja z resztą...- Zamyślił się na chwilę.- Właściwie to masz problem, bo ja mam problem.
-Nie bardzo rozumiem.- Wycedził przez zaciśnięte ze strachu zęby. Postać stojąca przed nim była niesamowicie różniąca się od wszystkich ludzi, których dotychczas widział. Tego typu ludzi widywano tylko na filmach i to tych śmielszych. Zarośnięta i najprawdopodobniej brudna.- Wchodzi pan do mojego domu w środku nocy i mówi mi że mam problem.- Zdobył się na nutkę sarkazmu.- Przecież widzę że mam.
-To bardzo dobrze. Nazywam się Grzegorz Śmigalski. Jestem wysłannikiem ludzkości z końca dwudziestego pierwszego wieku. Moja obecność w pana czasoprzestrzeni jest ograniczona, więc musimy się streszczać.- Mówił szybko i niewyraźnie, najprawdopodobniej zbierał uporczywie myśli.
-Z wieku, w którym wybuchło więcej wojen, niż ludzkość mogła teoretycznie wywołać? To niemożliwe. W podręcznikach nie było żadnej wzmianki o tym, że ludzie w tamtym czasie mieli do dyspozycji wehikuły czasu. To nawet teraz pozostaje tylko w sferze wyobraźni.
-Chcesz mi wmówić, że mnie tu nie ma?- Grzegorz zaczął chodzić nerwowo wzdłuż pokoju. Był zmęczony, a do tego bardzo wkurzony.- Powiedziano mi, że odmówisz kooperacji. Jeżeli jednak to zrobisz będę musiał cię zabić, a potem wydobyć z twojego martwego mózgu odpowiednie informacje. Tak. Tego też nie było w podręcznikach. Teraz do rzeczy.- Wyciągnął długi czarny przedmiot, widywany często na filmach z XXI wieku i przystawił Adamowi do głowy.- Gdzie jest skrzynka?- Teraz miał zupełnie opanowany głos, jakby wiedział, że wszystko będzie dobrze.
-W piwnicy. Zamknięta.- Wyciągnął drżącymi dłońmi pęczek metalowych blaszek i podał je napastnikowi.- Klucz.- Tamten wziął je łakomie i skierował się do piwnicy. Ciekawe czy to już koniec, przemknęło przez myśl gospodarzowi, kiedy intruz mocował się z zamkiem pancernych drzwi. Ciekawe, czy urodziłem się tylko po to żeby teraz dostać kulę w łeb od jakiegoś świra. Niech weźmie skrzynkę. Ta sprawa przestała mu się podobać, zanim w ogóle zaczął ją lubić.
-Będziesz tam siedział zastanawiając się czy cię nie zabiję, czy wreszcie wstaniesz i mi pomożesz ocalić dawny świat, a przynajmniej jedno kontinuum?- Wrota ustąpiły.- Jeszcze jedno. Nie jestem świrem. Wiem, że tak właśnie myślisz.- Te słowa sprawiły, że właściciel stanął na równe nogi i nie mógł wyjść ze zdziwienia. Więc jednak człowiek, który nachodził go w środku nocy nie był maniakiem, ale kimś o wiele ważniejszym. Powoli zanurzył się w mrok pomieszczenia pod parterem podążając za przyszłym zbawcą przeszłości.
Zapalając światło Grzegorz rozejrzał się po pomieszczeniu. Wśród porozrzucanych, pokrytych błotem i pajęczynami starych narzędzi i maszyn rolniczych przemykały szczury. Prawdziwi władcy piwnic, pomyślał Adam dostrzegając jednego z nich. Miał czarne futerko i błyszczące w świetle czerwone oczy. Rzucił okiem na skrzynkę. Tam gdzie spojrzał nie było już jednak żadnej skrzynki. Wtapiał wzrok w zabrudzoną podłogę i parę kłębków kurzu.
-Nie rozumiem.- Rzucił nerwowo w poszukiwaniu pudełka. Może położył je w innym miejscu. Po chwili był już pewny. Ktoś ukradł znalezisko.- Powinno tu...
-Czy ktoś pana dzisiaj nachodził?- Zanim zdążył dokończyć Śmigalski dawno wypluł całe zdanie i kontynuował z przerażającą prędkością.- Ktoś z teraźniejszego rządu, mającego na celu zniszczenie mojej misji. Tam jest broń, dzięki której zwalczylibyśmy obcych, ale tylko w naszym kontinuum. Wasze pozostałoby bez zmian. Oni jednak o tym nie wiedzą i właśnie dlatego próbują zapobiec mojej operacji.- Mówił zdecydowanie za szybko. Słowa łączyły się ze sobą, a jedyne co nasuwało się Adamowi na myśl była kobieta, anty-drzewo.
-Janina Oczkalska.- Powiedział równie szybko.- Czekaj... Nie. Oczkiewicz.
-Znam to nazwisko. Możliwe, że ustaję jej miejsce pobytu. Poczekaj.- Wyglądał jakby bardzo mocno skupiał się nad jakimś procesem myślowym. Wreszcie wyrzucił.- Bar Salvador. Jak się pospieszymy będziemy za dziesięć minut.- Zanim Adam mógł dokładnie zrozumieć co usłyszał był już w drodze. Trzymał się mocno nowego towarzysza czując jak wiatr otacza go zewsząd. W końcu sunął z ogromną prędkością, a to na motorze daje się poczuć. Widział znikający za sobą dom i płynący po obu stronach drogi las. Gdyby był rzeką najpewniej wylałby na szosę. Czuł zapach skóry i spaliny motoru. Przed nim zaczął rysować się obiekt. Niewyraźny spodek złożony z tysięcy świateł przybliżał się bardzo szybko. Nie mógł go z początku rozpoznać, ale wreszcie jego umysł przebił otępienie spowodowane późną porą. Zbliżali się do miasta.
Lokal nie był zły. Mieścił się na rogu i dzięki temu był łatwo zauważalny. Idąc od teatru wystarczyło skręcić w prawo i pójść na róg. Dobiegała cię wtedy dobra muzyka i wiedziałeś, że jesteś na miejscu. Wtedy otwierałeś drzwi do raju i mogłeś podziwiać obrazy dawnego artysty: Salvadora Dali. Tej nocy przy barze stał Maciek. Znał go tylko przelotnie, więc postanowił nie przeszkadzać tamtemu w pracy. Jego towarzysz rozglądał się po miejscu. Wtedy obaj ją zauważyli. Siedziała w towarzystwie czterech mężczyzn odzianych w czarne garnitury. Na stole leżało pudełko. Przyczepionych było do niego pełno kabelków prowadzących do urządzenia spoczywającego w dłoni kobiety. Rozmawiali. Muzyka była jednak zbyt głośna, aby usłyszeć o czym. Jestem ugotowany, przemknęło Adamowi przez myśl, kiedy jego kompan wyciągnął broń i wprowadził do lufy nabój. Wtedy wszystko potoczyło się szybko. Zbyt szybko, żeby ktokolwiek mógł dostrzec co właściwie nastąpiło. Jedyne co pamięta to krzyk i padające na podłogę rozprute ciało anty-drzewa. Zobaczył jak wysłannik z przeszłości odchylony w tył upada na podłogę, a świstające pociski rozrywają jego ciało. Pudełko. Tylko to słowo tkwiło w jego umyśle i usilnie popychało go naprzód. Wyskoczył w kierunku stołu i złapał pudełko silnie przyciągając do siebie. Później poszło już z górki. Wystarczyło, że wyskoczył przez okno i pobiegł w mrok. Biegł szybko i długo nie zatrzymując się ani chwili. Słyszał swój ciężki oddech. Z trudem łapał powietrze. Mimo to biegł coraz szybciej przyciskając z całej siły znalezisko. Godzinę później dochodził powolnym krokiem do swojego domu. Policja najprawdopodobniej zjawiła się już na miejscu wypadku i miał mało czasu. Przebiegł sprintem ostatni dystans dzielący go od drzwi frontowych i chwilę potem był już w środku.
Oślepił go nagły strumień światła dochodzący od żarówki. Czasami złośliwość rzeczy martwych doprowadzała człowieka do szału i to był właśnie ten moment. Nie o tym jednak trzeba było myśleć. Adam nie zrzucając płaszcza położył starannie skrzyneczkę na stole i usiadł. Pokój wirował. Cisnęło mu się na myśl tysiące myśli splątanych ze sobą jednym słowem, a jego materializacja leżała przed nim. Zauważył wgłębienie w powierzchni skrzynki. Prawie poczuł jej chłód. Jego dłonie drżały. Jeżeli zbawca poległ ludzkość była zgubiona. To potwierdzało trafność obu teorii. Nie było antidotum na problemy ludzkości, więc on teraz istniał. Nie zachodził paradoks. Zauważył na sobie cień. Ktoś stał za nim i próbował go złapać.
-Adam...- Powiedziała stojąca za nim postać. Rozpoznał głos, zanim zdążył się odwrócić i stanąć w pozycji obronnej trzymając porwane ze stołu pudełko za sobą. Profesor Ryszard przyjął podobną pozycję.- Wszystko mylisz. Ten człowiek nie był przebyszem, jeśli mogę go tak nazwać. Stwierdzono u niego schizofrenię paranoidalną. Jest jednak wytrenowanym specjalistom i najprawdopodobniej sprawiał wrażenie widzącego wszystko. Błędne wrażenie oczywiście.- Mówił spokojnie i powoli nieznacznie zbliżając się do Adama. Jego zazwyczaj zatroskana pokiereszowana przez wiek twarz wtedy była zupełnie spokojna.
-Nie zbliżaj się. Wiem czego chcecie. Chcecie pudełka.- Profesor stał w miejscu. Adam chwycił leżący na stoliku przy oknie nóż.- Jeszcze jeden krok i...- W tym samym momencie Ryszard wykonał najgłupsze posunięcie w swoim życiu. Skoczył na roztrzęsionego Nowaczyka. Chwile potem było już po sprawie. Nóż przebił brzuch i uwolnił potok krwi.
-O Boże...- Wymamrotał płaczliwym głosem, prawie niezrozumiale i całkowicie do siebie Adam. Musiał uciekać. Rozglądał się nerwowo po pomieszczeniu. Szukał odpowiedzi na tysiące pytań i to jedno najważniejsze. Dlaczego? Instynktownie porwał zachlapane krwią pudełko z podłogi i wybiegł tylnymi drzwiami w stronę lasu. Biegł szybko nie zwracając uwagi na kaleczące go krzaki i drzewa. Rozglądając się za siebie trafił na jedno z nich. Po chwili stwierdził, że rozwalił sobie nos i próbował go dotykać przez powłokę łez, potu i krwi, która wtedy rozpościerała się na jego twarzy. Miał jednak przy sobie pudełko. Otarł chustką twarz i próbował się skupić. Ostatni wysiłek. Wtedy już nic nie będzie ważne. Albo wóz, albo przewóz. Albo jego ciało rozerwie ładunek wybuchowy o niespotykanej mocy, albo osiągnie pełnię szczęścia przez niepowtarzalny artefakt. Jedno z dwóch. Życie lub śmierć. To już nie miało znaczenia. Usłyszał w oddali głos syren. Biegli tu. Otworzył pudełko. Nie nastąpił wybuch. Początkowo nie wierzył w to co zobaczył. To po prostu przerosło jego umysł. W czarnym przedmiocie połyskującym w blasku księżyca ukryte były czekoladki. Był też liścik. Najprawdopodobniej od matki dla syna. Adam usłyszał kroki, które tym razem były bardziej wyraźne. Resztkami świadomości posmakował jedną z nich, a potem następną. Spokojnie zaczekał na policję zajadając się czekoladkami. W końcu na nie zasłużył do cholery.
TrOOl