|
Owad
**************
Jest potworem. By żyć, musi pić z ludzkich żył. Już dawno zapomniał, kiedy narodził się dla nocy. Słońce nie spala go, lecz okrutnie razi. Wyje z rozpaczy w stronę księżyca. Bo jest noc. Bo musi wypić krwi.
**************
Biegnij, biegnij - mówi sobie - choć w niby wydolnych płucach zagościł rozdzierający ból, choć w blasku jasnego dnia ledwo widzi teren przed sobą, choć ma poharatane ciało. I biegnie, a za nim, na odległym o 100 m. wzniesieniu widać jeźdźców z pochodniami. Przed granicą puszczy doganiają go. Odwraca się, pewien, że zaraz padnie, ale to już nieistotne, wyszarpuje miecz. Koń pierwszego jeźdźca, starego wojownika, rży i staje dęba. Okrąża go dwóch następnych i wtedy zadaje pierwszy, szeroki cios wbijając ostrze w kość prawej nogi najzuchwalszego. W tej samej chwili następuje uderzenie w plecy i jego ubranie zajmuje się piekielnym ogniem. Zabiorę was tam ze sobą - myśli, czując, jak wstępuje w szał. Przybieżają kolejni dwaj, szczękają miecze i topory. On jak diabeł wiruje w opętanym tańcu ze swą klingą. Unika dwóch morderczych uderzeń, aby poczuć, jak trzecie jest o ułamek sekundy za prędkie i pozbawia go palca lewej dłoni. Coś trafił. Coś krzyczy. Coś wbija się między jego żebra. Widzi tylko czerń i pożogę, a czuje tylko nienawiść. A mężczyźni, którzy go szczują zaślepieniu furią przemieszaną ze strachem chaotycznie starają się wytępić wszelkie życie z tej istoty szatańskiej. Część zeskoczyła z koni i z uporem stara się przedrzeć przez zastawy błyskawicznego wroga, jak drwal chce ściąć drzewo.
Chlast! Raniony robi parę kroków obracając się pod siłą piorunu, który pozbawił go spójności arterii i pada martwy na ziemię.
Zostaje potwór i młody rycerz. Potwór oblizuje strużkę krwi. Rycerz nie patrzy mu w oczy. Jakby nieświadomy leżących wokół niego ciał syczy modlitwę i rzuca się w wir walki. Pomimo dziesiątki ran zdolnych zabić barbarzyńcę, potwór wciąż zachowuje szybkość ruchów, lecz nie precyzję. I nie ma tarczy. Postać w żelazie stąpa ciężko przyjmując niemal każdy cios na naramiennik bądź tarczę. Z rzadka, roztropnie zza tej osłony wysuwa celne ostrze. Spod hełmu spoglądają wilcze oczy.
W dolinie po prawej od nich zachodzi słońce, rzucając na wypaloną trawę cień rycerza. Drugi z walczących nie ma cienia, gdyż sam nim jest. Gwałtowny piruet i znowu zgrzyta stal.
Chwilę potem przeszywane ostatnimi promieniami światła powietrze przeszywa także okropny krzyk. To członek zakonu Rdzokrystów nabił, co nie święte, na świętą broń. Przyszpilił diabła do drzewa. Ten pluje czarną krwią i patrzy rozszerzonymi oczyma prosto w oczy zwycięzcy. Rycerz nie może uniknąć tego spojrzenia. Wyrywa miecz i odjeżdża.
**************
Śni o ciemności. Nie ma poczucia własnego trwania, dookoła jedynie nieskończona i głęboka, głęboka czerń. Zgasły wszystkie gwiazdy. Ślepe pająki obłażą ciemność tak głęboka, że wszelkie inne istnienie się w niej utopi.
**************
Minęło wiele lat. Sławnego pogromcę zła zakopano w mogile. Jęczał nad nią wiatr, zanim wyżarły go robaki, i teraz też jęczy. W Blaknie z kominów domów sączy się szary dym. W książęcym pałacu gra trochę inna muzyka i posągi wydają się odrobinę starsze. Pustkowia, nie zamieszkane przez ludzi obszary wciąż są sobą w każdym calu. Niektóre drzewa dotrwały starczych lat i wraz z nadejściem jesieni umierają ich ostatnie liście.
Ulicami zmierza dziwna postać. Pomimo deszczu i zimna nie widać na niej żadnego płaszcza, jedynie zwisające płatami poły szaty. To trup. Idzie szybko, przygarbiony, spogląda co raz w mijane wąskie zaułki i syczy z cicha. Umarł kiedyś - teraz powrócił, by służyć swemu panu. Mimo martwych organów, umysł pracuje nadludzko. Czuł rozpierającą ciało energię gdy wygrzebywał się z grobu. Cuchnie ziemią i zgnilizną, lecz o takiej porze nikt o nic się nie pyta. Bo i też nikogo nie ma. Zacina deszcz, on idzie dalej.
Ci wszyscy ludzie zamknięci teraz w swych domach potrzebują przywództwa. A jego pan potrzebuje oddających mu cześć sług. Niedługo powstanie organizacja zwana kościołem i obejmie cały świat. No, prawie cały. Do tej pory wszelkie prawdy dotyczące stwórcy wszystkiego spoczywały w przeklętych ziemiach. Żaden z tych, którzy próbowali ją wydrzeć stamtąd, jak Prometeusz ogień (według mitów alternatywnego świata), nie powrócił. Ale niedługo to się zmieni.
Trup w mdłym świetle ulicznych lamp, które do niczego nie jest mu potrzebne, wkłada mosiężny klucz do masywnego zamka. Wreszcie dotarł do swej pracowni. Ciężkie, drewniane drzwi skrzypią, gdy są otwierane, potem istota zatrzaskuje je za sobą z głuchym dźwiękiem. Na ulicach znów nie ma nikogo i nie słychać nic poza dudnieniem dużych łez.
Owszem, paru z Wyspy Zła przebywało już w obszarach cywilizacji. Na przykład krwiopijca uśmiercony w okolicy wiele lat temu. Trup nie może wiedzieć, że niebawem on powstanie z ziemi, by mu się sprzeciwić i na nowo skosztować nocy. Jednak trup nie zamierza poza najważniejszym zajęciem, zaprzątać sobie niczym innym głowy.
W ciemności swej komnaty macza pióro w atramencie. Nagle wyjmuje z ucha białą i niecierpliwie wijącą się larwę. Połyka ja gwałtownie. Żyyyycie. pobudza jak kawa, życie rozmielone pomiędzy nadgniłymi dziąsłami. Dosyć przyjemności - postanawia trup. Na pergamin spada pojedyncza, granatowa kropla. Potem pióro w długich i krzywych palcach zaczyna błyskawicznie szeleścić po papierze; pisarzowi do rana w mroku świeciły oczy.
Tak, czas pisać dalej biblię kłamstw.
GROMPH
|