Odkryj nowe stronice starożytnego manuskryptu:


Z KSIĄG OBŁĘDU by Avatar
przez durnia, sługę Boga-Szaleńca spisanych

Seis kroczył ulicami Midian w poszukiwaniu niczego. Tak po prostu, spacerował po zakurzonych chodnikach, spoglądając na szyldy wystaw. Jedna z nich przyciągneła jego uwagę niczym magnes: "Wróżbita, opowie Ci Twoją przyszłość jak i życie po niej!". "Heh co za idiotyzm.." - pomyślał - ".. ciekawy czy? Hmm sam się przekonam". Zszedł z betonu i cicho otworzył drzwi frontowe. Na twarz buchneły na niego gorące opary, nos poczuł straszną duchotę i okropny zapach kadzidełek. Nogi poczuły chropowatą, skrzepiącą powierzchnię, czyli zwyczajne zbutwiałe drewno. Pokój, w którym się znalazł nie był dużych rozmiarów, ok 4m x 4m. Jedynymi drogami ucieczki był drzwi frontowe, którymi wszedł oraz korytarz z zasłoniętym przejściem pasmem koralików do samej ziemi. Natychmiast po wejściu z przeciwległego kąta usłyszał głos: "Wejdź strudzony wędrowcze! I usiądź przy mnie a spełnię swoje usługi". Był to głos bardzo starej kobiety. O dziwo nie miała siwych włosów. Były one farbowane na kruczoczarny kolor. Seis zatrzasnął drzwi z okropnym skrzypnięciem i usiadł na przeciwko damy przy stoliku [sięgającym mu blatem ponad pas]. Młodzieniec odpowiedział kobiecie: "Jesteś Wróżbiarką prawda?". Babcia poprawiła włosy i odpowiedziała z mocną pewnością w głosie: "Oczywiście! Inaczej byś chyba tu nie przyszedł prawda?". Koraliki blokujące korytarz zdawały się ciągle kołysać, mimo braku przeciągu powietrza w pomieszczeniu. Seis moment spoglądał w tamtą stronę, po chwili odpowiedział: "Owszem masz rację, zatem jeżeli nią jesteś, możesz przewidywać przyszłość". "Czyżbyś chciał znać swoją?". Nastąpiła chwila ciszy. "Raczej nie, przyszedłem tu w innym celu. Przyszedłem tutaj aby zadać Ci jedno pytanie. Czy kiedykolwiek przewidzałaś, dzień". Seis pod stołem wyjął z kieszeni malutki sztylet, którego zwieńczenie miało zielonkawy odcień. "Dzień...", powtórzył i wbił sztylet w skroń kobiety. "...swojej śmierci?". Krew trysnęła na blat stołu i powoli sączyła się na zbutwiałe drewno. Młodzieniec z impetem wyrwał nożyk, wytarł go o chustę owiniętą dookoła szyi kobiety. "Tak jak sądziłem". I wyszedł...


Pod tym samym tytułem
lecz przez Grompha popełnione

+++
W karczmie siedział ślepiec i diabeł
Czart pod rękę ślepca podsunął kielich miedziany.
Przyjaciel jego jednak, jako że nie widział rzeczy materialnych
i co w środku wiedzieć jest nie mógł, zadał bezgłośne pytanie.
Twarz jego była nieogolona i bliznami po upadkach pokryta,
a wokół oczu jego zbierały się cienie.
-Pij, pij, prosiłeś, bym cię uczył- rzekł czort
Ślepiec więc przybliżył kielich do ust.
W ręce nie czuł, że coś go wypełnia.
Łyk był jak przerażenie, zanim jeszcze
zdajemy sobie sprawę, że nim jest.
-Co to jest, mistrzu?
-To Pustka. I strach przed pustką.


+nie Ty+

Spotkaliście się na ziemi jałowej, zdeptanej,
znękanej, wiatru zawodzeniem płaczącej
a niebo czarne nad wami konało.
Podeszła do ciebie istota z cieni, siarki i pyłu.
Żyłeś niegdyś długo i zaznałeś słodkich łez,
głębokiego żalu. Żyłeś, lecz to było dawno,
nawet przed ciemnością, która nie znała światła
i nie była świadoma samej siebie. Teraz zaś
to oblicze, groteskowe, zbytnią agonię wzbudzało,
by móc myśleć o czymkolwiek innym, jak tylko
trawione nią własne kości i gnaty.
I odjął ci on, człowiek pyłu czarnego, odjął ci on
palec. I odjął oko, którym jako pierwszym uroniłeś łzę-
jak kawałki puzzli. I krtań, którą po raz pierwszy-
nie ostatni- załkałeś, i serce, które pompowało przeklęte
życie, kolcami obrośniętą czarną torbę smoły z żużlem wewnątrz.
Nie brakowało ci ich, gdy ciało twe, formę, lecz i ty sam także się
krainą naokoło stawałeś, upajałeś. W błocie się narodziłeś.
W złej, świadomej ciemności pod ziemią, z plugawości przez
szczelinę w niebo umierające tobą. Wirem, wichrem, podmuchem.
Kruki cię rozdzierały i czarne gałęzie wyschniętych drzew, i ostre
szczyty kipiących bezsilnością gór.
Tylko czasem, przez wieczność nicości, przypomniałeś sobie swe
łzy i żal swój i śmiech, ach śmiech, gdy miał się on skończyć.
I tylko czasem, gdzieś, wabiły cię światła świec.
I tylko wtedy, na szkle i szybach, w rozedrganym powietrzu
pojawiało się upiorne twe oblicze.
Nie ty. Zapomniałeś.


*********
Skrzeczą w człeku resztki życia, przekleństwa
Śmierć charcząca pogardliwie spogląda w niebiosa
Pada deszcz. W błocie podmokłych łąk wiją się owady.
Do zimnego ciała podchodzi kobieta. W oczach męża
jest już próżnia, chciwa wszystkiego, wspaniale pusta.
Żona w rzęsach deszczu ciągnie zwłoki. Ciągnie je nad
przepaść. Na grób przodków. Nastaje noc.
Śmierć zatopiona w swej katatonii spoziera zza sierpu
księżyca na ludzi. Zza drugiej jego strony, której nigdy
nie zobaczą. W chmurach odzywają się znów dawne echa.
Dal między nimi spowijają mgły, cząstki duszy traconej
przez każdego z chwilą zapomnienia snu. Daleko, gdzie
pali się świeca w oknie na szybie oddycha właśnie ta mgła.
Ziemia osuwa się spod stóp kobiety, lecz za wzgórzem już kres
podróży. Śmierć odrywa spojrzenie zapomnianych oczu,
furkocząc odlatuje. Przez chwilę błyska kosa, później jest tylko
czerń nocy.

Żona zawiodła zmarłego na skraj
przepaści, wiecznego grobowca.
Boi się spojrzeć w otchłań.
Powietrze szarpie płuca. Osuwa się
na ziemię obok męża, by odpocząć.
Nagle martwe ciało drga, rozszerza
nadżarte ślepia. Chwyta kostkę żony
wypowiadając bezgłośnie ostatecznie
czułe słowa. Przez chwilę razem
się zsuwają. Jej nie udaje się wyrwać z
uścisku. Wtedy zapada się klif, stare drzewo,
i dwie postaci spadają w szaleństwo
By nigdy nie upaść, choć
ich ciała rozbiją się kiedyś o kamienie.


LULAJŻE JEZUNIU

Z cieni, burzy, półmroku, nieprzeniknionej otchłani szaleństwa, miejsca
snu opętanego Przypadku, z przedwiecznej ciemności wyłania się istota.
- jestem istotą-mówi-istotą śmierci i życia, szczęścia i rozpaczy
wszystkich uśpię w poczet mych topielców, moje muchy w smole
Na imię mi Bezsens-mówi- i na tym
koniec.

używanie zawartej tu grafiki, tekstów, kodu html, bez zgody ich autorów zabronione