!DOCTYPE HTML PUBLIC "-//W3C//DTD HTML 4.0 Transitional//EN"> WYBLAKŁY PERGAMIN: kouncik poświęcony grozie

Odkryj nowe stronice starożytnego manuskryptu:


Borys Edgar Odo (bn do Wampira:Maskarady) by Gromph

"Nieżycie jest jakby śmierć przybyła na żniwa i zamknięto przed nią drzwi. Jakby zacięło się coś w trybach czasu lub nieskończoności i zmuszona została, aby przychodzić do adresata z odwiecznym listem nieustannie w kółko. Przybywać by położyć kojące palce na znękane skronie, lecz zza wejścia dobiega jedynie rechot i płacz. W tej sytuacji obie strony są głupie- drzwi niespostrzeżenie się otwierają, zawsze, choć zwykle nikt nie zdaje sobie z tego w porę sprawy. Mym celem w pewnym sensie jest sprawić, by, kiedy już wejście stanie otworem, śmierć zastała za nim tylko pustkę i ten sam, odległy śmiech odbijający się echem po korytarzach. Och. Kolejna bezsensowna, chaotyczna wizja. Przejdźmy do sedna tego obłędu. Bardzo dobry mój ojciec, o ile pamięć po nim nie jest kolejnym urojeniem, był dziwakiem, pisarzem i okultystą. Matki nie pozwolił poznać, ale wpoił w swego syna "zdolność" odczuwania - choć złe to określenie - piękna natury. A raczej dał mu to wraz ze swą krwią. Tak też mały Borys przyszedł na świat i żył, i żył. Nikt posiadłości ich nie odwiedzał ze strachu przed dziwactwem powszechnego. Czas przemijał swoim rytmem na odludziu, częściej cokolwiek umierało, niźli się rodziło. Aż nagle tata jakby znikąd kaszleć okropnie począł i pod jego oczami pojawiły się czarne plamy straszne. I zdechł. W szoku był syn osierocon, bo nigdy nawet z żadnym innym człowiekiem nie rozmawiał, tyle, co wyczytał. Przyczyn zgonu ciężko było dociec, jednak nocy poprzedzającej chorobę niedoszły wówczas nieboszczyk udał się daleko za dom, w las, gdzie były ruiny czegoś na podobieństwo kamiennego kręgu. Tak czy owak, teraz ojca już nie ma. Wraz z nim znikło wszystko, co pisał, nie licząc jednego wiersza, który Borys chyba zjadł. Każdy kolejny rok po tym wydarzeniu dla Borysa był jak następny cierń, lub gwóźdź wbijany w głowę. Dopiero dowiedział się, że niektóre oczywiste rzeczy mają swe nazwy: oto Rosja, jest Rosjaninem. Ale niezbyt długo przetrwał w towarzystwie innych ludzi, prędko wrócił do swego dworku na odludziu tak głębokim, że dziś z pewnością podobnych wiele nie istnieje. I upływać zaczęły lata w słodkim odosobnieniu, wciąż przy świecach, nad nieprzebranymi książkami lub siedząc zwyczajnie w ciemności piwnicy. Jedzenia wiele nie potrzebował, a w pewnej skrzyni było sporo złota. Nocami lubił spacerować w świetle księżyca poznając i zapominając o każdym zakamarku lasu. Nieraz nie wracał do domu, by spędzać czas ze zwierzętami. Zaczęła się wojna. W wojsku dziwnie szybko uczyniono Borysa generałem. Lata tamte doprowadziły go do kilku refleksji. Jeśli nie wiesz jakich, ciesz się swą nieświadomością. Stracił kciuk prawej dłoni, dorobił się kilku medali. Wojna się skończyła. W sumie z chęcią go pożegnano. Od tejże pory często i intensywnie myślał o śmierci. Mundur stał się odzieniem stracha na wróble, postawionego w przypływie głupoty, z pewnością nie w celu straszenia ptaszydł - kto wymyślił, że się boją kukły? Było 6 nocy po pełni. Płomień oliwnej lampy zafurkotał, zanurzyłem pióro w atramencie. I wtedy usłyszałem kroki. Pojawiły się znikąd, blisko. Kroki obutych stóp na drewnianej podłodze. Po sekundzie we framudze drzwi z mroku wyłoniła się twarz, rozszerzone oczy bez źrenic, zakryte bielmem; niezwykle blada skóra, wysokie kości policzków, zadarty nos, skrzywione w niezrozumiałym grymasie usta. Bardzo wysoka sylwetka mężczyzny, którego ubiór świadczył, że jest kimś ważnym w niemieckiej armii. To był początek. Zjawiali się na przemian, z początku każdej nocy, potem chaotycznie. On i podobna, lecz wtedy wydająca się przerażającą kobieta. Być może był to jeden, ten sam Tzimisce. Tyleż samo dali mi cierpienia, co nauki. Co nie znaczy, że cierpienie nie było nauką. Borys został wampirem. Z początku zmiażdżyło to jego osobowość. Z opowieści wnioskował, że nie są tacy, jak większość innych Tzimisce. Kształtowanie własnego ciała nie było ich największą pasją, bo mimo, że podobno ma służyć wyzwoleniu się z jego ograniczeń, dla nich wydawało się przyziemne. Ona jednak wyraźnie użyła Zniekształcenia na sobie... Najprzyjemniejsze i najboleśniejsze czasy mej marnej egzystencji. Wśród członków klanu, jak sądzę, kazano by ich zabić, byli bowiem przepełnieni szaleństwem bardziej niż Malkavianie. Kazano by ich zabić, choć byłoby to głupie, lub ze względu na szacunek omijano szerokim łukiem. Drugie bardziej prawdopodobne, w innym wypadku powinna mnie już dawno dopaść tragicznie śmieszna Czarna Ręka. Prawdziwi Tzimisce zresztą żyją samotnie i są powściągliwi względem tych gierek. Wymieramy. Witaj rodzie rozwrzeszczanych watach sabatu, młode pokolenia zawampirzają świat. Pewnie wszyscy klanowicze nie pomieściliby się na placu w Watykanie. Mówią o straconej potędze, ale to nie ich potęga. Ah, wróćmy do opowieści. Przybrał postać mojego ojca, zaczął palić ludzi i kościoły. Pamiętam jak przez mgłę, może to tylko urojenie. Myślę, że chciał, by się to tak skończyło... nigdy się nie skończy. Ale zabiłem go, bo zbyt wiele...nie, nie ze względu na ludzi. Tak naprawdę pozwolił się zabić, wypruł mi tylko na ziemię flaki. Obecnie nie mam ich w środku. Jej nigdy więcej nie widziałem. Mego domu już nie ma, lecz przetrwały grudy ziemi stamtąd... Gratulacje, głupcze, właśnie poznałeś Diabła we własnej osobie. Nie mam czasu, ani ochoty, by przy opowiadaniu zastało mnie słońce. Powiedzmy więc po prostu, że minął szmat ludzkiego czasu. Zostawiałem za sobą spalone mosty i bardzo mnie bawiło, że nikt za mną się nie wlecze. Pożoga. Poznałem kiedyś osobę, ludzkie słowo to przyjaciel. Pewna dama z klanu Gangrel, z którą wiele podróżowałem. Niezliczone istnienia zabiliśmy do społu, tylko ona znała mą historię, i tylko ja znałem jej. Objął ją płomień pochodni. Byłem wtedy daleko, ale jej męka stała się moją. Słyszałem jej krzyk w głowie. Po niej mam ten miecz, po niej potrafię nim władać. Inkwizytor, gdy umarł, w niczym nie przypominał człowieka. Pluję na jego boga, ale zemsta pozostawia pustkę. Sam nie wiem, dlaczego spełniłem twe życzenie. Nieistotne. Teraz jesteśmy w Stanach Zjednoczonych, prawda? Wiesz, kto jest prezydentem? To dobrze. Będziesz mógł zabrać ze sobą tą interesującą wieść do rodzinki w niebie"

Jeżeli ktoś się zdenerwował: błędy w powyższym tekście są zamierzone. Jeśli ktoś się zdenerwował: ten npc nie ma być wcale typowym członkiem klanu Pod spodem zaś nieudany opis na potrzeby systemu gry. W razie potrzeby zmieniać.

natura: samotnik
postawa: dewiant
pokolenie: 8
schronienie: dworek na podobieństwo dawnego domu w podobnej okolicy

Atrybuty:
[fizyczne] siła 3 zręczność 4 wytrzymałość 1
[społeczne] charyzma 3 oddziaływanie 3 wygląd 1
[umysłowe] percepcja 4 inteligencja 4 spryt 4

Zdolności:
[talenty] czujność 3 empatia 3 przebiegłość 3
[umiejętności] oswajanie 4 sztuka przetrwania 4 walka wręcz 4 przemiana ciała 3
[wiedza] lingwistyka 1 okultyzm 4 i inne

Atuty:
[pozycja] mienie 3
[dyscypliny] animalizm 2 nadwrażliwość 1 zniekształcenie 1 transformacja 2
[charakter] sumienie 2 samokontrola 4 odwaga 4

Wady:
dotyk mrozu
wyłączenie ofiary- księża

człowieczeństwo 6/5 siła woli 5 poziom krwi 15

używanie zawartej tu grafiki, tekstów, kodu html, bez zgody ich autorów zabronione