|
Empatia - odcinek 1 Opatrzność
-1-
Kazimierz spakował w końcu ostatnią rzecz i zasunął torbę. Nie zapomniał o niczym, przecież miał zawczasu przygotowany zestaw najważniejszych rzeczy. Oprócz tego dołożył tylko discmana z płytą w środku i małe głośniczki. Był gotów. Wyszedł z mieszkania, zamknął drzwi na klucz, szybkim krokiem zszedł po schodach bloku.
Na ławce przed blokiem siedziała grupa blokersów, zajmująca się tym, co zwykli robić blokersi w takich sytuacjach. Gdy drzwi bloku otworzyły się i wyszedł z nich Kazimierz, na jego widok zaczęli krzyczeć i pokazywać satanistyczny gest:
- Ej, nie jest za ciepło jak na czarne wdzianko!?
- Jak tam współlokator szatan?
Przy braku reakcji ze strony przechodzącego obok nich Kazimierza zaczęli naśladować wrzaski z utworów metalowych:
- Łeeee! Siedziałem w domu i myślałem o śmierci!!!
- Jeee! Zabij kota!!!
I wtedy jeden z blokersów, nieco inaczej kojarzący fakty, wypalił swoją kwestię:
- Uuuu!!! Zgwałć krowę!!!
Wzbudziło to fale głośnego rechotu; nawet nie zauważyli, jak Kazimierz minął ich ławkę bez słowa, bez mrugnięcia okiem. Wszystkie te drwiny odbijały się od psychicznej ściany w jego głowie; ściany zbudowanej z wiary, samokontroli i opanowania. A na tej ścianie był napis: Jeszcze zobaczycie.
-2-
- JEST ZLECENIE!!! - odpowiedź została wykrzyczana bez niepotrzebnego podniecenia przez Daniela Dareckiego, który właśnie wpadł do pokoju akademika, przy okazji przyprawiając swoją siostrę Julię o przyśpieszoną akcję serca i przewrócenie się razem z krzesłem, na którym właśnie się huśtała, czytając przy okazji książkę.
- Zwariowałeś!? - było to bardziej stwierdzenie niźli pytanie ze strony Julii.
- Redaktor Grzyb z "PPP" dostał telefon od mieszkańca wsi Józefów, że w okolicznym lesie słychać było dziwne wycie! Mam tam pojechać i zbadać sprawę!
- To była odpowiedź na moje pytanie - Julia nadal była zła jak osa - przecież po pierwsze: na pewno żaden dziennikarz by nie jechał badać sprawy po jednym telefonie od niewiadomo kogo, po drugie - co to znaczy "dziwne wycie" i po trzecie całe to pismo i ten twój redaktor Grzyb mi się nie podobają. Co to w ogóle za nazwa, "PPP"!?
- Przede wszystkim będą z tego pieniądze, a tych nigdy za wiele. A "PPP" to "Prawda - Poznanie - Percepcja". Fajne, nie?
- Nie. A co z wykładami? Ledwo udobruchałeś profesora Wilka, a już masz zamiar znowu opuścić zajęcia.
- Nie taki Wilk straszny - buńczucznie oświadczył Daniel - a zresztą mam zamiar pojechać tam w niedzielę.
- Jadę z tobą.
- Ale...
- Bez dyskusji!
Daniel wycofał się na bezpieczną pozycję w bibliotece.
-3-
Marian Rewski, porucznik policji, właśnie kończył długi, nużący dzień pracy. Przeciągnął się na krześle, omiatając wzrokiem swoje pomieszczenie służbowe. Działo się dzisiaj wiele; gwałty, morderstwa, zwykłe włamania... Dareccy. Oni. Coś mu w nich wyraźnie nie pasowało... zachowanie, wygląd, głos... nie mógł stwierdzić, co. Ale na pewno coś. Ich zeznania, że przypadkiem trafili do starego domu w środku lasu, z ciekawości weszli na górę... Kłamstwo, oczywiście. Przecież wcześniej pytali leśniczego o coś... jak on to ujął? "Nieleśnego"... tak... Wyraźnie tego szukali. Skoro szukali, to nie mogli wcześniej zabić tego staruszka... Ale, nigdy nic nie wiadomo... Na miejscu zbrodni nie było ich śladów, które by wskazywały, że byli tam wcześniej. Tylko odciski palców tego zabitego... Ale kto to zrobił? Facet był rozpruty jak szmaciana lalka. Właśnie. Częściowo pocięty, częściowo rozszarpany. Nie do wyobrażenia. Sprawca musiał być nie lada mocarzem. Człowiek? Zwierzę? Jeśli zwierz, na przykład niedźwiedź, to jak się dostał na pierwsze piętro, skoro drzwi otworzyli dopiero ci Dareccy...? Ehhh... Wszystkie te elementy nie mogły się ułożyć w głowie Rewskiego w sensowną całość, niczym układanie z puzzli fragmentu jednolitego kolorystycznie nieba - niby elementy pasują, ale przy bliższym przyjrzeniu nie tworzą całości. Ale jeden szczegół... Rewski sięgnął po kopertę z niedawno wywołanymi zdjęciami z miejsca zbrodni. Wprawdzie przeglądał je już wcześniej, ale... przerzucał je teraz wypatrując tego, co kołatało mu się po głowie; migały mu przed oczami obrazy zastygłych, szeroko otwartych oczu, rozszarpanego tułowia i trzewi, które wylały się na podłogę... ramię. Tatuaż.
- Ja ten symbol już gdzieś widziałem - powiedział cicho do siebie Rewski.
-4-
Porucznik całą noc nie mógł spać; próbował, ale nie mógł. Wstał, zaparzył sobie lekkiej herbaty i siadł do komputera. Nie mógł czekać, bo przypomniał sobie, gdzie widział taki symbol. Kołatała mu się po głowie nazwa "Kaine". W wyszukiwarce pokazał mu się adres poświęcony wsi, która leżała znowu nie tak daleko; przeczytał, że po wojnie zmieniono jej nazwę, bo poprzednia brzmiała zbyt niemiecko... szybko kliknął w link dotyczący zabytkowego kościoła w tej wsi, niezwykle dużego i nietypowego pod względem architektury. Był tam kiedyś przejazdem i zapamiętał ten właśnie nietypowy kościół... Czyżby stąd ten symbol? Zobaczył, że jest zdjęcie, więc kliknął na nie. Liczył, że na drzwiach kościoła zobaczy ową potrójną spiralę, tą samą, co na ramieniu zamordowanego... ale nie. Na zdjęciu ściany kościoła były gładkie, nie zdobił ich żaden ornament. "Pomyliło mi się coś?" - pomyślał Rewski. "Muszę to w któryś wolny dzień sprawdzić."
Poszedł spać.
-5-
Kazimierz w końcu wysiadł z ciasnego, dusznego autobusu, starł wierzchem dłoni pot z ogolonej głowy, na której został tylko krótki, mały wężyk włosów. Wprawdzie przystanek był umiejscowiony spory kawał drogi od jego celu, ale o wiele lepiej czuł się teraz na świeżym powietrzu, otoczony tylko lasem; dlatego też szybko zszedł z drogi i śpiesznym krokiem podążył na przełaj. Nie zawsze doceniał urok natury, z dala od miejskiego zgiełku; dopiero od niedawna czuł się niemal zespolony z naturą. Teraz jednak był napięty, w stanie gotowości. Czekało go zadanie. Musiał mu podołać. Zostały wydane nowe dyrektywy i on musiał się nim podporządkować, czy by tego chciał, czy nie. Ale chciał, bardzo chciał. Przecież czekała go za to na końcu nagroda. Szedł przez las, poruszając się niezwykle zwinnie i szybko, mimo niesionej na ramieniu torby sportowej o znacznej wadze. Szedł wręcz nieludzko szybko. W końcu dotarł na miejsce, rozpoznał je bezbłędnie. Wysoka skała w kształcie kurhanu, a raczej wielkiej, kamiennej trumny, na prawo płynął mały strumyk, w okolicy było jakby mniej drzew. Zbliżył się do skały, wypatrzył jeden szczególny kamień; doskonale wiedział, o który kamień mu chodzi. Podniósł go i otarł z mchu; zobaczył inskrypcję w postaci potrójnej spirali. Trzymając kamień w dłoni, skupił myśli na owej inskrypcji. W skale, niezwykle cicho, otworzyło się przejście; Kazimierz mógł przez nie przejść, nie schylając się. Odrzucił kamień w trawę i zagłębił się w ciemność otworu w skale. Przejście zamknęło się za nim równie cicho, jak się otworzyło.
-6-
- Długo jeszcze? - Julia była podenerwowana na brata, że przez tego głupiego redaktora Grzyba i jego głupie czasopismo musi jechać do jakiegoś głupiego miejsca badać jakąś głupią sprawę, a jej brat też ostatnio z tego powodu nie zachowywał się najmądrzej.
- Przecież jedziemy dopiero pół godziny - Daniel niezachwianie wierzył w swoją misję napisania artykułu, w końcu to było jego pierwsze zadanie; nie mógł zawieść zaufania, które pokładał w nim redaktor Grzyb - pogadamy z tym, który zadzwonił, zrobimy mały wypad do lasu, tam, gdzie on nam pokaże i wracamy. Dobrze?
- No dobrze - mruknęła Julia, nieco tylko ułagodzona.
Dojechali na miejsce, bez trudu odnaleźli adres, który przekazał w redakcji Danielowi redaktor Grzyb. Dom nie wyróżniał się niczym szczególnym. Wysiedli z szarego, wysłużonego poloneza, Julia odetchnęła, rozglądając się ciekawie wokół.
- Daniel, zobacz! - szarpnęła brata za ramię, wskazując palcem na wielki kościół, którego dzwonnica, zakończona fantazyjną iglicą, górowała nad skupiskiem domów, będących wsią Józefów - ja gdzieś czytałam o nim! Ale nie wiedziałam, że to tu!
- No widzisz! Jeszcze skorzystasz na tej wycieczce; kiedy załatwimy sprawę, to pójdziemy obejrzeć ten kościół z bliska.
To oświadczenie Daniela wyraźnie poprawiło humor do tej pory podenerwowane Julii.
Drzwi otworzył im nieco tłustawy, nieogolony człowiek o czerwonej, podekscytowanej twarzy. Ubrany był w czerwoną koszulę z oderwanymi rękawami. Można było odnieść wrażenie, że jest nie do końca zrównoważony psychicznie, co zresztą okazało się prawdą.
- Pan Krzysztof Re...
- Witam, witam, witam panów - rzekł szybko.
- Jeden pan, jedna pani - wtrąciła po części zawstydzona, po części poirytowana Julia.
- Nieważne. Pan z gazety, tak? Chodźmy, szybko.
Nie czekając na potwierdzenie, człowiek pociągnął Daniela z rękaw i zaczął go prowadzić drogą. Julia, chcąc, nie chcąc, zaczęła dreptać za nimi. I szli tak, mały człowieczek, szepcący do siebie "szybko, szybko", trzymany przez niego z rękaw Daniel z wyrazem zdziwienia na twarzy, i nieco przygarbiona z zakłopotania Julia. Akurat pech chciał, że w niedawno skończyła się w kościele południowa msza i wracający z niej ludzie ujrzeli ten niezwykły pochód. Człowieczek sprawował najprawdopodobniej we wsi Józefów urząd wioskowego głupka, więc dało się słyszeć śmiechy i niewybredne komentarze. Ale i Daniel, i Julia postanowili zrobić dobrą minę do złej gry. Jednak kiedy wyszli w las, poza zasięg wzroku i głosu rozbawionych mieszkańców, Daniel wyszarpnął się człowiekowi i z ledwością opanowując się, rzekł:
- Panie Krzysztofie! Gdzie my idziemy!?
- Morderstwo, tam - człowiek nerwowo pokazał w stronę lasu.
- Morderstwo!? - krzyknęło razem rodzeństwo - Chodźmy, prędzej! - ten okrzyk upodobnił ich wtedy do nerwowego, dziwnego człowieczka.
-7-
Kazimierz doskonale widział w ciemności; mimo, że był tu pierwszy raz, pewnie szedł prostym korytarzem. Był on wprawdzie niesamowicie długi, ale miał po drodze tylko jedną odnogę w lewo. Kazimierz wciągnął powietrze przy tym rozwidleniu.
- Powietrze z tego korytarza nie pachnie najlepiej - powiedział do siebie i ruszył dalej prosto. Po długim marszu w końcu zobaczył strome, kamienne schody. Bez wahania wszedł po nich i dotarł do sali o ścianach z kamienia, o wymiarach trzy na trzy metry. Na każdej z trzech ścian, a także na suficie i na podłodze wyryta była potrójna spirala.
- Jestem na miejscu - stwierdził cicho Kazimierz. Otworzył torbę, wyjął z niej koc, rozłożył go na podłodze. Położył się na nim. Zasnął.
-8-
Porucznik Marian Rewski w końcu miał dzień wolny - nastała niedziela. Poszedł na stadion obejrzeć mecz. Było nieco emocji. Wrócił do domu, położył się na kanapie, przeczytał kilka stron książki, zasnął. Obudził się około szesnastej, znowu śnił mu się ten trup, jego ramię, jego tatuaż.
- Przecież miałem jechać zbadać ten kościół - powiedział do siebie. Wstał, przeciągnął się, wziął kurtkę, otworzył drzwi. Ale zawahał się, podszedł do biurka zamykanego na klucz i wziął z niego swoje policyjne wyposażenie.
-9-
Daniel i Julia byli już bardzo zmęczeni po dwóch godzinach ostrego marszu przez las, ale Krzysztof parł przed siebie niczym nakręcana zabawka.
- Długo jeszcze? - Julia była już u kresu wytrzymałości nerwowej.
- Już naprawdę niedaleko, proszę pana.
- Pani.
- Trudno.
Daniel może i by się śmiał, ale był zbyt zmęczony.
- O, to tu, tu!!! - człowieczek przystanął, zaczął wskazywać w kierunku strumyka, który na razie było bardziej słychać niż widać.
Rodzeństwo zerwało się do biegu w kierunku wskazywanym przez podskakującego ze zdenerwowania Krzysztofa. I istotnie, im bardziej zbliżali się do strumyka, tym wyraźniej widzieli jakieś czerwone obiekty wśród poszycia leśnego. Wiedzeni ciekawością przyspieszyli jeszcze biegu, nie licząc się z możliwością upadku. Jednak kiedy dobiegli na miejsce, zobaczyli, że czerwony kolor to w istocie... związane w węzeł rękawy koszuli ich przewodnika, Krzysztofa.
- Co za fajfus! - zdenerwował się Daniel - pół dnia nas wodzi po lesie...
- A mówiłam, że nic z tego nie będzie - Julia miała okazję się w końcu wyładować.
- Zaraz sobie z tym Krzysztofem porozmawiam, zaraz naprawdę będzie tu morderstwo - Daniel, mocno zagniewany, ruszył z powrotem, ale nikogo już nie ujrzał. Najwyraźniej Krzysztof oddalił się w tempie przyspieszonym.
- Nie ma go - powiedział Daniel do siostry, ale jej też nie było; zobaczył ją po drugiej stronie strumyka, gdzie oglądała z zainteresowaniem dziwną skałę w kształcie wielkiej trumny. Podbiegł do niej.
- Co ty robisz?
- To jest niesamowite. Skąd tu taki rodzaj skały? - Julia miała w końcu jako początkujący archeolog jako takie pojęcie o geologii - to jest niemożliwe, aby ta skała była naturalnym wytworem.
W tym momencie Daniel zobaczył w trawie jakiś dziwny kamień. Wyglądał, jakby leżał tu od niedawna. Schylił się po niego, obejrzał.
- Zobacz! Ten znak! - pokazał kamień Julii. Ta obejrzała go, po czym powróciła do oględzin skały. I wtedy wydała okrzyk zaskoczenia, bo w skale widniało przejście; nawet nie zauważyli, kiedy się otworzyło. Wiedzeni ciekawością oczywiście weszli do środka. I wtedy ogarnęła ich ciemność, bo przejście jak bezgłośnie się otworzyło, tak i nagle zamknęło. Wszelkie próby sforsowania włazu na nic się nie zdały.
- Pozostaje nam tylko podążyć tym korytarzem - powiedziała Julia.
-10-
Kazimierza obudziły bicia dzwonu kościelnego, dochodzące jakby z góry. Nadszedł czas. Zwinął koc, wsadził go z powrotem do torby. Wyjął kilkanaście świec i rozstawił je na posadzce pomieszczenia. Położył discmana, do którego podłączył głośniczki. Rozebrał się do naga, włączył discmana. Z małych głośniczków popłynęła ciężka, agresywna muzyka, odbijając się głośnym echem od ścian małego pomieszczenia. Kazimierz skulił się do pozycji embrionalnej. Muzyka wypełniła jego umysł, wyzwoliła w nim z okowów umysłu tą istotę, która jakiś czas temu została mu zaimplementowana... nie... podarowana. Agresja wzrastała z nim, wypełniając go całego, nie kontrolował już tej istoty. A ta zaczęła powoli przejmować jego ciało. Skóra porastała brązowym futrem, na rękach i nogach pojawiły się szpony.
Nie był już człowiekiem, ale inteligentny błysk w oku mówił, że jeszcze nie jest zwierzęciem. Wyprostował się. Czekał.
-11-
Daniel i Julia szli w ciemności, trzymając się prawej ściany korytarza.
- Nie martw się - cicho powiedział Daniel do siostry - na pewno tek korytarz dokądś prowadzi; powietrze tutaj nie jest zatęchłe.
- Nie martwię się; raczej się zastanawiam, po co ktoś by sprowadzał tu tyle skały i budował taki długi korytarz. I że też do tej pory nikt go nie odkrył!
- ... Mam takie wrażenie, że się wracamy w kierunku wsi.
- ... Też mam takie uczucie.
Dalszą część drogi szli w milczeniu. Nagle z oddali usłyszał ostrą muzykę metalową; była ona jakby spowolniona, jakby baterie sprzętu grającego działały od kilku godzin i zaczynały się wyczerpywać.
- Ktoś tam jest... - szepnął Daniel do Julii.
- Bądźmy ostrożni; nikt wcześniej nie odkrył tego korytarza; może ten człowiek być niechętny do podzielenia się odkryciem - odpowiedziała Julia.
- Spoko, najpierw się tam zakradnę i wybadam sytuację - po czym ruszył do przodu, potknął się o pierwszy stopień schodów i z okrzykiem zaskoczenia i strachu runął na twarz; tylko refleks uratował jego głowę przed kontaktem z kamiennym stopniem, ale okupił to stłuczonymi rękami.
- Nic mi nie jest...
Julia postanowiła tym razem nie komentować sytuacji.
Daniel ostrożnie wyczuwał stopnie przed sobą, w końcu zobaczył nikłe światełko, przypominające dogasającą świeczkę. To dodało mu trochę otuchy. Widział już zarysy stopni, więc raźniej ruszył przed siebie. I stanął jak wryty; widział przed sobą szeroki, częściowo wyprostowany grzbiet, pokryty brązowym futrem. Pamiętał ten kolor, ten zapach. Stwór, który zabił jego ojca w chwili spotkania, a i jego samego prawie zabił wtedy w lesie. Nie mógł się poruszyć, sparaliżował go strach.
- Czekałem na ciebie - odezwał się stwór. Fakt, że potwór potrafi mówić, spowodował u Daniela odzyskanie władzy nad strunami głosowymi.
- Czego chcesz...?
- Ja nic od ciebie nie chcę - niskim, spokojnym, wyraźnym głosem przemawiała istota stojąca przed Danielem - to oni chcą czegoś od ciebie, a ja mam to tobie zabrać.
- ...Chcesz mnie za... dlaczego nie wtedy, w lesie?
- Bo dostałem sygnał, że to by nic nie dało. Zabicie twego ojca też nic im nie dało. To nie był właściwy sposób. Dopiero tutaj, w tym miejscu, coś może się stać. Rozumiesz, oni sami nie wiedzą, mają tylko niejasne zapiski. Szukają sposobu. Mają wprawdzie ograniczoną władzę nad formą, ale chcą więcej tej władzy. Dużo więcej. I ty możesz im pomóc.
- Więc... masz mnie zabić?
- Nie wiem. Jeśli będzie taka konieczność, to tak. Ale na razie... - stwór obrócił się w stronę Daniela. Jego fizjonomia była skrzyżowaniem ludzkiej twarzy z wilczym pyskiem, ale takie twarzy też spodziewał się Daniel, więc nie był zbytnio zaskoczony. Stwór podniósł przedmiot, który trzymał w ręku - była to metalowa tabliczka, ta sama, którą wykopała Julia; miała nawet małą rysę po łopacie.
- Oh! - westchnęła zaskoczona Julia, która, do tej pory przykucnięta obserwowała całe zdarzenie. Stwór ją dopiero teraz zauważył; wyglądał na zaskoczonego. Ale równocześnie ściany pokoju zaczęły falować, jakby spowodowane to było trzymaną przez hybrydę tabliczką. Ściany ze skały zaczęły się wyginać niczym rozpięty materiał, na który ktoś z przeciwnej strony naciska ręką. Tylko w tym przypadku nie były to ręce, a raczej kształtem przypominało to szpony, dzioby, pyski niewyobrażalnych stworzeń.
- To nie wystarcza - powiedział stwór - mówią mi, że mam cię zabić, co może wzmocnić efekt. Ruszył w kierunku Daniela, z pazurami gotowymi zdać mu straszliwą śmierć. Daniel mógł tylko wystawić ręce przed siebie w nieudolnej próbie obrony i krzyczeć; w prawej dłoni zaciskał kamień z potrójną spiralą, który wcześniej posłużył mu do otwarcia przejścia w skale w kształcie kamiennej trumny. Zalała ich fala światła, pochodzącego ze sztucznego źródła. Wtedy wiele rzeczy wydarzyło się równocześnie.
Stwór obrócił się, aby zobaczyć, skąd dochodzi owo światło; ujrzał odsuwającą się bezgłośnie ścianę pomieszczenia, a za nią wnętrze kościoła i człowieka patrzącego wprost na niego.
Julia skoczyła, przewracając Daniela na ziemię.
Porucznik Marian Rewski, widząc potwora za odsuwającą się ścianą z symbolem w postaci potrójnej spirali, w poszukiwaniu której przyjechał do wsi Józefów, dawniej Kaine, sięgnął po broń, którą przezornie zabrał przed wyjściem z domu z zamykanego na klucz biurka.
Kazimierz, będący w tej chwili tylko w połowie pod postacią człowieka, totalnie zaskoczony, ruszył w kierunku człowieka trzymającego broń.
Rewski wytrenowanym ruchem wyciągnął broń przed siebie; oddał trzy strzały. Pierwszy trafił w ścianę pomieszczenia w miejscu, gdzie kilka sekund wcześniej znajdowała się głowa Daniela. Dwa pozostałe trafiły Kazimierza w pierś i głowę.
Daniel, leżący na ziemi, widział, jak bezwładne ciało jego niedoszłego mordercy zwala się na posadzkę pomieszczenia, jak wypływa na nią czarna posoka. Jak znikają potrójne spirale na ścianach. Julia widziała tylko dymiącą lufę pistoletu Rewskiego; czyli to samo, co widziała wcześniej, zanim Daniel zasłonił się rękami przed nacierającym potworem.
-12-
- Znowu się spotykamy... To chyba zasługa opatrzności, co? - z przekąsem powiedział Rewski do rodzeństwa Dareckich, ostrożnie przestępując nad groteskowymi zwłokami.
- Tak... opatrzność.
- Czegoś takiego jeszcze nie widziałem... co właściwie jest...?
Wszyscy troje spojrzeli na zwłoki i oniemieli - leżał tam nagi, martwy mężczyzna. Nie żaden potwór.
- Co do... zaczął Rewski, ale zaniechał - potrzebujecie pomocy? Lekarza... a może psychologa?
- Dziękujemy... poradzimy sobie - odpowiedziała Julia.
Daniel odzyskał przytomność umysłu:
- przyprowadził nas tu mały człowieczek, Krzysztof... miał takie same jak pan nazwisko: Rewski. Doprowadził nas do miejsca, gdzie zaczynał się korytarz...
- Jaki korytarz?
Obejrzeli się za siebie; istotnie, nie było żadnego korytarza. W ogóle niegdysiejsze pomieszczenie wyglądało teraz jak najzwyczajniejsza wnęka w ścianie, która była tu od samego początku istnienia budynku.
Nieco jeszcze oszołomieni, ale wciąż pchani przez buzującą adrenalinę, udali się szybko do domku, gdzie mieszkał pan Krzysztof. Dzwonili, ale nikt nie otwierał. Rewski zdecydował się wyważyć drzwi; wtedy Julia zauważyła, że są otwarte. Zajrzeli do każdego pomieszczenia, ale w domu nikogo nie było; jeszcze popytali mieszkańców okolicznych domów, ale ci powiedzieli, że ostatni raz widzieli niejakiego Krzysztofa Rewskiego, gdy prowadził jakiegoś faceta za rękaw.
- Nic chyba już dzisiaj nie zdziałamy - powiedział porucznik Rewski.
- Na to wygląda - powiedział Daniel - ... dziękujemy za pomoc.
- Zrobiłem to, co należało.
Rodzeństwo wsiadło do poloneza i odjechało; odprowadzone wzrokiem przez Rewskiego. Ten udał się w kierunku zaparkowanego przed kościołem swego samochodu po telefon komórkowy, aby w końcu wezwać specjalistów do zbadania zwłok. Przy wielkich wrotach budynku jednak się zatrzymał; tknięty przeczuciem, wszedł do środka. Nie było na posadzce zwłok, nie było śladów krwi, nie było nawet rzeczy na posadzce, które wcześniej widział, a zapamiętał tam między innymi discmana i torbę sportową.
- Co do cholery...?
-13-
- Nie udało się nam.
- Tak najwyraźniej miało być.
- No cóż, musimy poszukać innego sposobu.
- Tak. A co zrobimy z nimi?
- Na razie nic. Nie mogą nam zaszkodzić, a nawet mogą się jeszcze przydać.
- Istotnie, tak jak ten... Rewski.
- Który Rewski?
- Nieważne. Obaj.
Mariusz Saint
mariuszsaint@interia.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|