|
Przygody we wszechświecie - epizod drugi: Pan Mroku
"Pieszczoch" wyskoczył z nadprzestrzeni obok Księżyca, tak jak
rozkazał komputerowi pilot. Trochę niebezpieczny manewr ze względu na małą
ilość miejsca, ale "Pieszczoch" świetnie sobie poradził. Ujrzawszy w iluminatorze Ziemię, Mark postanowił nawiązać łączność z NASA i powiadomić o powodzeniu misji. Trzykrotnie w krótkich odstępach czasowych wywoływał na szerokich częstotliwościach generała Maxwella, jednak
bezskutecznie.
Nad siedzibą NASA szybował myśliwiec amerykańskich sił
powietrznych zniżając swój lot, by w końcu osiąść przed budynkiem. Z
maszyny wysiadł Mark Anderson, a za nim wyskoczył piesek. Razem ruszyli w
kierunku wejścia. Przy drzwiach nie było nikogo. Weszli do pustego korytarza.
- Coś mi się zdaje, Astro, że dużo się zmieniło podczas naszej nieobecności - rzekł
Mark do psiaka i poszedł w kierunku sali głównodowodzących, gdzie zawsze służbowo przebywał generał. Cała hala była pusta, a komputery powłączane. Wyglądało
to, jak gdyby pracownicy najzwyczajniej w świecie opuścili swoje stanowiska
pracy. Mark i Astro rozejrzeli się jeszcze po budynku, ale wszędzie to samo.
Ta cisza była przerażająca. Nie mogąc znaleźć generała, chłopak
zdecydował się udać do instytutu, w którym pracował jego ojciec. Przywołał psa i wrócili do myśliwca. Szybkim "Pieszczochem"
znaleźli się przed instytutem już po dwóch minutach. Mark nie wprowadził
samolotu do hangaru, tylko zostawił go przed budynkiem. Ku jego zdziwieniu przy
drzwiach nie było strażnika. W instytucie również korytarz był pusty. Chłopak od razu pobiegł do
gabinetu Johna, ale nie zastali tam nikogo. Syn zauważył na biurku włączony komputer
z informacją od ojca. Naukowiec pisał:
Synu, jeśli to czytasz, to znaczy, że mnie już nie ma.
Jest 10 października 2199 roku, na Ziemi szaleje zaraza. Brakuje ludzi do badań
nad tą chorobą, nie znamy jej, nie wiemy jak się leczyć i zapobiegać.
Niemalże wszyscy ludzie udają się na południe, gdzie skażenie jest
mniejsze. Niektórzy polecieli na Marsa i w ten sposób zarazili stacjonujących
tam badaczy.
Mam nadzieję, że Twoja misja powiodła się i wróciłeś na Ziemię, by
przekazać mi tę radosną nowinę. Żegnaj. Twój ojciec.
To był wielki szok. Chłopak przez minutę stał w osłupieniu
powoli przyjmując do siebie słowa Johna, a gdy już do niego dotarły, jego
umysł wypełnił scenariusz wydarzeń, jakie musiały rozegrać się na jego
ojczystej planecie. Z przerażeniem i bólem wybiegł z instytutu. Astro
podążył za nim. Wsiedli do "Pieszczocha" i ruszyli na farmę w
Kanadzie, gdzie kiedyś mieszkali. Chłopak wpadł
tylko do domu po ciepłą kurtkę ze sztucznego futra i znów wsiadł w myśliwiec
wyznaczając kurs na biegun południowy. Po sześciu
godzinach lotu dotarli na miejsce i zmniejszyli pułap aby rozejrzeć się po
okolicy i poszukać ludzkich osad. Na białym śniegu nietrudno coś znaleźć,
chyba że byłoby to białe. Dziesięć sekund poszukiwań przyniosło rezultaty.
Samolot usiadł na białym puchu, a kapitan wysiadł z niego zostawiając psa w
kokpicie. Wskazania termometru nie były przyjazne dla zwierzaka; na zewnątrz
panował mróz, choć na biegunie południowym o tej porze roku jest lato. Mark podszedł
do pierwszego lepszego niby-domku, ale nie zastał nikogo w środku, podszedł
do następnego, także pustego, aż przy którymś zastał zamarznięte ciało
jakiegoś człowieka. Chłopak rozejrzał się w jego mieszkaniu i stwierdził, że jest prawie puste. Wniosek był oczywisty: ludzie
uciekli tu w popłochu zabierając ze sobą niewielkie ilości jedzenia i ciepłych
ubrań, a kiedy skończyły im się zapasy, zaczęli umierać. Ten człowiek
musiał przeżyć najdłużej, bo nie miał go kto pochować. "Pewnie gdzieś
niedaleko jest cmentarzysko, którego nie mam ochoty oglądać" - pomyślał Mark.
Wrócił do myśliwca i rozpoczął samotną wędrówkę dookoła Ziemi, nie mając
pojęcia co ze sobą zrobić i gdzie się udać. Wykonał kilkanaście niskich lotów wzdłuż
opustoszałego i martwego wschodniego wybrzeża Azji. Przeleciał jeszcze nad
największymi miastami Europy, lecz i tam nie było żywej duszy. Pieszczoch sunął
teraz kursem na północ ku biegunowi, ale gdy tam dotarli, Mark nie mógł
uwierzyć wskazaniom przyrządów. Już na pierwszy rzut oka krajobraz nie
przypominał lodowej pustyni, a temperatura 24oC zupełnie nie pasowała
nawet na ciepłą porę roku na biegunie, gdzie latem może być najwyżej koło
pięciu stopni Celsjusza. A więc tak wygląda efekt cieplarniany, pomyślał
Mark. Nie do przyjęcia było, że coś takiego jest możliwe. Spekulacje dotyczące
takiego wydarzenia powstały ponad dwieście lat temu i szybko poszły w niepamięć.
Chłopak spojrzał na psa. Nie było nas tylko siedem lat i ile się przez ten
czas wydarzyło, powiedział. Czas był najwyższy odlecieć z bieguna.
Pieszczoch oddalał się od dawnej pustyni lodowej jednocześnie wzlatując w
coraz to wyższe partie atmosfery ziemskiej. Pilot postanowił opuścić tę
planetę, na której pochowana została niemalże cała jego przeszłość.
Jedyne co jeszcze miał to myśliwiec "Pieszczoch" i najwierniejszy
przyjaciel, pies Astro. To i tak wiele w obliczu zagłady ojczystej planety i
braku rodziny. Anderson wrócił na moment do domu, by zabrać rakiety Dragon 8,
po czym obrał kurs w stronę Księżyca i gwiazdy w iluminatorze rozpłynęły się w długie jasne smugi,
gdy samolot pomknął w nadprzestrzeni do wyznaczonego celu.
Właściwie cały Wszechświat wygląda podobnie,
gdziekolwiek by nie być. Praktycznie to wielkie miejsce jest naszym domem
zamieszkanym przez jeszcze wielu nieznanych sąsiadów. Z Ziemi można dostrzec
i rozróżnić znajome gwiazdozbiory, ale to naprawdę niewiele, bo to co
ludzie ułożyli w konstelacje to jedynie kilka galaktyk, a kosmos kryje ich o
wiele więcej, wciąż niezbadanych. Nawet będąc raz w jakimś miejscu wciąż
jest to jeden wielki Wszechświat. Można być gdziekolwiek się zaleci i jest
się w domu, który trzeba tylko poznawać i zwiedzać. Nie wiedzieć dlaczego
na przestrzeni wieków nie zmieniło się podejście ludzkości do ogromu
kosmosu. Tak właśnie poczuł się Mark lecąc galaktyką, w której ostatnio
był dwa lata temu. Ponieważ znał już współrzędne skoku, tym razem skrócił
podróż sześciokrotnie. I tak we wrześniu 2205 roku gotów był poznać
miejsca, które dawniej były mu odległe. Mark leciał z prędkością równą
połowie prędkości światła w kierunku centrum galaktyki. Po dwóch dniach
lotu dotarł do średniej wielkości planety i obrał kurs na nią. Ponad jej atmosferą krążyły
cztery ogromne okręty, więc pilot postanowił profesjonalnie zgłosić swoje
przybycie. Przez radio nadał komunikat w języku
Quenya.
- Nazywam się
Mark Anderson. Proszę o zgodę na lądowanie.
Jednak nikt mu nie odpowiedział, a po chwili z jego myśliwcem
zaczęło dziać się coś dziwnego. Jakaś siła ciągnęła go w kierunku
jednej z jednostek stacjonujących nad planetą.. Pilot robił wszystko co było
możliwe, by uciec, jednak nieznana siła była potężniejsza. Gdy chłopak
zrozumiał, że wpadł w szpony nieprzyjaciela, podjął jedyną decyzję, która
mogła go jeszcze uratować. Szybko obliczył bezpieczny skok w nadprzestrzeń i
wprowadził dane do komputera uruchamiając procedurę. Ku jego rozczarowaniu
obraz w iluminatorze nie zmienił się. Myśliwiec wciąż tkwił w tym samym
miejscu, a "Pieszczoch" alarmował o uszkodzeniu generatora
hiperprzestrzennego. Chłopak nie stawiał już oporu, tylko pozwolił ściągnąć
się do wnętrza olbrzyma. Maleńki samolot bezwładnie zbliżał się w kierunku
kolosa. U kresu tej zdawało by się niekończącej się wędrówki fala ciemności
spowijała "Pieszczocha", aż w końcu cały pogrążył się w cieniu, gdy
wrota zamknęły się za nim. I tylko wskaźniki komputera słabo rozświetlały
kokpit. Minęło pół godziny jak ich blask stracił swą moc, kiedy hangar, w
którym stał myśliwiec zalała fala oślepiającego światła kilkunastu, a może
kilkudziesięciu halogenówek wodorowohelowych. Do pomieszczenia weszła grupa
uzbrojonych żołnierzy. Dwóch z nich podeszło do statku i
rozkazało pilotowi wyjść. Chyba nie wiedzą, że mam psa, pomyślał Mark. I
niech tak zostanie, dodał, po czym dał zwierzakowi znak, by został w środku.
Ostrożnie, ale bez wahania chłopak wysiadł z myśliwca. Pozostali żołnierze,
a było ich dziesięciu, stali dookoła "Pieszczocha" i celowali w pilota,
zaś dwójka, która stała bliżej rozpoczęła eskortę w kierunku wyjścia.
Pięciu nagle urwało się z okręgu i wyszło przed eskortą, reszta wyszła na
końcu. Żołnierze prowadzili swojego więźnia
jakimiś ciasnymi korytarzami. Wędrówka po pokładzie okrętu zakończyła się
wyjściem na zewnątrz. Dookoła stał wysoki strzelisty budynek z setkami okien
i dziesiątkami wieżyczek, a nad nim rozciągało się nienaturalnie czerwone
niebo, jakby płonące ogniem. Eskorta weszła do wnętrza budynku i szli dalej
wąskimi korytarzami pomiędzy setkami drzwi, aż za któreś z nich wrzucili więźnia.
Mark siedział teraz samotnie w ciasnej celi i tysiące myśli przelatywało mu
przez głowę. Jak na filmie widział swoją podróż po wszechświecie, a gdy skończył
użalać się nad sobą, pomyślał o ucieczce stąd. Zastanawiał się, co go
dalej czeka, a jednocześnie przypominał wygląd budynku w którym się
znajduje, rozpatrując wszelkie możliwości uwolnienia się. Należało by zacząć
od wydostania się z więziennej celi, ale ani w ścianach, ani w podłodze, ani
w suficie nie było nic co mogłoby posłużyć do wyjścia. Nad głową więźnia
świeciła lampa wmontowana w kasetony, a 90o niżej znajdowały się
podwójne drzwi na zamek elektroniczny. Nigdzie nie było widać kamer, toteż
Mark spokojnie rozglądał się dookoła i myślał o użyciu zasilania oświetlenia
w celu otwarcia sobie wyjścia. Przy pomocy laminowanego identyfikatora odkręcał
śrubki z lampy. Był właśnie przy ostatniej śrubce, gdy coś kazało mu
zaprzestać działania; przeczuwał, że ktoś się zbliża. Zostawił więc płytkę
trzymającą się na jednej śrubie, której jeden obrót i cała konstrukcja
spadłaby na podłogę. Po chwili do celi weszło dwóch uzbrojonych żołnierzy
i wyprowadzili chłopaka. Znów szli znajomymi korytarzami w nieznanym kierunku.
Wreszcie dotarli do celu, którym była przestronna sala z dużym oknem, z jednym
komputerem, przy którym siedziała jakaś postać ubrana na czarno i zlewająca
się z czarnymi ścianami pomieszczenia. Eskorta doprowadziła chłopaka do ciemnej
zjawy i stanęła obok. Na polecenie czarnej postaci przeszukali więźnia
i znaleźli w jego kieszeni identyfikator Instytutu imienia Alberta Einsteina w
Waszyngtonie. Mroczny stwór obejrzał
plakietkę i spytał co to jest, a kiedy usłyszał zgodną z prawdą odpowiedź,
spytał skąd pochodzi właściciel dokumentu.
- Pochodzę z
Ziemi - odpowiedział Mark.
- A gdzież to
miejsce się znajduje? - Zainteresowanie to było przerażające.
- Kim jesteś?
- Ja tutaj zadaję pytania!
- Nic nie powiem!
- Dowiem się. Wyprowadzić go!
Przeszukać jego statek!
Wychodząc pod eskortą, ze strachem o psa w
"Pieszczochu", Mark patrzył na identyfikator pozostawiony na stole podczas
tej krótkiej rozmowy. Po powrocie do celi próbował ostatni raz obrócić śrubę
przytrzymującą lampę, jednak bezskutecznie. Nie miał czym odkręcić oświetlenia.
Jedyne co mu zostało, co przeoczyli żołnierze, to jednowatowy laser diodowy o
mocy zbyt małej na otwarcie drzwi. Pozostało mu czekać aż znowu po niego
przyjdą i wtedy spróbować ucieczki. Zdawało mu się, że skoro poszli
przeszukać jego myśliwiec, to wkrótce będą mieli jakieś pytania. Tak też
się stało. Wrócili po więźnia i prowadzili go do wyjścia z budynku. Na
placu przed gmachem stał okręt, który ściągnął "Pieszczocha" do środka.
Weszli do hangaru, w którym stał myśliwiec Marka. Dookoła pojazdu biegał
Astro. Chłopak ucieszył się widząc swojego przyjaciela całego i zdrowego,
aczkolwiek podenerwowanego. To właśnie o psa chodziło żołnierzom. Pytali co
to jest.
- A więc nie
wiesz co to jest? - Rzekł mundurowy. - A my wiemy, że wyskoczył z twojego
pojazdu. W takim razie nie będziemy się wahać co z nim zrobić - mówiąc
to wycelował w zwierzątko. Zastraszony pilot przyznał, że to jego pies. Żołnierze
nie bardzo wiedzieli co to jest "pies". Widocznie na tej planecie nie ma psów,
pomyślał chłopak. Ten, który przeszukiwał myśliwiec, polecił pilotowi
pokazanie zawartości komputera pokładowego. Mark ograniczył się tylko do
podstawowych funkcji "Pieszczocha". Korzystając z okazji pilot wstukał do
komputera wiadomość skierowaną do okrętu "Liberty" znajdującego się
teraz lata świetlne stąd. Przekaz zawierał położenie
"Pieszczocha", informację o awarii generatora nadprzestrzennego i krótki
opis sytuacji oraz oczywiście prośbę o pomoc. Jeśli dawni przyjaciele z
Wolnej Ziemi używają jeszcze jednostki, którą zostawił im Anderson, to
bardzo możliwe, że Mark, Astro i "Pieszczoch" są uratowani. Na razie trzeba
czekać. Po naradzie pilot został zabrany z powrotem do celi. Astro został w
hangarze. Pewnie jest głodny, a ten drań zamknął drzwi do kabiny, pomyślał
właściciel psa. Całą noc, albo przynajmniej wydawało mu się, że jest noc,
więzień spędził w celi nie mając nawet pojęcia czyim jest więźniem. Rozmyślał czemu Pan Mroku chce znać położenie jego planety. Nagle
rozjaśniło mu się w głowie. Gharid mówił, że Pan Mroku poszukuje planety
Ziemia zamieszkałej przez Elfów. Nawet gdyby wiedział gdzie jest Ziemia,
zastałby pustą planetę. Jednak po chwili chłopakowi przeszło przez myśl coś
gorszego. Przecież nadał komunikat na Wolną Ziemię i teraz Pan Mroku
odnajdzie jego przyjaciół. Nie miał możliwości odwołać wezwania o pomoc. Elfowie pewnie są
już w drodze. Chłopak zasnął z ciężkim sercem.
W nocy Marka obudził hałas na korytarzu. Zdawało mu się, że ktoś
nadchodzi, lecz nie miał żadnych obaw o swoje bezpieczeństwo, jeśli w ogóle
można nie obawiać się o swoje bezpieczeństwo będąc więźniem Pana Mroku.
Po chwili drzwi do celi otworzyły się i wszedł nimi Samuel, znajomy Elf, którego
niegdyś wraz z jego rodziną Mark ocalił z Ziemi zagrożonej katastrofą
ekologiczną. Samuel chwycił chłopaka za rękę i prowadził pustym tunelem.
- Pan Mroku przechwycił Twój przekaz, Marku - rzekł
Elf. - Zgotował nam powitanie.
- Samuel, ja wiedziałem, że tak będzie, tylko wcześniej
o tym nie pomyślałem - odpowiedział Człowiek z poczuciem winy. -
Przepraszam.
- W porządku. Bardzo dobrze zrobiłeś. Ty też nas
kiedyś uratowałeś, pamiętasz? Poza tym wprowadziliśmy ulepszenia w "Liberty"
i tak w ogóle, to nie jesteśmy sami.
Gdy doszli do korytarza głównego, pilot ujrzał tam wielką bitwę między
jego przyjaciółmi a sługami Pana Mroku. Orgoweni strzelali z blasterów wiązkami
światła. Fervanie stojący przed "Liberty" z włączonymi barierami
odbijali strzały z blasterów tarczami energetycznymi. Elfowie strzelali z łuków
stojąc na "Liberty". Elf bezpiecznie poprowadził go przez pole bitwy. W
tej chwili podbiegł do nich jeszcze jeden Elf mówiąc, że odnaleziono myśliwiec
Andersona. Chłopak pobiegł za Exeviuszem, który prowadził go do
"Pieszczocha". Na tyłach budynku nie było nikogo. W otwartym hangarze stał
myśliwiec amerykańskich sił powietrznych. Pilot włączył pole siłowe i osłaniając
dwóch Elfów wyprowadził go na plac przed budynkiem, gdzie miała miejsce
bitwa.
- Faltor! - Krzyknął do
jednego z Elfów. Elf spojrzał na chłopaka. - Siadaj za sterami
"Pieszczocha" - Faltor podbiegł do myśliwca i rozpoczął ostrzał z
działka laserowego.
- A Ty dokąd? Spytał
pilota.
- Muszę
odnaleźć Astra. - Wrócił do Samuela i Exeviusza stojących w cieniu jego
myśliwca i poprosił o pomoc. Poszli do hangarów, które połączone były z
resztą budynku i znów błądzili tunelami próbując odnaleźć korytarz z więziennymi
celami, gdzie najprawdopodobniej trzymany był Astro. Gdy wreszcie znaleźli się
w części więziennej, Mark stanął na środku usiłując wyczuć obecność
czworonożnego przyjaciela. Elfowie, istoty o niezwykle ostrych zmysłach, nasłuchiwali
w ciszy zalegającej więzienie. Ale psa tutaj nie było. Przeszli obok celi, w
której siedział Anderson. Była otwarta, choć pozostawili ją zamkniętą.
Wyszli do głównego korytarza, skąd podążyli na górę po schodach z
czarnego kamienia. Wokół panował spokój, z placu dochodziły nikłe odgłosy
walki, ale i one ucichły nagle jak gdyby ktoś wcisnął pauzę w klasycznej
grze RTS. Przyjaciele stanęli jak wryci. Ściany zadrżały, a dwóch Elfów wsłuchiwało
się w dźwięki z zewnątrz. Mark zdecydował żeby wrócić przed budynek. Gdy
wybiegli na plac, wszyscy wojownicy stali jak posągi dzierżąc w dłoniach łuki,
tarcze i blastery, a ich oczy wznosiły się ku górze niemal w płonące
czerwone niebo, gdzie na jednej z wysokich wież stał Pan Mroku trzymając coś
w rękach. Mroczna postać spojrzała w dół i krzyknęła.
- Pewnie czegoś szukasz, Anderson?! - To powiedziawszy, uniósł
ręce w górę i teraz nawet z tak daleka, widać było, że trzyma niewielkiego
kundelka. - Jak się domyślam, nie ruszysz się stąd bez tego dziwaka, jak
ty to nazywasz, psa. A zatem może mały interesik? Wymienimy go na Faltora. Co
ty na to?
Stojący nieopodal Faltor podszedł do Marka.
- Nigdy! - Krzyknął chłopak.
- Jak sobie życzysz. Wobec tego
mogę zrobić z twoim pieskiem co zechcę, bo na co mi on, skoro nie dostanę za
niego tego, czego chcę?
Anderson obserwował uważnie każdy
ruch wroga jednocześnie wyciągając z kieszeni mały laser. Rzucił Faltorowi
pytające spojrzenie, ustawił
laserek pod większym kątem i po potwierdzeniu Elfa, włączył urządzenie. Oślepiająca
wiązka światła skupiła się na prawym oku Pana Mroku. Ciemny potwór wypuścił
z rąk psa, który bezpiecznie skoczył obok niego i pobiegł znikając z
widoku. Mark wbiegł do budynku na spotkanie przyjaciela. Wtedy gdy mroczny władca oślepł na jedno oko, przed pałacem znów rozgorzała bitwa. Wprawdzie
żołnierze ciemności mieli liczebną przewagę, lecz Elfowie likwidowali
kolejno każdego z nich, a i wiele strzałów odbitych od fervańskich tarcz
wracało do agresorów. W końcu
tylko taka metoda pozostanie, bo Elfom kończyły się strzały. Wreszcie Mark
Anderson z pieskiem na rękach powrócił na pole bitwy i ogłosił żeby
wszyscy powrócili na pokład. Najpierw do wnętrza "Liberty" weszli Elfowie,
a za nimi trzymający tarcze energetyczne osłaniający ich Fervanie. Anderson
siedząc już we wnętrzu swojego myśliwca nawiązał kontakt radiowy z
Faltorem pytając o ucieczkę z tego miejsca.
- Jak podałeś w komunikacie, masz zepsuty generator
hiperprzestrzenny. Zrobimy tak: Podczep się pod nas, tak jak kiedyś
"Pieszczoch" leciał z "Liberty", zsumujemy twoją masę i naszą, ręcznie
obliczymy wszystkie parametry skoku, wprowadzimy je do komputera pokładowego
"Liberty" i polecimy razem. Prześlij mi dane o "Pieszczochu".
Anderson przesłał Faltorowi
niezbędne informacje i czekając aż Elfowie wykonają potrzebne obliczenia,
podchodził pod kadłub ogromnego okrętu. Nim jednak znalazł się na miejscu,
zobaczył, że eskadra nieprzyjaciół rozpoczyna atak na nich. Wtedy też zorientował
się, że mroczny władca zniknął z pałacowej wieży. Wrogie jednostki wzbiły
się w powietrze i atakowały z góry. "Pieszczoch" również osiągnął
ich wysokość i zestrzelił dwie z dwunastu maszyn. Trzy leciały w zwartym
szyku za myśliwcem, a siedem zostało atakując "Liberty". Mark nurkował
zmieniając co kilka sekund pułap lotu. W końcu przez dłuższą chwilę
pozostawał na tej samej drodze, a kiedy wrogie jednostki spokojnie usiadły mu
na ogonie, zmiótł wszystkie rakietą Dragon 8. Trzy kolejne urwały się w
pogoń za "Pieszczochem", "Liberty" zaś zestrzeliła trzy i jeden
samolot niespodziewanie został namierzony przez "Pieszczocha" i trafiony
serią z działka laserowego. Elfowie byli wolni, a Mark znów rozwalił trójkę
jedną rakietą. Otrzymał właśnie komunikat od Faltora, że mają już
wszystkie dane, w tej chwili wprowadzają je do komputera pokładowego i
"Pieszczoch" może podczepić się pod "Liberty". Gdy doszło do połączenia,
obydwa statki odleciały wysoko na bezpieczną odległość, by grawitacja nie
przekłamała danych o locie, lub co gorsza, nie spowodowała uszkodzenia
generatora. Za chwilę gwiazdy w iluminatorze rozpłynęły się i "Liberty"
z "Pieszczochem" pomknęli w nadprzestrzeni.
White Rider
WHITE_Rider@interia.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|