|
Ognisty miecz
Była ta zwykłą ciepła czerwcowa noc. Jak zwykle można było spotkać ludzi chodzących po chodnikach, czasem jakiś samochód przejechał po ulicy. We wszystkich domach były już dawno zgaszone światła. Prawie we wszystkich gdyż w mieszkaniu numer 18 przy ulicy Gorzelnej nadal paliła się mała lampka. Z mieszkania było słychać głos młodego mężczyzny:
- Każdy bohater kiedyś umiera, i po naszego bohatera też przybyła śmierć.
Mężczyzna, który czytał książkę powiedział sobie w myślach:
- Kończ Dante, ile będziesz czytał tą książkę; przecież już jest 4:18. Idź spać!!!
Teraz już w każdym mieszkaniu było ciemno.
*
Rano jak zwykle przy ulicy Gorzelnej było słychać jak samochody non-stop gazują i smród, który każdego człowieka od razu by obudził. Dante jednak nadal leżał gdyż on zwykłym człowiekiem nie był, w ogóle nie był człowiekiem.
- Ratunku!!! Policja!!!
Ktoś krzyczał za oknem, dopiero przyjazd karetki policyjnej zbudził Dantego, który przeciągnął się leniwie na łóżku.
- Kolejny cholerny dzień.
Tak Dante witał każdy nowy dzień. Nieważne, jaka była pogoda, nastrój czy dzień. Codziennie to samo Dante sobie myślał. Każdy nowy dzień był dla niego przekleństwem. No cóż, co innego może czuć wampir, który żyje już na tym świecie od 1036 roku. Już widział tyle poranków, że powoli każdy kolejny go męczył i sprawiał ból. Musisz wiedzieć drogi czytelniku, że Dante nie był zwykłym wampirem; był przeklętym wampirem.
*
- Dante, gdzie ty do cholery jesteś???
Słychać było krzyki z oberży. Smród jak zwykle panował tam ponadprzeciętny. I czemu tu się dziwić; oberża "Pod Smokiem" nigdy nie szczyciła się wielkim szacunkiem wśród ludzi. Za to wampiry kochały tą śmierdzącą stodołę, którą ludzie nazywali karczmą. Zawsze, gdy miały ochotę wbić swoje kły mogły liczyć, że zawsze kogoś w karczmie "Pod Smokiem" znajdą. Cóż, karczma była oddalona od najbliższego miasta ponad 20 kilometrów a w około niej był las.
- Dante, gdzie ty do cholery jesteś?? - Powtórzył Ishmael, bliski kolega Dantego. - Dante, do cholery, przynieś to piwo!!! - Smród, jaki panował w oberży był coraz większy, prawdopodobnie ten pies, którego ostatnio zabił pijaczyna zaczął się gdzieś rozkładać.
Dante w końcu podszedł do stołu cały obładowany piwem, tanią gorzałą i jeszcze tańszą grochówką, a na dodatek za nim córka szefa karczmy niosła stary chleb, który był dodawany najprawdopodobniej za darmo to taniej grochówki. - Żryjcie to szybciej. - Z dużym podenerwowaniem w głosie Dante rozkazał jest swoim kompanom tanią Grochówkę i popijać ją piwem, które smakowało raczej jak pomyje. - Nie podoba mi się tu; spieszcie się. Coś w tej gospodzie jest nie tak. - Dante jeszcze takie słowa wypowiadał ponad 20 razy jednak jego przyjaciele tym się nie przejmowali i bawili się coraz lepiej. Niektórzy już nawet się nie bawili gdyż spali pod stołem albo z głową w taniej grochówce.
Po dwóch godzinach wiatr jakby zaczął wiać coraz mocniej i zrobiło się bardziej mroczno. Ishmael aż z tego wszystkiego wyrzygał tanią grochówkę, powiedział coś na matkę karczmarza i zaczął od nowa robić to, co robił przez paroma sekundami, czyli snem.
- Wstawać kompania, jedziemy dalej. - Już błagalnym głosem Dante próbował przekonać swoich towarzyszy do dalszej podróży.
- Daj spokój, Dante, wyśpimy się i pojedziemy dalej; i tak w tej śmierdzącej dziurze nic nam nie grozi. - Jak zwykle ze spokojem w głosie wybełkotał coś Fredric.
Dante coraz bardziej starał się uspokoić jednak po jego twarzy widać było zdenerwowanie. Jego czarne włosy nachodziły mu na niebieskie oczy, w których widać było strach. Strach, jakiego dawno nie czuł i nie powinien czuć. Człowiek jego postury wysoki, silny nie powinien się bać zwykłego wiatru nawet z tego powodu, że był łowcą wampirów.
- No cóż, zostaniemy tu do rana. - Nawet Dante nie skończył mówić, gdy coś uderzyło w drewnianą deskę, którą było zabarykadowane okno. Dante szybko podniósł głowę a jego twarz była cała widoczna. Widać było, że był człowiekiem przystojnym, który swoją twarz zakrywał za często włosami, pod których widać było tylko nos i czasami niebieskie oczy.
- Wstawać chłopaki!!! Mamy problem!!! - Jednak było już za późno, gdyż wampiry dość szybko weszły do karczmy, bez problemów zabijając dwóch ludzi siedzących zaraz przy wejściu. Dante zdążył wyciągnąć miecz i tak jak on postanowiła zrobić reszta drużyny. A raczej ci, którzy nie zasnęli nad tanią grochówką. Jednak ich refleks był zbyt mały a dodatkowo został przytępiony przez tanią gorzałkę, której sobie chłopcy nie żałowali.
-Wstawać! Wampiry!!! - Wszędzie było słychać krzyki, najgłośniej krzyczała córka karczmarza. Dante zdążył zabić dwóch wampirów, ale ci w tym samym czasie zabili większość jego kompanii. A raczej całą kompanię prócz Dantego.
Całe to wydarzenie trwało niemal tyle, co wymówienie: - Wampiry nie potrzebują zaproszenia wejścia do gospody.
Dante został całkowicie okrążony przez gromadę wampirów, którą miał dnia następnego unicestwić.
- Wielki Dante. - Powiedział najwyższy wampir w kapturze, którego głos był bardzo niemiły i gdyby go usłyszał Ishmael prawdopodobnie po raz kolejny rzygnąłby grochówką, jednak nie mógł tego zrobić, gdyż najzwyczajniej na świecie nie żył.
- A kto pyta? - Dante z całkowitym spokojem w głosie odpowiedział a w jego niebieskich oczach pojawił się ogień.
- Twój oprawca. Tyle lat zabijałeś moich braci; teraz ja zabiłem twoich. Jakie to uczucie? Nie mów, znam je. Ale zaraz zadam ci taki ból, którego jeszcze nigdy w życiu nie słyszałeś. W tym samym momencie Dante poczuł silne uderzenie w głowę a w głowie nagle pojawiło mu się setki gwiazd, kolorach jak lipcowe niebo.
*
Dante przebudził się z cholernym bólem głowy. Ale nie to obudziło, lecz mocne uderzenie w twarz.
- Witaj Dante. - Przywiązany do wilgotnej ściany Dante od razu poznał głos. To był ten sam zimny głos, co w nocy w gospodzie.
- Kim jesteś? Gdzie ja jestem?
- Nie za dużo chciałbyś wiedzieć, łowco wampirów? Cóż za ironia pogromca wampirów sam za chwilę zostanie wampirem przeztego, którego poszukiwał. - Wampir zdjął kaptur a oczom Dantego ukazała się bardzo szpetna twarz pełna blizn i jeszcze wilgotnej krwi, która spływała po krzywych ustach.
- Kim jesteś? - Z wielkim zrezygnowaniem Dante chciał przynajmniej przez chwilę grać na czas.
- Twoim panem. Panem twojego życia. Panem twojego przyszłego życia. - Wampir bardzo szybko skoczył w stronę Dantego wgryzając mu się w szyję. Dante poczuł silny ból a zarazem podniecenie. Szybko zaś stracił przytomność.
*
Dante zaraz po przebudzeniu się czuł się jakoś inaczej. Wiedział już, co się stało.
- Dante. Wampirze Dante. I jak się teraz czujesz pogromco wampirów. Chciałeś poznać moje imię. Streifan - Z dużym uśmiechem na twarzy Streifan wypowiedział każde słowo. - Teraz cię wypuścimy na wolność i będziesz musiał sobie radzić. A zapomnij o micie, że wampiry mogą chodzić tylko w nocy. Akurat wy ludzie jesteście cholernie zabobonni, jeśli chodzi o te sprawy. Możesz spokojnie sobie mordować ludzie też w dzień.
- Jak to w dzień?
- Widzisz Dante; wy ludzie się strasznie pewnie siebie czujecie w dzień i dlatego boicie się tak strasznie nocy. Wtedy wszystkie lęki wypływają na wierzch. A my postanowiliśmy je wykorzystać, a sam przyznasz, że mordowanie ludzi w dzień jest szczególną głupotą.
- A wiesz, jaką głupotą jest pozostawianie mnie przy życiu?
- Nie jesteś żywy - z wyraźnym uśmiechem na twarzy powiedział Streifan. - Jesteś wampirem. - W tym samym momencie, gdy Streifan skończył mówić, Dante stracił po raz kolejny przytomność.
*
- Kolejny cholerny dzień, odkąd obudziłeś się na tej cholernej łące, głodny, zły i przeklęty. Kolejny cholerny dzień odkąd moje przeznaczenie mnie dopadło. Streifan, dopadnę cię kiedyś za to, co mi zrobiłeś poszukuję cię już prawie tysiąc lat i niedługo cię dopadnę. - Dante nie zdążył dokończyć myśli gdyż do jego drzwi zapukał Reynart, który wszedł do mieszkania nawet nie pytając się o pozwolenie. I nie ma się tu czemu dziwić; człowiek z jego posturą chyba nigdy nie musiał o nic prosić. Chyba, że policję, by nie musiał płacić twarzówki, bo człowiekiem był strasznie brzydkim, a na dodatek miał dużą szramę, która ciągnęła się od skroni aż po wargę.
- Wejdź, Reynart - Z wyraźnym przekąsem powiedział Dante, która od razu wstał by powitać gościa.
- Witaj wampirze, mam do ciebie prośbę.
- Jak zwykle, po co innego mógłbyś do mnie przychodzić?
- Mam problem, wielki problem; a jeśli mi pomożesz, pomogę ci odnaleźć go. Słyszałem gdzie on jest. Wie jak teraz jak potężny jesteś ty i się ukrywa.
- Problem? Jaki problem? - Dante jakby od usłyszenia ostatniego zdania wypowiedzianego przez Reynarta stał się bardziej uśmiechnięty i chyba bardziej mu się śpieszyło by dowiedzieć się, jaki problem kryje szkaradny gość.
- Trzeba się kogoś pozbyć a ty w tym jesteś najlepszy. Jesteś najlepszy i dlatego do ciebie się zgłosiłem. Pozbędziesz się kogoś a dostaniesz na pewno interesujące cię informacje.
- Mów. Natychmiast! - W tym samym momencie Raynart rzucił kopertę, którą jeszcze szybszym ruchem dłoni złapał Dante, natychmiast ją otworzył i kolejnym szybkim ruchem ją odrzucił. - Załatwione. Siedzi tam gdzie zawsze?
- Poznajesz? To dobrze. Oczywiście, że siedzi tam gdzie zawsze, a gdzie ta gruba świnia może wyjść?
- Wrócę za godzinę, poczekaj na mnie. A jeśli mnie kłamiesz dorwę i ciebie.
- Idź już Dante i wróć nawet za pół godziny. - Z wielkim uśmiechem na twarzy powiedział Reynart. - Ale, Dante, wróć.
*
Dante coraz bardziej zbliżał się do baru, w którym czekał na niego cel. Jakoś nie zwracał uwagi na ludzi ani na samochody, których o tej porze było mnóstwo.
- O, jest nareszcie - Pomyślał Dante. Widać już było szyld baru, na którym brzydkimi literami pisało "Piwiarnia u Franka". Kilka sekund później Dante już był przy drzwiach. Podszedł do barmana i szybkim gestem go uciszył. Podszedł do stołu, przy którym siedział mężczyzna ze zdjęcia. Bez słowa wyciągnął pistolet i strzelił do niego tylko raz. Jeden ochroniarz chciał coś powiedzieć jednak nie zdążył, gdyż kolejna kula i jego doszła. Trzeci raczej zbyt wiele razy huku wystrzałów nie słyszał i gdy tylko zobaczył mózg swojego kolegi na oknie zaraz zemdlał, co niechybnie uratowało mu życie. Dante po całej akcji wyszedł z baru, który wyglądałby jak zwykła speluna gdyby nie zapach śmierci, krwi i moczu.
*
Reynart nie spodziewał się tak szybko powrotu przyjaciela; przecież dopiero minęło niecałe 10 minut, odkąd Dante opuścił pokój.
- Co tak szybko, czyżbyś go spotkał na ulicy? - Z dużym sarkazmem powiedział Reynart.
- Dante, to ty? - Powtórzył Reynart.
- Witaj Reynart. - Odezwał się nieznajomy głos. - Słyszałem, że masz o mnie jakieś wieści.
- Streifan?! - Reynartowi jakby się w głowie zakręciło, gdy wymawiał te słowa. - Streifan, co ty tu robisz? - Reynart, gdy to powiedział, o mało nie zemdlał i w tym samym momencie zobaczył twarz, której tak bardzo się bał.
- Oj, Reynart, dawno się nie widzieliśmy. - Streifan powiedział to z dużym uśmiechem na twarzy. - Wiesz, po co tu przyszedłem. - Każda wymawiane przez niego słowo było coraz bardziej straszne i wypowiadane z dużym uśmiechem.
- Ja nic
- Nawet nie zdążył dokończyć, gdy skoczył na niego Streifan. Reynart zdążył tylko zobaczyć błysk ostrza i wyciągnąć ręce był zasłonić twarz. Dużo mu to nie pomogło, gdyż miecz był na tyle ostry, że odciął mu palce i całą czaszkę przeciął na pół.
*
Dante właśnie wszedł do klatki schodowej i z dużym podekscytowaniem wchodził po schodach. Czuł, że coś się wydarzyło. Czuł zapach krwi. Szybko wbiegł na górę do swojego mieszkania i zobaczył Streifana, który właśnie pisał kartkę.
- Streifan, w końcu się spotkaliśmy, po tylu latach. - Dante powiedział te słowa w ogóle nie zwracając na przyjaciela, którego mózg właśnie się wylewał na dywan.
- Dante. - Uśmiech na twarzy Streifana jakby powiększył się. - Miło cię znów widzieć.
Dante bez namysłu chwycił miecz, który był przybity na ścianie i tak szybkim ruchem podbiegł do Streifana, że zwykły człowiek nie zdążyłby nawet tego zobaczyć. Jednak Streifan był równie szybki i sparował cios. Dante kolejnym ciosem uderzył prosto w skroń jednak i ten cios jakimś cudem Streifan sparował. Dante wyciągnął lewą nogą chcąc nabrać przeciwnika i uderzyć mieczem w prawe ramię Streifana, jednak ten się po raz kolejny nie dał nabrać. I Streifan uderzył w szafę, która wywróciła się wprost na Dantego, który nie zdążył uciec. Upadł na ziemię, próbował wstać, ale Streifan szybkim ruchem ciął po nodze Dantego.
- Żegnaj Dante. Może się kiedyś jeszcze spotkamy.
- Streifan, popełniasz drugi błąd. - Dante powiedział te słowa z bardzo dużym wysiłkiem.
- Tak? A jaki był mój pierwszy błąd? - Streifan nie próbował ukryć zmęczenia i słowa te powiedział jeszcze z większym wysiłkiem niż Dante.
- Pozwoliłeś mi żyć. - Dante uśmiechnął się i w tym samy momencie Streifan wybiegł przez drzwi.
Caleb
amgry@o2.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|