Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Mariusz Saint ::::

Jest Legionowo [6]



Było ciężko. Było bardzo ciężko. Prawie nie do wytrzymania. I właśnie to "prawie" stanowiło jedyną furtkę, aby przejść dalej. Jeszcze chwila... jest... udało się... otworzył drzwi umysłu. Ostatnie, czuł to. Więcej już nie było, nie było jak wspiąć się wyżej. Co wtedy będzie? Później będzie się martwił. Już osiągnął więcej, niż ktokolwiek z mistrzów ludzkich. Był najlepszy. Był najsilniejszy, był najszybszy, był najinteligentniejszy. Ale chciał więcej, dużo więcej; chciał poruszać planetami, słońcami, wszechświatami.
- Spokojnie. Wszystko w swoim czasie - powiedział do siebie.

Wziął pieniądze i poszedł do kiosku po gazetę. Wrócił, przeczytał, ale potem nudziło mu się. Postanowił zrobić coś ciekawego. Wziął z piwnicy drabinę, deski, farby, wyszedł na dach.

- A cóż to sąsiedzie robicie!? - krzyknął do niego ktoś z dołu. Osobnik znajdujący się na dachu, bez odwracania się, odpowiedział:
- Dzień dobry, panie Radny.
- Dzień dobry, panie Saint! Cóż to pan majstrujesz!?

A co to cię do cholery obchodzi, pomyślał Saint.
- Takie coś.
- A do czego to niby ma służyć!? I czy ma pan pozwolenie na to!?

Nie potrzebuję żadnego pozwolenia, aby coś robić na własnej posesji. Ty wredna gnido, znowu chciałbyś się do mnie o coś doczepić. Ale nie teraz, kiedy już jestem...

- Jasne, że mam, panie sąsiad! A będzie to pułapka na czarownice!

- Że co!? Na czarownice!? A niby jak to będzie działać!? Przecież to zwykły kawał blachy!?

Saint, zadowolony z siebie, że będzie mógł błysnąć swoją pomysłowością, zaczął wyjaśniać:

- No więc tak: na tym prostokątnym kawałku blachy kładę płótno, stawiam to wszystko pionowo, jak obraz. Pod spodem umieszczam klatkę. Na płótnie maluję Łysą Górę. Jasne już?

- ... Nie.

- Czarownica leci na miotle, widzi Łysą Górę. Czarownica nie kieruje się echolokacją, a doznaniami wzrokowymi, ewentualnie przeczuciem, ale dominuje to pierwsze. No więc widzi górę, rozpędza się i ŁUP! uderza w blachę i zsuwa się do klatki pod spodem. Klatka zamyka się. Ja rano przychodzę i wyciągam świeżą czarownicę z klatki.

- A po co panu świeża czarownica?

- Będę się martwił, jak jakąś złapię.

- Yyy, taki zdolny, młody człowiek, zdrowy, a zajmuje się takimi absurdami! Pan powinien jakiś biznes otworzyć, pracować...

Spieprzaj, palancie - pomyślał Saint.

- Do widzenia, panie Radny!
- Do widzenia!

Zobaczy głupek jeszcze, że złapię tę czarownicę. I będzie sobie wtedy uważał.

Saint rano poszedł sprawdzić, czy złapała się jakaś. Niestety, klatka była pusta. Kiedy był jeszcze na dachu, niespodziewanie ze swojego domu wyszedł pan Radny.

- No i co, sąsiedzie! Złapała się jakaś!? - powiedział ze śmiechem.

Saint był trochę zirytowany faktem, że nic się złapało, a teraz jeszcze na dodatek Radny. Chciał mu pokazać, z kim teraz zadziera. Skoczył z dachu i gruchnął w ziemię.

- Jezus Maria! - krzyknął sąsiad Radny, widząc ciało Sainta wgniecione w murawę.
- Muszę jeszcze popracować nad lądowaniem... - wymruczał Saint, podnosząc się i otrzepując z mokrej trawy - ale chyba każdy spada za pierwszym razem. - Ale... żyje pan...?
- Coby nie. Wie pan, głupio wyszło...
- ... do widzenia.
- Do widzenia!

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - Saint znalazł sposób na przekroczenie ludzkich możliwości. Cały dzień potem skakał z dachu i około piętnastej wreszcie wylądował na nogach, a nie brzuchu lub plecach. Potem zaczął myśleć nad wskakiwaniem z powrotem. To też zaczęło mu się udawać. Jego dom miał dziesięć metrów wysokości.


Mariusz Saint

mariuszsaint@interia.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||