Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Mariusz Saint ::::

Jest Legionowo cz. 3


Kuba wraz z Legionem doszedł do jego pałacu i rzeczywiście, posadzka była tam z dobrych chęci - małych, pulsujących pomarańczowym światłem kółeczek, które stanowiły ciekawy kontrast dla reszty otoczenia, utrzymanego w konwencjonalnej, czerwono - czarnej tonacji. Sam pałac Legiona przypominał katedrę, lecz zamiast figur świętych były oczywiście figury demonów - na szczęście nieruchome, czego nie można było powiedzieć o ścianach - wydawały się cały czas kotłować, a czasem z płaskiej powierzchni formowała się twarz, usiłująca krzyczeć.

- A cóż to za bajer, panie? - zapytał Legiona Kuba, który powoli w zawiłościach świata umarłych zaczynał się gubić.

- Na budulec dla mojego pałacu przeznaczyłem dusze szczególne - rozmaitych morderców i zbrodniarzy, którzy zabili pod wpływem jednorazowego impulsu, jakby podszeptu... mojego podszeptu! - Legion był wyraźnie zadowolony z siebie - zaiste jest to najlepszy budulec, jaki można sobie wymarzyć.

- Panie, dotarliśmy do pałacu. Czy nie nadszedł już czas na wyjawienie twojego planu? I oczywiście mojej nagrody?

- Racja. Wejdźmy do środka.

Po szerokich stopniach przeszli przez ośmiometrowej wysokości wrota do wnętrza pałacu. Jego wnętrze wydawało się znacznie większe, niźli można by sądzić z zewnątrz - pewnie dlatego, że naprawdę było znacznie większe. W środku aż ciasno było od rozmaitych rzeźb różnych demonów i innych wynaturzeń, których opis zadziwiłby niejednego obdarzonego rozwiniętą wyobraźnią wyznawcę szatana; rzeźby tak ciasno splatały się ze sobą, że tworzyły prawdopodobnie największe istniejące heretyckie zarośla. Wielkie witraże na ścianach rzucały własne światło; przedstawione na nich były chyba najmakabryczniejsze sceny z historii ludzkości: różnorakie rytuały składania ofiar z ludzi, tortury zadawane przez przedstawicieli różnych organizacji religijno - społecznych osobom do tych organizacji nie należącym... Kuba nawet nie liczył, że witraże pozostaną nieruchome. Nie mylił się - obrazy na witrażach zaczęły się poruszać, a cienie rzucane przez owe witraże do wnętrza pałacu dodawały gąszczu rzeźb poczucie ruchu. A może i nie musiały go dodawać... Podsumowując jednym zdaniem wnętrze pałacu: Legion potrafił się urządzić.

Przy tym wszystkim nie zapomniał o miejscu do siedzenia; w tym przypadku nie mogło to być nic innego, jak fantazyjnie i niepokojąco rzeźbiony tron - i rzeczywiście tak było. Legion usiadł na nim i podparł brodę ręką. Przyjrzał się Kubie Rozpruwaczowi, który z zainteresowaniem przyglądał się witrażowi obrazującemu składanie ofiary przez azteckiego kapłana. Na drapieżnej twarzy Legiona przez moment zagościł przelotny uśmieszek; w końcu po tylu latach oczekiwania przybliżył się do celu. Wprawdzie był to dopiero pierwszy krok, ale na pewno nie ostatni. Odezwał się do Kuby, wyrywając go ze świata marzeń:

- Kubo, zwany Rozpruwaczem. Zaraz polecę ci zadanie - Legion sprawnie kontrolował co mówi, nie używając wyrazu "rozkaz" - wypełnienie go będzie dla ciebie szansą na urzeczywistnienie wszystkich pragnień, nawet tych, o których sam już dawno zapomniałeś, bo były one zbyt nieprawdopodobne.

- Mówisz panie, że będę mógł stać się tym, czym zawsze chciałem być? Tym, czemu podporządkowałem całe swoje życie?

- Tak! Nie będzie już dla ciebie żadnych ograniczeń!

- Więc, panie, chcę...

- Najpierw zadanie - twarz Legiona stężała natychmiast - wykonasz dla mnie pracę.

- Tak panie, tak!

Legion był zadowolony z siebie. W manipulowaniu ludźmi nie miał sobie równych; gdyby należał do świata śmiertelnych, mógłby być niezłym psychologiem.
- Chodźmy - powiedział do Kuby. Kuba wiernie podążył za nim do bocznych drzwi pałacu. Wychodząc, obejrzał się za siebie. Miał wrażenie, że kilka rzeźb pomachało mu na pożegnanie.

Kuba wyszedł za Legionem bocznymi drzwiami pałacu; ten wyprowadził go na rozległe wzniesienie.

- W tym miejscu zbudujesz dla mnie moją przepustkę do twojego byłego świata, świata żyjących. To jest twój plac budowy.

- Panie, a co będzie tą przepustką?

- Zbudujesz dla mnie... silnik!

- Jak to!? Cały taki duży plac budowy na zwykłą maszynę? Więc jaka ona ma być duża, panie?

- Musi być na tyle potężna, aby przełamać ograniczenia wieloświata - uroczyście oświadczył Legion.

- To znaczy?

- To należy do twojego zadania, Kubo Rozpruwaczu - masz zaprojektować dla mnie taką maszynę, aby wytworzyła taką ilość energii, aby połączyć świat żywych i świat umarłych.

- A ile ma być tej energii?

- ...energii musi być tyle, aby... stworzyć coś. Kiedy to coś powstanie, otworzy się droga do świata żywych, bo coś nie może istnieć w niczym, bo chociaż tu jesteśmy wszystkim w naszym wymiarze, to to jest tak jakby nic w świecie śmiertelników i... po prostu postaraj się stworzyć najpotężniejszą maszynę, jaką będziesz w stanie! - zirytował się Legion.

- Panie... a budulec? Robotnicy?

- Ha! To jest najmniejszy problem - Legion ucieszył się, mając możliwość zademonstrowania swojej potęgi przed istotą niższego rzędu - Patrz!

Legion zaparł się nogami w podłoże; skulił się nieco, aby napiąć mięśnie. Na twarz wstąpił mu z wysiłku straszliwy grymas. I wydał z siebie potężny okrzyk, który zdawał się wprawiać ziemię w drżenie. Bo tak właśnie było. Plac wybrzuszył się w górę niczym nadmuchiwany balon, po czym pękł. Kiedy Kuba podniósł się spośród obrzydliwych, lepkich kawałków, spojrzał przed siebie i zrozumiał, że ma do czynienia z czymś naprawdę wyjątkowym. Bo oto przed nim lewitowała, iskrząc się i trzeszcząc, ogromna czarna sfera; łuki elektryczne zapalały się i gasły na jej powierzchni, a jej masa była w ciągłym ruchu. Sprawiała wrażenie czarnej, kulistej i szczątkowo inteligentnej chmury burzowej.

- Oto twój materiał! Gromadzone przez lata, pieczołowicie dobierane, scalone w jeden twór dusze; ale dusze w swojej istocie straszne! Tragiczne żywoty, przywiedzione tu przeze mnie! Ach... Namawiałem ich do zbrodni, a ci głupcy słuchali, posłuszni jak wieprze... - Legion wyraźnie był w swoim żywiole - doprawdy, gromadzenie tego było ogromną przyjemnością. Patrzeć na ich zdumione twarze, na ich pełne dziecinnego zdziwienia oczy, spoglądające na własne zakrwawione ręce! Na to zaskoczenie własnymi myślami!!! "Ach, cóż ja uczyniłem, co mi strzeliło do głowy!?" Tak, to była najprzyjemniejsza chwila, gdy oni...

- Ehem... panie? Ale tego materiału jest za mało...

- ...tak prymitywni, żałośnie prości... CO!? Jak to za mało!?

- Takie ilości nie wystarczą, aby zbudować potężną maszynę... wystarczy co najwyżej na niewielką kotłownię! Ale na szczęście, jak pan raczył wcześniej zauważyć, pana pałac jest z...

- Mój pałac!? Nigdy...! ...hmm... wygląda na to, że nie mamy wyboru....

- I ostatnia kwestia, panie. Robotnicy.

Legion, pochłonięty niewesołymi myślami dotyczącymi jego wspaniałego pałacu, od niechcenia klasnął w dłonie, a sam odszedł w kierunku swojej siedziby, prawdopodobnie aby przekonać się do idei jego rozebrania, pozostawiając Kubę sam na sam z lewitującą sferą. Przez moment nic się nie działo; aż nagle Kuba dostrzegł na krwistoczerwonym horyzoncie czarną, szybko przemieszczającą chmurę, nasuwającą skojarzenia z szarańczą. Chmura w miarę przybliżania się do obserwatora rozrastała się coraz bardziej, aż w końcu Kuba był w już w stanie odróżnić poszczególne istoty. Jedno stworzenie nagle oderwało się od tej powietrznej armady i poczęło spadać na ziemię niczym kamień. Stwór nie uderzył jednak bezwładnie w podłoże, a ciężko wylądował na nogach. Wyprostował się, złożył szerokie, skórzaste skrzydła; omiótł Kubę zaciekawionym, nie pozbawionym życzliwości wzrokiem. Kuba odwzajemnił się tym samym. W tym czasie łagodnie lądowali pozostali z powietrznej grupy. Nie byli tak wysocy jak ten, który stał przed Kubą - muskularny, wysoki... diabeł. Czerwona, pociągła twarz, świdrujące spojrzenie, kopyta, ogon. O dziwo, noszony przez wysokiego diabła wiejski barani kożuch zdawał się pasować jak ulał do ogólnego wizerunku tego przywódcy latającej chmary. Mimo, że aby popatrzeć diabłu w oczy Kuba musiał zadrzeć wysoko głowę, nie czuł strachu wobec przybysza. Mierzyli się tak przez chwilę wzrokiem, aż w końcu uznali, że są siebie godni. W końcu Kuba odezwał się pierwszy:
- Witam, jestem Kuba, zwany Rozpruwaczem. Z kim mam przyjemność? - diabeł odpowiedział chropowatym z przepicia głosem: - Jestem Rokita. Zwany Cholernym Pijakiem. - po przedstawieniu się Rokita wskazał na gromadę mniejszych diabłów za sobą, którzy po wylądowaniu zaczęli snuć się bez celu, kładli się, zaczęli pociągać z butelek wyjmowanych zza pazuchy lub grać w karty, czasem nawet wszystko naraz - a to jest moja Ekipa Budowlana.


Mariusz Saint

mariuszsaint@interia.pl


<<< powrót do Cykli :::: ^^ do góry ^^||