Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Piccolo ::::

Gitara z życiem w strunach


Ochłonął, kiedy wyszedł na świeże powietrze. Ciemności były teraz największe, bo też i najbliżej było do narodzin nowego dnia. Dookoła las, a on stał na tej wyspie betonu i próbował wytrzeźwieć. Z ręki wypadła mu puszka Carlsberga. Z radością właściwą tylko pijanym spostrzegł, że to, co przed chwilą pił było ostro przeterminowane - logo browaru pokryte było czapą śniegu, a był teraz koniec maja. Skończył z rozmyślaniami na temat dat, gdy powiał wiatr. Chłodne powietrze trochę nim wstrząsnęło. Przypomniał sobie ile ma lat i że kiedy wychowawczyni zobaczy go tu nad pustą puszką z piwem wróci do domu z naganą. Wyrzucił więc aluminiowe opakowanie daleko w las. Ruszył w kierunku pogrążonego w mroku placyku zabaw. Za sobą taszczył futerał z gitarą. Usiadł na huśtawce i lekko bujając się w tą i z powrotem zaczął coś brzdąkać na instrumencie. Tak naprawdę nie potrafił grać, ale pijani potrafią rzeczy, o których trzeźwi mogą tylko marzyć. I na odwrót.

Teraz właśnie było to "na odwrót". Nie potrafił przestać się bujać i robiło mu się niedobrze. Palce błądziły po strunach wysyłając w twarz matki Nocy smutne dźwięki. Chciał zaśpiewać, ale bał się, że ktoś go odkryje. Chciał tylko jej. To na nią tu czekał. To dla niej tu wyszedł. Wiedział, że ona też zaraz tu będzie. Trochę niedzisiejsza, z winem we krwi. Jego oczy błysnęły w ciemności, gdy zwalił się do tyłu na plecy. Huśtawka wyprysnęła daleko do przodu i wracając uderzyła go w głowę. Uśmiechnął się tylko i zemdlał. Naokoło latały karty starych książek pisanych wyblakłą czcionką, sosny gięły się nad jego ciałem, a on wiedział, że może ją przeoczyć jeśli naprawdę odpłynie. Starał się, walczył jak potrafił. Nie patrząc na ręce rozciął sobie palec o strunę gitary. Wgłąb pudła wkroczyła krew na zawsze zmieniając jego brzmienie.

Znalazła go, gdy chciała usiąść na huśtawce. Leżał tak okropnie uśmiechnięty, że aż ją poruszał swoim artyzmem. Chłopak z gitarą byłby dla mnie parą. Omdlały, bezwładny chłopak z gitarą leżący w ciemnościach na placyku zabaw. Wyjęła mu z rąk instrument i pogładziła chłodne linie progów. Wyjęła z kieszeni spodni kostkę i trąciła nią struny. Prezerwatywa dla gitary. Kupowałeś raz i starczała na długo. Nie tak jak z kobietami. Z nimfomanką można by zbankrutować - jak stwierdził kiedyś leżący przed nią chłopak. Śmiała się z tego długo, w ogóle dużo się razem śmiali. Zagrała cicho, tak by nikt jej nie słyszał. Zaśpiewała szeptem pozbywając się drobin alkoholu z krwi.

Szli ramię w ramię piaszczystą drogą. Żadne z nich się nie odzywało. Ona szurała za sobą futerałem z gitarą. On ostrożnie rozglądał się po ścianach lasu z obu stron. Był zupełnie trzeźwy, nie tak jak ona. Miał więc jeszcze szansę ją wykorzystać. Miał wielką ochotę na jej włosy, usta, dłonie. Drżały mu ręce, bo byli coraz bliżej plaży. Tam będzie musiał się wziąć nareszcie w garść i zdecydować. Była mu bliska, tak piękna i mądra. Już nieraz słyszał te znaczące półsłówka, uśmieszki. Wszyscy myśleli, że coś ich łączyło, ale nie była to prawda. Nigdy nie tknął jej w ten sposób, chociaż tyle razy myślał o tym. Czas z tym skończyć.

Stali na wydmach, gdy zaczęło rodzić się Słońce. Znowu nie potrafił grać, więc oddał gitarę jej. Też nie potrafiła.

Pamiętał, jak umarł jego najlepszy przyjaciel. W jednej piątej życia pożegnał świat. Zadzwonili do niego do szkoły, na komórkę, i powiedzieli. Wszyscy, którzy akurat na niego patrzyli dostrzegli jego bladość, drżenie warg, pierwszy raz zobaczyli łzy na policzkach tego chłopaka. Twardego, który zimnem jednał sobie niewolników swej charyzmy. Tego, który uwalniał z niej tylko prawdziwych przyjaciół, tylko im pozwalając na nieposłuszeństwo jego słowom. Potem nie był już taki. Nie potrafił przewodzić po powrocie z pogrzebu. Był tylko cieniem. Gdy wybiegał ze szkoły nie zważając na ich krzyki, gdy rzucił telefonem o ścianę roztrzaskując ją w pył, gdy siedział pod gruzami. Kiedy już tulił ją w ramionach, jak dziecko płacząc na jej bark. Tak, pamiętał jego śmierć. Wiedział, co zawsze chciał mu powiedzieć. Tyle wspólnych planów poszło w drzazgi. Niezwykły chaos jaki się wtedy w nim narodził został uporządkowany wraz z tym przytuleniem. Wdychał jej sweter, jej włosy i wiedział, że jest bezpieczny. Spojrzała w jego oczy po pogrzebie i widziała w nich smutek. Smutek z gatunku tych, które niszczą, zmieniają mężczyzn w samotnych wędrowców. Nie poszła z nim na ceremonię tylko czekała pod bramą. Nie powinien utożsamiać jej z ciałem swego przyjaciela. Ciałem martwym i pozbawionym życia naraz.

Nie pytał, gdy przyszła do niego w nocy. Zapłakana i bez kurtki. Na dworze hulał zimny październikowy wiatr, a jego matka była na nocnej zmianie. Założył spodnie i wpuścił ją do domu. Padła w jego ramiona i ściskała go jak wtedy, gdy role były odwrócone. On też ją tulił, tak troskliwie, jak potrafił. Kołysał ją zatracony w niezwykłym szczęściu, że może odwdzięczyć się za tamto przytulenie, gdy stracił przyjaciela. Zdjął z niej wilgotną bluzę, a ona, opacznie go rozumiejąc, zaczęła trzęsąc się zdejmować z niego koszulkę. Powstrzymał ją w milczeniu i zostawił na kanapie. Kręcił się po kuchni parząc kawę z mlekiem. W domu buszowały dźwięki piosenek. Wypiła obejmując kubek dłońmi. Pogładził ją po włosach i poszedł zamknąć drzwi. Gdy wrócił czekała na niego z wyjaśnieniami, ale on ich nie chciał. Nie pytał o nic. W końcu zasnęła u jego boku na kanapie okryta kocem. Na początku chciał spać, chciał ogrzewać ją swoim ciałem, ale po chwili wstał. Musiał czuwać. Musiał dać jej poczucie bezpieczeństwa, więc pocałował ją w czoło i ubrał się kompletnie. Wymacał w pokoju wszystkie twarde przedmioty, w kuchni umył nie wiadomo po co wszystkie noże i czekał. Z modlitwą na ustach, by ocalić ją.

Oboje za sprawą dziwnych zbiegów okoliczności byli obok siebie w chwilach cierpienia. Może to właśnie te przypadki ich połączyły? A może czuli się winni sami przed sobą? Nie byli szarymi ludźmi, tymi zwykłymi, którzy okazywali słabość na co dzień. On na pewno taki nie był, ona też nie. Możliwe, że bali się odejść jedno od drugiego w obawie, że zdradzą chwile, kiedy utracili swą moc. Wciąż udawali, że ją posiadają, ale przed sobą nie potrafili już. Widzieli nawzajem swoje łzy, tulili się przerażeni nie wiedząc co dalej powinno być. Bał się, że ona rozgada jak to dziewczyna, jak płakał, jak dzieciak. Lękała się, że pochwali się, jak to chłopak, że była u niego w nocy i że chciała ściągnąć z niego koszulkę. Byli sobie wdzięczni. Byli sobie wdzięczni za to, że nie mogli od siebie odejść. Dziękowali za ten strach niemal zawsze, nieświadomie.

Nagle lunął deszcz. Chłodny, poranny, majowy deszcz. Drobne, ale gęste krople zaciemniły plażę. Słońce jednak dalej się rodziło. Dalej przeświecało przez beżowe chmurki tworząc dziesiątki tęcz. Byli kolejnymi ludźmi, którzy nie potrafili nie wierzyć. Piękno go onieśmielało, pragnął tylko dziękować. Nie wiedział jednak za co. Za które piękno. Za wschód Słońca, czy za to, że ona stała obok niego. Nie rozmawiali. Nagle, gdy włosy mieli już ciężkie od wody, wziął w dłonie jej twarz i pocałował ją w usta. Ona zaskoczona nie mogła nic zrobić. Odwzajemniła jego dotyk wiedziona instynktem, zupełnie jak on, bo oboje mogli zawierzyć tylko naturze z braku doświadczenia. Mógł pójść dalej, ale nie potrafił. Była zbyt piękna. Chciał pójść dalej, ale coś powstrzymywało go przed tym. Chyba zrozumiała, bo kiedyś jej o tym mówił, że...

- Wiesz, faceci są kreowani na twarde maszyny, bez uczuć, co to tylko o seksie myślą, o meczu i piwku na kanapie. A ja jestem pewien, że każdy z nich spotyka w życiu kobietę tak piękną, że nie potrafi nic zrobić. Nie przychodzą mu wtedy do głowy myśli o łóżku. Naprawdę. On chce tylko tych długich, hollywoodzkich pocałunków, jakie widział w kiczowatych filmach. Facet może ją spotkać wszędzie, swoją życiową piękność i nie pomyśli o niej wtedy - "zajebista dupa", jak to by powiedział między kolegami. Każdy znajduje taką choć raz, ale niemal zawsze brakuje mu odwagi. Może mi będzie jej starczyło, ale możliwe, że nie. Wtedy żenimy się z kobietami świetnymi, które kochamy, ale których twarze zawsze będą twarzami tych piękności. Każdy facet, nawet najgorszy ma uczucia i, choć się do tego nie przyznają, gotowi są zrobić wszystko dla pięknej nieznajomej, ale najwięcej, co mogą jej dać to mały przebiśnieg albo wiersz, który drzemie w ich duszy. Myślę, że każdy ma taki wiersz. Jednakże chcemy dać kobiecie wszystko, chcemy ją chronić i takie tam rzeczy i zapominamy jak ważne są małe rzeczy na początku... Sorry, chrzanię jak naćpany.
- ... - uśmiechnęła się tylko delikatnie, ale zapamiętała to, bo czuła, że to ważne także dla niej. Poza tym nigdy nie słyszała niczego takiego z ust chłopaka. Była ciekawa, co jeszcze ma do powiedzenia właśnie ten, ale nigdy już głośno o tym nie wspomniała.

Wrócili do szkoły i przez kolejne lata nadal byli na tym etapie, co wtedy. Oczywiście, jeżeli nie liczyć tamtego pocałunku. I znowu mieli wyjechać na kilka dni z całą klasą. Ostatni raz w tym składzie. I znowu jak wtedy w maju, choć teraz był prawie lipiec poszli na plażę tylko we dwoje. Nic nie mówili, myśleli o tym, czy kiedyś jeszcze się zobaczą. Jak to będzie w życiu i czy nie za wcześnie zakończą go w ustatkowanym domku z ogrodem. Myśleli o tym wszystkim jednocześnie, jakby byli połączeni niewidzialną nicią energii. Energii tak dziwnej i nieprawdopodobnej, jak ten wschód.
I nagle nie wiadomo skąd powiał wiatr niosąc muzykę z odległego o kilka kilometrów baru. Baru na plaży, w którym codziennie w sezonie przesiadywało wielu podchmielonych czterdziestolatków mających ochotę na młode dziewczyny. Gdzie codziennie wieczorem była zadyma pochłaniająca całą plażę. Zadyma, z której radośnie uciekało się z podbitym okiem i połamanym żebrem. I właśnie z tamtej mordowni nadleciała muzyka...

"Widzę cię każdego ranka / W każdy dzień / Twych włosów cień / Ozdabia każdy mój sen / Proszę, spójrz na mnie choć raz / By kwitnąć mógł mego życia smak / Pozwól mi / Być morskim piachem u twych stóp / A gdy ujrzę ptaka / Odwiedź ze mną jego grób / Zanim powiesz "nie", błagam, zastanów się / By zapach włosów twych ozdabiał każdy mój świt / Dosyć ciemnych chwil / Dosyć długich zim / Zamień długi płaszcz na ciepły Słońca blask / Nie pozwól, by nasz ptak / Zmarł... Jak ty, jak ja / Zmieniony w pył / Ukrywam się / Uciekam gdzieś, tak w noc, jak i w dzień / Jak ty, jak ja / Nie pozwól mi / Oddalić się, zapomnieć.../ Na wiosnę spójrz / Na wiosnę w sercu mym... "...

Znała te słowa i on także. Więc poszła za nim ostatni raz, jak wolni kochankowie... ostatni raz, wtuleni w szarość gwiazd...



Picollo

pokefil@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||