Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Military ::::

Siódmy dzień



Sterylna sala szpitalna tonęła w półmroku. Jedynie jedna lampa jarzeniowa rozpraszała ciemności; wyłaniając z nich krąg białych podłogowych kafli. W nikłej pośwacie lśniły brzegi metalowego stolika, na którym, na zielonej serwecie, porozkładano starannie wysterylizowane skalpele, piłki oraz chwytaki. Nieopodal, w centralnym punkcie bijącej z sufitu jasności, ustawiono prostokątny stół operacyjny. Spoczywał na nim, przykryty po szyję śnieżnobiałym prześcieradłem, dziewięcioletni najwyżej chłopiec. Jego twarz miała kamienny, beznamiętny wyraz. Cienie z lampy rozkładały się nań symetrycznie, pogłębiając oczodoły pod zamkniętymi powiekami; powodując wrażenie niezmąconego niczym snu. Cała sala pogrążona była w idealnej ciszy.
Dwuskrzydłowe drzwi otworzyły się bezgłośnie. Trzy postaci w białych kitlach i maskach zasłaniających twarze przemaszerowały przez pomieszczenie, zatrzymując się przy chłopcu i otaczając stół. Jedna z nich przyłożyła dłoń do twarzy dziecka, delikatnie muskając policzek. Spojrzała na nieruchomą twarz.
- Wiele przeszło... - powiedziała aksamitnym, altowym głosem, powtórzonym kilkakrotnie przez echo. - Biedne dziecko.
- Teraz odpocznie. - odezwał się głęboki bas.
- Co mu się stało? - spytała trzecia osoba piskliwym, aczkolwiek męskim tonem.
Jej towarzysz przykucnął, sięgając po stos kartek położony na półce stolika z przyrządami.
- Tu jest kopia raportu policji. - rzekł, przeglądając dokument. Zatrzymał wzrok na jednej ze stron i zaczął cytować odpowiednie fragmenty. - Bielny, Dawid Adam. Urodzony trzydziestego pierwszego grudnia, roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego drugiego...
- Dziś są jego urodziny. - zauważyła kobieta. Mówiący przytaknął i kontynuował:
- Rodzice, Patryk i Julia Bielni, rozwiedzeni. Pod opieką matki. Wzrost metr trzydzieści siedem. Waga... tylko dwadzieścia siedem kilogramów. - spojrzał na dziecko, widząc kości sterczące spod prześcieradła. - Oczy niebieskie. Kolor włosów: blond. Zamieszkały w Łodzi...

* * *

Za oknem panowała już noc, w mieszkaniu zwalczana przez rozświecone lampy. Telewizor przemawiał półgłosem, zagłuszając grę radiowych skrzypków dobiegającą z kuchni. Muzykom wtórowała młoda kobieta, przecierająca szmatką meble i czekająca na zagotowanie się wody w elektrycznym czajniku. Po zakończeniu wieczornych porządków, pani domu zdjęła fartuch i odwiesiła go na ścienny hak, zlewający się swym jasnobłękitnym kolorem z barwną tapetą. Usiadła na taborecie, krzycząc jednocześnie do drugiego pokoju:
- Dawid, zgaś telewizor i idź spać!
- Dobrze, mamo. - dobiegł dziecinny głos, wyraźnie niechętny wykonaniu tego polecenia.
Jazgot kreskówek umilkł, a w kuchni zjawił się ośmioletni chłopak w pidżamie. Przybiegł do matki, dając się jej ucałować w czoło, po czym pobiegł do swojego pokoju, człapiąc po wykładzinie bosymi stopami. Wszedł do ciemnego pomieszczenia i natychmiast ułożył się w niskim łóżku, przykrywając kołdrą z wyszytymi postaciami z baśni. Spojrzał na leżące pod szafą w przeciwległym kącie zabawki, po czym zamknął oczy. Usnął szybko, nieświadomy zmęczenia.
Zbudził się w środku nocy, kiedy znikąd nie dochodziły żadne dźwięki. Szpara pod drzwiami była ciemna; matka musiała już spać. Wyciągnął nogi i przewrócił się na drugi bok, poprawiając poduszkę. Ułożył wygodnie głowę i odetchnął, przelatując spojrzeniem po tej stronie pokoju. Zagapił się w okno. Za szybą panoszyło się rozgwieżdżone niebo; przesłaniało je kilka chmur, podkreślanych blaskiem księżyca w pełni. Nieco niżej, światła wiecznie rozbudzonego miasta rzucały łunę na świat. Jeszcze niżej...
W oknie majaczył niewyraźny kształt. Rozmyta przez szkło twarz z błyszczącymi ślepiami. Za oknem ktoś jest. Dawidowi serce zabiło szybciej; rozbudził się natychmiast. Nie mógł się poruszyć, sparaliżowany strachem. Za oknem ktoś jest! Wcisnął głowę w poduszkę, pojękując cicho i wołając w myślach matkę. Wiedział jednak, że nie przyjdzie. Wiedział, że sam musi po nią iść. Ale była tam ona... Twarz. Obserwująca go, nieruchoma i obojętna.
Załkał.
Przecież w oknie są kraty, pomyślał. Nie ma się czego bać. Pójdzie po matkę, a ona przepędzi ducha... Tak, tak właśnie zrobi. Miał nadzieję, że pręty są na tyle mocne, żeby zatrzymać to coś. Powoli zaczął wysuwać się spod pierzyny.
Nie. Musi to zrobić szybko. Zaskoczy obserwatora. Chwycił pościel, gotowy do natychmiastowego zerwania się i biegu. Zanurzył dłoń w ciemności pokoju...
Wstał. Spojrzał ostatni raz w twarz w oknie, po czym odwrócił się i rzucił biegiem, wyprężając mięśnie.
Uderzył w coś. Upadł.
Podniósł wzrok, zaskoczony. Zobaczył rosłego mężczyznę. Człowieka z twarzą z okna. To był on, cały czas tu czekał, myślało dziecko. W szybie widział jego odbicie. Serce zamarło z przerażenia. Oddech zrobił się nieregularny, kiedy Dawid zaczął odczołgiwać się z powrotem do łóżka. Chciał krzyczeć, ale nie mógł. Głos uwięzł w gardle.
Postać nachyliła się nad nim, przyciskając taśmę klejącą do drżących ust dziecka. Chłopiec wreszcie wrzasnął, lecz było za późno. Taśma zatrzymała dźwięk przed wyrwaniem się z suchego gardła. Dłoń w czarnej rękawiczce sięgnęła po chłopca.

* * *

Lekarz przełknął ślinę, przewrócił stronę i czytał dalej, ponaglany spojrzeniem towarzyszy.
- Chłopiec został porwany w niedzielę, dwudziestego drugiego grudnia. - spojrzał na zegarek. - Ponad tydzień temu, o mniej więcej podobnej porze. Porywacza z początku nie zidentyfikowano; nie zostawił żadnych śladów poza zadrapaniami wokół klamki u drzwi wejściowych. Naniósł trochę błota... - przejrzał pobieżnie poniższe linie tekstu - ...ale nie pomogło to w ustaleniu, dokąd zabrano małego.

* * *

W ciasnej, zawilgoconej komórce panowały egipskie ciemności. Zapach mokrej stęchlizny przesiąkał wszystko, co znalazło się w pobliżu mrocznego pomieszczenia. Jedno tylko zakratowane okno wpuszczało do środka świeże powietrze, pozwalające trochę odetchnąć. Przejmujący ziąb paraliżował nogi i ręce, okryte jedynie cienką piżamą. Dawid siedział w kącie, skulony, nie oczekując na nic, nie myśląc o niczym. Po prostu trwał, przerażony, wpatrując się bezmyślnie w ścianę przed nim; w obskurną, ceglaną, mokrą ścianę.
Drzwi komórki uchyliły się i światło poraziło przyzwyczajone już do ciemności oczy dziecka. W prostokącie bieli zarysowała się potężna sylwetka, stojąca w bezruchu; zgarbiona.
- Jedz. - rozległ się chrapliwy, niski, władczy głos.
Następnie przed dzieckiem wylądowała taca z parującą breją oraz drewniany kubek pełen wody. Człowiek zatrzasnął z hukiem drzwi, przypominając jednak o swej obecności donośnymi odgłosami kroków. Ich echo milkło w miarę, jak niewyraźny olbrzym oddalał się.
Dawid sięgnął po aluminiową tacę, drżącymi dłońmi nabierając w palce ciepły, kleisty pokarm. Łapczywie wpakował porcję do ust, wyczuwając smak jajecznicy, który w tej chwili nie miał najmniejszego znaczenia. Wygłodzony żołądek zaakceptowałby wszystko.
Dokończył posiłek, po czym wychłeptał wodę. Ułożył się na podłodze, zwrócony twarzą do usytuowanego wysoko na ścianie świetlika, przez który widać było rozgwieżdżone nocne niebo. Zasnął z myślą o swojej matce, czekającej na niego w mieszkaniu. Miał nadzieję, że przyjedzie po niego jak najszybciej.

* * *

Cała trójka ubranych w kitle ludzi przysiadła na pobliskich stołach. Mężczyzna i kobieta wpatrywali się w przeglądającego raport kolegę. Zauważyli, że dłonie drżały mu lekko, i że starał się nadaremnie nad tym zapanować.
- Małego przetrzymywano w niewielkim domu, położonego gdzieś na odludziu. - struny głosowe drgały. - Niedaleko wsi... jak ona się... - wrócił do wcześniejszego akapitu - Łęczyce. Zamknięto go w piwnicy, gdzie spędził kilka dni.
Kobieta sięgnęła pod fartuch i wyjęła paczkę papierosów. Włożyła jednego do ust, ale powstrzymał ją współpracownik zdecydowanym gestem.
- Przepraszam. - szepnęła. - Czytaj dalej.

* * *

Piwnicę rozświetlało światło dnia, wpadające przez okienko i pozwalające rozeznać się w położeniu sprzętów. Zaraz obok drzwi leżały dwie łopaty, a o ścianę oparta była siekiera. Naprzeciw niej, na przeciwległej ścianie, wisiała półka z pustymi słoikami i częściami różnych urządzeń - odbiorników radiowych czy telewizorów. W rogach umieszczono kartonowe pudła, a także drewnianą, rozlatującą się szafkę. Wszystko pokryte było grubą warstwą lepkiego kurzu. Z sufitu zwisały nitki pajęczyn.
Dziecko leżało na środku pomieszczenia. Oddychało nierówno i chrapliwie, dręczone przez wysoką gorączkę. Podkrążone oczy zdradzały zmęczenie i głód; ostatnim posiłkiem Dawida była jajecznica, przyniesiona mu ponad dwa dni wcześniej. Organizm słabł do momentu, w którym osiągnął stan niemalże letargu. Zaczęły się majaki; obrazy rodziny i znanych miejsc stały młodemu Bielnemu przed oczami. Ojciec znów robił z nim zamki z piasku a matka bawiła się przy dźwiękach wesołej muzyki. Ponownie zwiedzał zoo, wesołe miasteczko; ponownie podziwiał cyrkowe popisy akrobatów, klaunów i tresowanych zwierząt. Widział kolegów z bloku, biegających za piłką po narysowanym na parkingu boisku.
Obraz został rozproszony przez chłodną kroplę, która wybudziła chłopca z gorączkowego snu. Skośnie padający deszcz wlatywał przez zakratowane okno, rysując mokre, impresjonistyczne wzory na tafli podłogi. Dawid podniósł się, czując nieznośny do wytrzymania głód. Musiał coś zjeść. Słaniając się podszedł do drzwi, po czym zaczął w nie z impetem stukać.
- Proszę pana - wołał najgłośniej, jak mógł. - Jestem głodny! Może pan dać mi coś do jedzenia?
Cisza.
Zaczął walić w drzwi coraz mocniej, wydając również coraz donośniejsze wrzaski, zmieniające się w niewyraźne piski w miarę jak nadzieję zastępowała rozpacz. Po kilku minutach usłyszał dochodzące z góry tłuczenie.
- Zamknij się! - głos był zniekształcony przez betonową przegrodę.
Dziecko nie mogło przestać; nie panowało nad sobą. Waliło rękami w drzwi z całej siły, aż skóra starła się i zaczęła krwawić. Wrzask stał się jednostajnym dźwiękiem. Z góry dochodził coraz bardziej podenerwowany głos, którego ton zdradzał rozdrażnienie i wściekłość.
- Zamknij się, do cholery! - zawył mężczyzna.
Dawid wciąż nie mógł się pohamować. Niebawem rozległ się stukot kroków. Ktoś schodził pospiesznie na dół, stąpając nieregularnie; wkrótce drzwi otwarły się, z trzaskiem uderzając w ścianę. W przejściu stał wysoki, potężnie zbudowany mężczyzna. Chwiał się niepewnie; czuć było od niego kwaśny zapach alkoholu i uryny. Wykrzywiona w furiatycznym grymasie twarz towarzyszyła zamglonemu spojrzeniu. Dłonie zaciskały się w pięści z siłą powodującą bielenie skóry na kostkach palców.
Dawid uciszył się nagle. Kątem oka dostrzegł za mężczyzną pociągły cień; w domu był ktoś jeszcze. Dziecko cofnęło się kilka kroków, przypierając do ściany.
- Zamknij mordę, mówię! - pijany olbrzym wrzeszczał teraz jako jedyny. Błądził wzrokiem po całej komórce.
Zatrzymał spojrzenie na rozpadającej się szafce. Podszedł do niej chwiejnym krokiem, wysuwając półkę.
- Już ja cię zamknę, skurczybyku. - mówił, grzebiąc między drobymi przyborami.
Bielnemu serce biło dużo szybciej, jakby chciało wyrwać się z piersi. Mały oddychał szybko i nierówno, z trudem nabierając powietrza. Pobladł na twarzy, szepcząc niewyraźnie "przepraszam". Osunął się na podłogę, widząc obracającego się mężczyznę. Jego ręce otulone były podwiniętymi rękawami zapoconej, flanelowej koszuli. Dłonie dzierżyły połyskujące, długie, krawieckie nożyczki.

* * *

Czytający raport przełknął głośno ślinę. Zaniemówił, wpatrując się w stos kartek. Podniósł głowę; wyraz twarzy zdradzał oburzenie, strach i niedowierzanie jednocześnie.
- Badania wykazały... - zaczął, patrząc na oczekujących w napięciu towarzyszy. - Wykazały, że język został odcięty jakimś na pół tępym narzędziem.
Po całej trójce przeszedł dreszcz. Spojrzeli na leżące spokojnie dziecko, wyobrażając sobie ogrom cierpień jakie musiało znieść.
- Prawdopodobnie stępiony nóż lub nożyczki... - potarł oczy, czując pieczenie.
Mimo tego czuł, że musi kontynuować, choć nie wiedział czemu. Niesprecyzowane uczucie perwersyjnej ciekawości mieszało się z obrzydzeniem i współczuciem.

* * *

Na podbródku zakrzepła strużka krwi, wypływająca wprost z ust. Szczęka była odrętwiała i napuchnięta, lecz Dawid nie czuł już bólu. Zapach krwi był jedyną wonią, jaką wyczuwał zmysł węchu, i to na nim koncentrował się umysł. Usta, pełne szkarłatnej cieczy, powoli przepuszczały jej kolejne strugi.
Siedział, kiwając się bezmyślnie to w przód, to w tył. Miał w pamięci moment ucięcia języka, i teraz mógł myśleć tylko o nim. Rozgniewana mina mężczyzny, błysk nożyc, ich zimno. Dźwięk ścierających się stalowych powierzchni, rozbrzmiewający w głowie raz za razem. Jego własne wrzaski.
Mózg zarejestrował dźwięk kroków za ścianą. Chłopak nie zareagował. Drzwi uchyliły się powoli; mężczyzna wkroczył do środka z beznamiętnym wyrazem twarzy, zarzucił sobie dziecko na ramię i wyniósł je z piwnicy. Przeszedł przez ciemny korytarz, docierając do stromych schodków. Pokonał je i wyszedł do przestronnego pokoju, w którym zasłonięto wszystkie zasłony, broniąc dostępu mrokom nocy. Na środku pomieszczenia rozłożony był wielki tkany dywan. Dookoła niego ustawiono sofę, fotele, kilkanaście zegarów, wskazujących nadchodzącą niespiesznie północ, i stoliki ze świecami; na dywanie stała jedynie wersalka, skierowana do starego typu telewizora. Na niej leżała chuda kobieta o tłustych i zmierzwionych, długich blond włosach. Miała na sobie brudną sukienkę w kwiaty, przylegającą ciasno do ciała. Na jej twarzy malował się krzywy i szalony uśmiech.
Mężczyzna rzucił chłopca na podłogę, słysząc jego jęk. Rozszerzył usta w uśmiechu, wpatrując się w partnerkę. Ta wstała szybko i nerwowo, popędziła do sąsiedniego pokoju i przyniosła z niego zwój liny.
Dawid poczuł, że krępują go mocne więzy, odcinając dopływ krwi do nóg i rąk. Usłyszał niewyraźne, wrzaskliwe rozmowy między parą. Odczuł kilka uderzeń, a następnie do jego uszu dotarł głośny, histeryczny śmiech. Nic go to nie obchodziło. Już nie. Przyjął kilka razów na plecy, a następnie niemal zemdlał, otrzymując potężny cios w twarz. Z oczu pociekły łzy, a całe ciało promieniowało rozrywającym bólem. Zdawało mu się, że w każdy mięsień wbijają mu szpilki; piekły go potłuczone kończyny. Orgii kaleczenia towarzyszyły ogłuszające chichoty.
Trwało to kilkanaście minut; bicie serca straciło rytm. Z wielu ran płynęła krew. Oczy zamykały się, lecz umęczony umysł dostrzegł coś, czego się nie spodziewał. Dręczycielka zaczęła histeryzować, wpadła w panikę, biegając dookoła i krzycząc niezrozumiałe wyrazy. Jej partner odwrócił się, po czym ruszył w kierunku... czegoś.
Światło. Blask. Jakaś sylwetka. Ktoś stał w drzwiach, ktoś promieniujący ciepłem i jasnością. Od postaci biło dobro i spokój. Chłopiec poczuł ukojenie, wiedząc że tortury już się skończyły. Bezgranicznie ufał gościowi, choć widział go pierwszy raz. Wiedział jednak, że teraz jest już bezpieczny. Znalazł ukojenie. Uśmiechnął się.
Niespodziewany gość odwzajemnił uśmiech, zwracając łagodne oczy ku dziecku, jakby chciał mu powiedzieć, że zaraz będzie lepiej.
Dawid powoli zamknął oczy, powierzając mu swój los.

* * *

Dwójka lekarzy ze spuszczonymi głowami czekała na kolejne słowa kolegi. Kontemplowali każde jego przemówienie, mając przed oczami obrazy, jakie musiał widzieć Dawid. Choć nie, myśleli, tych okropności nie da się sobie wyobrazić.
- Małego znaleziono - oświadczył mężczyzna nieco pewniejszym tonem - na podłodze dużego pokoju. Niedaleko leżały ciała porywaczy. Popełnili samobójstwo...
Odetchnęli wspólnie.
- A on? - spytała kobieta, zerkając na dziecko.
- Przypuszcza się, że.. zgon nastąpił kilka minut po północy. Tuż przed śmiercią tamtych.
Przyjęli te słowa w ciszy. Niebawem opuścili sterylną salę, gasząc światła. W mroku został Dawid Bielny, leżący na plecach na operacyjnym stole. Posiniała, opuchnięta twarz mówiła, że jest już spokojny; że ból się skończył. Niewielki, lecz wyraźny uśmiech zdobił bezwładne ciało. W szarości nocy on jeden zdawał się rozświetlać mroki kostnicy, goszczącej dziś wielu ludzi. W tym jednego naprawdę szczęśliwego.



Military

militarypolice@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||