|
Nad rankiem o zachodzie
"Do piekieł życia wstęp mają tylko wybrańcy ludzkości, reszta stoi u wrót i grzeje się z daleka"
Hebbel
I
Wstał. Zwykle tak właśnie robił każdego ranka, kiedy słońce zaczynało ciskać w niego swoimi ciepłymi i świecącymi mackami. Mimo, że taki scenariusz powtarzał się codziennie, nie był w stanie go zaakceptować. Zastanawiał się zawsze, dlaczego do cholery słońce świeci w środku nocy - ósmej rano nie można był zaliczyć do dnia - i to akurat przez jego okno. Z wszystkich czterech stron świata ono musiało akurat wschodzić na wschodzie. Niestety nie było żadnej siły która mogłaby skłonić je do pojawiania się na zachodzie, południu czy choćby północy. Uparło się jak jakiś osioł. Wielkie żółte upierdliwe coś nie dające mu przyzwoicie się wyspać. Bardzo je lubił. Tylko dzięki niemu wiedział, że jeszcze żyje, i kiedy ma się obudzić z tego przewlekłego letargu, w który wpadał każdego wieczora.
Jakaś nieposkromiona siła - która w obliczy upartego słońca i tak była bezsilna - wpędzała go
w ciemności jego podświadomości, odmęty różnych dziwnych obrazów - gwałcących jakiekolwiek poczucie rzeczywistości, estetyki, humoru czy czegokolwiek innego - często bardziej realnych nich samo życie.
Czasem zastanawiał się nawet, który ze stanów świadomości jest wierniejszy rzeczywistości. Nic przecież nie było w jego oczach takie jak było, wszystko to tylko impulsy elektryczne przebiegające z prędkością niewyobrażalną, przez jego mózg. Skąd miał wiedzieć, że to co widzi istnieje naprawdę. Ktoś powie - ponieważ inni też to widzą... ale czy inni istnieją. Może jedyne czym są i czym kiedykolwiek byli to tylko małe projekcje jego chorej wyobraźni.
Siedzimy gdzieś na półkach wieczności, zamknięci w sterylnych słoikach z cienkiego i kruchego szkła, które tak samo szybko obraca się w proch, co z piasku powstało. Wegetujemy pod postacią naszego mózgu, który tworzy nieskończone iluzje i urojenia, dając nam poczucie egzystencji.
Kochamy, nienawidzimy, pragniemy samych siebie, uosobionych jako inne, tak samo nieistniejące, postacie. Tworzymy znienawidzone miejsca pracy, ukochane - albo jeszcze bardziej znienawidzone - domy, poczym zatapiamy się w agonii, marazmie - właśnie przez te miejsca. Gonimy za pieniądzem, którego sami sobie wymyśliliśmy, tworząc go w tak ogromnych ilościach, że uniemożliwiamy dotarcie do samego dna sakiewki bez wymiarów - bez zawartości.
Tłumaczymy sobie, że pieniądz to nie wszystko. Wymyślamy wyższe cele, które maja być ponad wartością materialną, tylko dlatego, że te doczesne są po za naszym zasięgiem. Łudzimy się, że po przeminięciu naszej postaci coś jeszcze jest. Nie ma jeszcze, nie ma po, bo nie ma nic.
Stoimy na naszych miejscach tylko po to, żeby półki nie pokryły się kurzem. Nie mamy wartości, nie mamy znaczenia. Nie jesteśmy ważni dla nikogo, ani dla niczego - skutki uboczne energii, powstałe z czarnej dziury i do czarnej dziury dążące.
Wymyślamy bogów, bo boimy się myśli, iż możemy przestać być - ale nas i tak nie ma. W naszej kreatywności jesteśmy tak nieudolni, że nie potrafimy sobie stworzyć świata takiego jakiego byśmy chcieli. Powołujemy do życia świat będący najgorszym koszmarem, jaki kiedykolwiek przez cokolwiek mogłoby zostać stworzony - koszmar, który nazywamy naszym życiem. Przywiązani niczym psy smyczą do kaloryfera - zniewoleni, nieszczęśliwi - cieszymy się, że kaloryfer jest ciepły, mimo, że żar od niego bijący wypala nam skórę.
Nie ma nic co mogłoby istnieć. Nicość jest wszystkim co nas czeka po zakończeni podróży przez nicość. Niespełnione marzenia nie istniejących snów - śnionych na jawie błysku, nie będącego
w stanie choćby na chwilę rozświetlić wieczności nicości.
- Oby mój słoik pozostawił choćby najmniejszy odcisk na półce, której nigdy nie widziałem i nie zobaczę - powiedział do siebie najcichszym z możliwych szeptem, tak aby nawet sam wszystko słyszący Bóg nie był w stanie usłyszeć choćby jednej najmniejszej sylaby, która właśnie opuściła jego struny głosowe.
Wszystkie zagadki istnienia pozostaną jednak nierozwiązane, aż do momentu kiedy umrzemy. Jemu też nie udało się nawet zbliżyć do poznania prawdy. Z reszta za dużo było w jego rozumowaniu luk i niedociągnięć - tak samo jak w Biblii, Koranie, Kamasutrze, Konstytucji 3 Maja i tysiącu innych książek i dokumentów próbujących zdefiniować nasze miejsce na tej niebieskiej kuli wirującej poprzez wszechświat.
Górna - dolna, górna - dolna, chwilę ruchem okrężnym potem posuwistym - bardziej energicznie. Skończone. Kolejny wspaniałe i zakończone sukcesem szczotkowanie zębów. Przepisowe dwie minuty mające zapewnić świeży oddech, zdrowe dziąsła i mocne zęby na czas wystarczający, aby w budżecie uzbierały się pieniądze na sztuczną szczękę. Na szczęście do pożegnania z zębami miał jeszcze daleko - nie biorąc pod uwagę jakiś nagłych wypadków, i spotkań losowych z osobnikami chytrymi, w sprawach zdobywania pieniądza, aż do bólu - dosłownie.
Wypadało jeszcze tylko zadbać o czyste pory i lśniące włosy i już można było pokazać się reszcie społeczeństwa.
II
Zimna rurka wbijała się w jego dłoń tysiącem lodowatych igiełek sprawiając tak niesamowite uczucie chłodu, że bał się że jego palce już nigdy nie będą na swoim miejscu, kiedy przyjdzie mu wysiąść. Zastanawiał się, dlaczego, wśród podgrzewanych foteli samochodowych, boisk piłkarskich, lokówek i tysiąca innych rzeczy, o których teraz sobie nie mógł przypomnieć, nie było takiego wynalazku jak podgrzewana rurka autobusowa. Kiedyś nawet nosił się z zamiarem własnoręcznego stworzenia takiego przyrządu. Potem mógłby go opatentować i zbijać fortunę za licencje sprzedawane wszystkim producentom autobusów, we wszystkich miejscach na całej kuli ziemskiej. Przypomniał sobie jednak o innym niesamowitym wynalazku - rękawiczkach. Rozejrzał się dookoła. Tak jak myślał... tylko on był na tyle roztrzepany, aby w dziesięciostopniowym mrozie i nie ogrzewanym środku komunikacji miejskiej nie korzystać z dobrodziejstw rękawiczek. Teraz sobie przypomniał i łza zakręciła się mu w oku, na myśl, o rękawiczkach, pozostawionych na stoliku, w pokoju gościnnym - w którym teraz musiało być tak przyjemnie i ciepło.
Jakaś kobieta otarła się o niego, z takim grymasem na twarzy, jakby chciała zabić go czymś bardzo tępym - tak żeby bardziej bolało. Uśmiechną się, mając nadzieję na uniknięcie wyroku i po raz tysięczny odmówił litanię, w której wyklinał korki, nieżyczliwych ludzi, zimę, Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne i te leniwe rękawiczki grzejące się teraz w domu.
Nagle przeraźliwy ryk silnika, jakiegoś, niewątpliwie bardzo szybkiego samochodu, rozległ się zza autobusy.
- Kolejny kozak - pomyślał. I zaczął się zastanawiać dlaczego on nie jest takim kozakiem właśnie, dlaczego nie ma takiego kozackiego samochodu i tyle kobiet ile tylko mógłby sobie zażyczyć. Odpowiedz na retoryczne dywagacje pojawiła się dość szybko - nie był takim właśnie kozakiem bo był tylko sobą. Na szczęście lubił samego siebie i perspektywa kozaczenia rozmyła się w falach zazdrości które od czasu do czasu przepływały, zalewając poczucie własnej wartości i zdrowy rozsądek, przez jego czaszkę.
Przed jego oczami przemknął samochód - przy prędkości jaką osiągał, jedyne co dawało się w nim rozpoznać było kolorem czerwonym, troszkę przybrudzonym - prawdopodobnie przez sól, którą wysypywano ulice, i wszelakimi innymi brudami, o które nie było trudno, w trakcie zimy, na ulicach miasta.
Ryk zaczął stawać się mniej słyszalny. Podniósł głowę i zaczął gapić się na odległe budynki, tak samo szare jak w lecie, mimo że teraz pokryte śniegiem.
Nagle perspektywa uległa zmianie, trochę go to zdziwiło, bo przecież on swoją głową nie poruszył - musiała być to zatem sprawka autobusu. Pomyślał chwilę i stwierdził, że to nie jest dobre wytłumaczenie, zwarzywszy, że teraz podziwiał chmury i ledwo widoczne, przez ich kłębiaste formy, słońce. Poczuł jak jego nogi odrywają się od podłogi - obrócił głowę i zobaczył jak czaszka nieżyczliwej pani rozczłonkowuje się o rurkę, ujawniając szare połacie mózgu. Małe krzyczące dziecko leciało przez autobus, aż do momentu kiedy nie natrafiło na barierę szybą, która zręcznie pokonało, rozbijając okno w drobny mak - trochę przy tym brudząc. Dziwne rzeczy działy się z autobusem, z nim, i ze wszystkimi innymi pasażerami.
Przełamując zdziwienie i siłę odśrodkową która dociskała go do dachu obrócił głowę w stronę jakiejś postaci, której teraz nie widział i wrzasnął:
- Co tu się dzieje?!!
Jedyne co usłyszał, można przedstawić w formie onomatopei, która przedstawiać powinna się tak:
- AAAaaaAAAaaaa!!! - wymownie świadczył o to o sytuacji w jakiej wszyscy podróżni właśnie teraz się znajdowali.
Dotarło wreszcie do niego, że znajduje się po środku wielkiego wypadku samochodowego, którego prawdopodobnie nie przeżyje. Tylko dlaczego całe życie nie przebiegało mu przed oczyma. Zawsze chciał uświadczyć tego niesamowitego skrótu, powtórki najlepszych akcji z meczu jakim było jego życie. Zawsze chciał mieć szansę po raz ostatni zobaczyć to czego dokonał, a czego dokonać był powinien, ostatni rachunek sumienia - pełne zrozumienie własnego siebie, odkrycie własnej duszy. Jedyne co pamiętał, co był w stanie sobie przywołać, to te rękawiczki. Czarne tak jak to do czego teraz zmierzał i samotne tak jak stan w jakim będzie się w tej czerni znajdował.
Zrobiło się czarno. Przepastnie i wszechogarniająco czarno i nie było już wschodu, ani tunelu ze światełkiem - była czerń.
Bones_and_flesh
bnf_@op.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|