|
Rzeka
Dla sprawczyni najpiękniejszej chwili w życiu (czy to w ogóle zdarzyło się naprawdę?).
To był już 3084 dzień, w którym Zbyszek wpatrywał się w sufit. Wpatrywał się w sufit albo robił inne nie mniej ciekawe rzeczy. Liczył kratki na dywanie, lub kwiatki na tapecie. Lubił także liczyć sekundy, które ciągle upływały. Tak naprawdę bardzo to lubił. Zastanawiacie się, dlaczego? Dlatego, że każda sekunda zbliżała go do końca swoich męczarni. Tym końcem była śmierć.
Zasmuciło was to, czy może wprawiło w zakłopotanie? Wy zrobilibyście tak samo, gdybyście byli w sytuacji Zbycha. Oburzyliście się prawda. Większość z was powie pewno:
- Trzeba cieszyć się życiem. Życie jest cudowne, wspaniałe, piękne? Życie jest super!
Wiecie, co by odpowiedział wam Zbychu?
- Faktycznie życie jest cudowne, wspaniałe, piękne! I w ogóle super! Tylko tego nie widać.
I Zbyszek miał tu absolutną rację. Dojdziecie do ego samego wniosku gdy go choć trochę zrozumiecie. Nasz bohater miał jednak momenty, kiedy zgodziłby się z wami w stu procentach. Tak, ale byłby to tylko momenty, chociaż gdyby Zbyszek...
W tej chwili Zbychu wstał z fotela, i uderzył głową o ścianę. Nie bolało go już to, przyzwyczaił się do tego, że musi w jakiś sposób ukarać samego siebie. Ale nie przejmujcie się, Zbyszkiem. Też byście to robili. Dobra, powiem wam, dlaczego byście to robili. Przypuśćmy, że wypełniliście kupon totolotka. Ktoś wam mówi, że go wam wyśle. Czyli was to nic nie kosztuje. Ale wy mówicie sobie:
- Po co wysyłać ten kupon, przecież i tak nic nie wygram. To bez sensu nie mam szans. To
jest tak prawdopodobne jak to, że żyrafy są w stanie skonstruować krzesło antygrawitacyjne.
Nie, nie wyślę go.
Następnego dnia spoglądacie w gazetę i czytacie wyniki losowania. Porównujecie go ze swoim kuponem i okazuje się, że liczby są dokładnie takie same. Co wtedy czujecie? Czujecie się tak jakbyście dostali deską w łeb, a w uszach dzwoni wam okropne din-do-din. Wciąż din-do-din. Sami widzicie, że są wtedy powody do walenia głową o cokolwiek, lub zrobienie sobie czegoś jeszcze gorszego. Aha, sytuacja, Zbycha była w gruncie rzeczy taka sama, ale przedmiot tej sprawy był inny. Ów przedmiot powodował, że siła tego zdarzenia była większa od przykładu z totolotkiem. Najlepiej zobrazuje wam to ten wzór:
Siła szoku ze sprawy Zbyszka = [(siła szoku z przykładu z kuponem + 3084) x 9]18
Ten szok spowodował u Zbycha to, że już od 3084 dni 90 procent wolnego czasu spędzał na siedzeniu w fotelu i spaniu. Je co 3 dni. Możecie się jeszcze zapytać, co było przedmiotem całego szoku Zbycha. Powiem wam tylko, że było nim to, co powinno być najważniejsze dla każdego człowieka, do czego człowiek dąży, i czego pragnie najbardziej. Gdy człowiek osiągnie to, czego pragnie może wtedy powiedzieć, że życie jest wspaniałe, cudowne, itp. I właśnie Zbychu mógł mieć to, czego tak zakurwiście pragnął. Ale przez siebie tego nie ma i nie będzie miał.
Zbychu znowu wstał i znowu przypierdolił głową tym razem o futrynę.
- To nic - powiedział Zbyszek. Jeszcze tylko 2346 (1 cios obowiązkowo na tydzień) takich ciosów plus nie limitowana liczba uderzeń bonusowych i będzie po wszystkim. Zleci jak z bicza strzelił. - pocieszył się.
- Powinienem już dawno to wszystko skończyć- ciągnął dalej - Ale nie mam pewności czy
będę pamiętał to, co mogłem mieć. A tak za cenę bólu głowy mogę myśleć o tym
co straciłem przez samego siebie. Mogłem to mieć...
Jak ładnie poprosicie to powiem wam coś o marzeniach Zbyszka.
Ale nie będziecie się śmiać?
No to, powiem wam kilka jego marzeń. Czy myśleliście o tym, żeby iść razem z uk. osobą do zoo. Karmić tam żyrafki i foczki i oglądać kąpiące się tapirki. Albo, że będziecie lepić razem z tą uk. osobą bałwana. Ale takiego prawdziwego. Z kapeluszem, miotła, marchewką, i węglem. Albo, że gdy będzie jesień, pójdziecie z tą uk. osobą o zmroku na spacer, a w powietrzu będzie pachniało zapachami waszych serc, i będziecie przechodzić przez pełne kasztanów aleje.
I co, podobało się? Pomyślcie tylko, że nasz kochany Zbysiunio mógł to wszystko mieć. Co teraz myślicie o nim?
- (tu wpisz odpowiedź) ......................................................
Zbychu zdał sobie sprawę z tego, że jego życie będzie kawą składająca się z samej wody. Rozumiecie, o co chodzi? Po prostu życie pozbawione esencji. Nie dające powodów do radości. Tak jak roślina. Czyli jedzenie, picie, spanie, kopulowanie. Wspomniałem o kopulowaniu, prawda? Spytacie się, więc:
- Jak to? To Zbychu jednak miał kogoś?
Miał, miał. Żonę. Tylko, dlatego, że gdyby nie ona to jadłby chyba tylko wtedy, gdyby schudł 20 kilo. Na całe szczęście żona nie zadręczała go pytaniami w stylu:
- Dlaczego walisz głową w kaloryfer?
- Dlaczego gryziesz syfon?
- Czy mnie kochasz?
Ostatnie pytanie jednak zadawała, ale niezmiernie rzadko. Zbychu odpowiadał wtedy tak:
- Kocham Cię, inaczej bym się z tobą przecież nie ożenił.
Jego żona była na tyle głupia, że nabierała się na to. Wy jednak wiecie, że małżeństwo często niszczy miłość. Ogranicza ją. Naznacza granice. Dusi się wtedy we własnym sosie. Oczywiście wcale tak nie musi być. W małżeństwie chodzi o to, żeby się nie spieszyć. Bo to jest tak. Najpierw mamy dziecko. Potem jest małżeństwo. Następnie zaczynamy mieszkać ze sobą. Poznajemy się. I okazuje się, że jesteśmy samotni. A zresztą małżeństwo to i tak nic nie znaczący papierek. Chyba wiecie, o co w tym wszystkim chodzi.
Na czym to ja skończyłem? Przypomnijcie mi. Aha, na wegetacji. Nie wiem czy wiecie, co znaczy budzić się codziennie i wiedzieć, że straciło się bezpowrotnie sens życia. Czuje się wtedy tak, jakbyście nosili ogromny ciężar w sobie. Nie macie ochoty nic robić, tylko gdzieś usiąść lub się połóżyć. Nawet sen nie przynosi za bardzo ulgi, bo gdy tylko zamknięcie oczy to zaraz pojawia się wam to, co straciliście.
- Jeśli jest piekło i ja się tam znajdę to na pewno będą mi puszczać film o tym, co straciłem.
Powiedział tak (chyba wiecie, kto) kiedyś do lustra w miejskim szalecie.
Jedyną rozrywką (ale tylko z nazwy) Zbycha był odwiedzanie wraz z małżonką raz na jakiś czas sąsiadów. Nie było to za bardzo fajne. Siedzieć w stołowym z portretem Bozi na ścianie, z tandetną Wieżą Eiffela na telewizorze, z różnymi kryształami (między innymi z papieżem) na segmentach, z dywanami ostro pachnącymi proszkiem cytrynowym. Musiał pić niezbyt dobra kawę i jeść czerstwe ciastka. Rozmawiali o dzieciach sąsiadów, a jego żona o nowym przepisie na ciasto z dyni bez jajek i cukru, a także oglądali razem różne teleturnieje. Po takiej wizycie Zbychu szedł od razu spać. I niech ktoś z was powie, czy takie życie jest cudowne, wspaniałe itp. Zbychu, zawsze dążył do tego, aby jego życia było niepowtarzalne. Żeby każdy dzień był czymś nowym. Ale on dążył. Czas przeszły.
Zobaczcie czy wcześniej nie pisałem, że Zbychu miał takie momenty, ze stwierdziłby, chętnie, że życie jest cudowne, wspaniałe itp. Faktycznie, pisałem. No to powiem, wam, kiedy te chwile były. Była na przykład takie chwile, kiedy przedmiot szoku dotknęła go palcem w brzuch. Albo zadedykowała mu piosenkę w radiu. Przecież to było coś, co powoduje, że czujecie na samą myśl o tym rozchodzące się w brzuchu ciepło. Ale był też jeden szczególny moment. Moment najpiękniejszy w jego życiu. Byłyby i może i momenty jeszcze piękniejsze, ale nie spełniły się jak wiecie marzenia Zbyszka. Było to tej nocy, kiedy Zbyszek dowiedział się, że mógłby mieć to, czego tak bardzo chciał. Gdyby zdecydował się wcześniej na pewien krok. Podmiot marzeń Zbyszka niespodziewanie podszedł do niego jeszcze bliżej i przytulił go. Trwali tak przytuleni nie wiem około minuty, ale dla Zbyszka nie liczył się czas, ale sam fakt. Zbyszek przeżył wtedy psychiczny orgazm. Ilekroć to sobie przypomina doznaje takiego uczucia, które powoduje, że się wie, co to znaczy być szczęśliwy. Zapomniałem dodać, że gdy myśli o tych chwilach zaczyna go bolec blizna na lewym przegubie dłoni. Wiecie, dlaczego jest ta blizna? Bo później stało się cos takiego, że teraz esencja jego życia nie chce go już raczej znać. Powiedział cos głupiego, nieświadomie, ale to już i tak by chyba niczego nie zmieniło. To, że nie chce go znać było gorsze niż śmierć. Jednak, Zbychu nie miał wprawy w cięciu. Ciekawe, co poradzilibyście Zbyszkowi. Hhhmmmm. Pewno, że to nie pierwsza i nie ostatnia, co? To muszę wam powiedzieć, że Zbyszek nie kochał nigdy innej. Jeżeli nie ona to nie będzie już nikogo. Wegetacja. Dlaczego Zbychu nie zrobił jakiegoś kroku wczesnej? No, kurwa mać, dlaczego? To, po co on się właściwie urodził ten Zbychu? Po to, żeby zmarnować sobie życie? To nawet w jakimś stopniu jest zabawne.
To, dlaczego jeśli Zbysiu mógł mieć szansę na spełnienie swoich życzeń, nie ma drugiej szansy? A znacie przysłowie o nie wchodzeniu dwa razy do tej samej rzeki? Czy zgadzacie się z nim? To właśnie usłyszał Zbyszek zanim jeszcze powiedział, to czego wcale nie myślał. Rozumiecie już teraz, czemu Zbyszek siedzi ciągle w fotelu. I nic mu nie sprawia przyjemności. Tak to właśnie jest, gdy ktoś okazuje się za słaby na to, aby chcieć zrealizować swoje marzenia. Zbysiowi byłoby trochę lepiej gdyby dowiedział się o zmarnowaniu życia trochę później. Teraz musi pokutować przez całe swoje życie, za błąd, który popełnił. Zgadzacie się z tym? Czy sami zgodzilibyście się na to by ukarać Zbyszka, za to, że w głupi sposób zmarnował życie? Zbyszek też często, wchodził do szafy i siedział tam po kilka godzin. Powstaje pytanie, dlaczego stało się tak a nie inaczej? Odpowiedzcie mi na to:
- ..............................................................................................
Ciekawe co Zbysiu będzie robił za kilka lat. Przepraszam to było głupie pytanie. Przecież wiadomo. Będziecie chyba nadludźmi jeśli odpowiecie mi na postawione przez ze mnie już pytanie:
- Dlaczego Zbysiu w ogóle się urodził?
Przecież jak wiecie trzeba kochać cos by, żyć. Zbychu czuł się tak jakby jechał na gapę w autobusie życia. Wy w porównaniu do Zbysia jesteście ogromnymi szczęściarzami. Macie to czego pragniecie, lub przynajmniej będziecie mieli. Nie tak jak, Zbysiu, który nie wysłał kuponu. Niestety Zbysiu już nie będzie szczęśliwy. O czym teraz myślicie?
- ..............................................................................................
Podsumujmy więc nasze opowiadanko. Mamy pewnego człowieka. I to człowiek przystojnego, mądrego, wartościowego (to są słowa jakie słyszał o sobie Zbysiu). Teoretycznie powinien cieszyć się życiem. Ale jak już wiecie nie może. Zmarnował sobie życie. Dochodzimy więc do prostego wniosku, że nie ma powodów ku temu aby przynajmniej choć trochę cieszyć się życiem. Jeśli traci się sens życia, traci się również życie. Bo później to już nie jest życie tylko fizyczna egzystencja. Egzystencja polegająca na tym, że wykonuje się tylko podstawowe potrzeby fizjologiczne. W takiej sytuacji powinno się dawno skończyć, ze sobą. Ale trzeba wybrać większa karę. Większe cierpienie. Ale co zrobić? Dla Zbyszka nie ma już pociechy. Stało się, przegrał.
Czy myślicie, że to już koniec historii. Nie, nie. To co napisałem to był fragment teraźniejszości ale w przeszłości. Teraz sytuacja Zbycha zmieniła się. To fajnie, powiecie. Ja jednak zadam wam pytanie:
- Czy myślicie, że sytuacja Zbyszka może być jeszcze gorsza?
- ..............................................................................................
Odpowiedź jest taka: może być. Zbychu dowiedział się, że jego przeświadczenie o tym, że zaprzepaścił swoja szansę jest błędne. To chyba dobrze, pomyślicie. Nie, nie, moje kochane kangurki. Okazało się, że Zbyszek tak naprawdę nie miał chyba tej szansy. Źle wszystko zrozumiał. Za bardzo wziął do serca sobie pewne słowa. Czyli co się okazało? Ano okazało się, że Zbyszek zrozumiał w końcu, że jest żałosny. Właśnie, to słowo najlepiej do niego pasuje. Tak naprawdę, więc to marzenia Zbycha okazały się totalna utopią, okazały się żałosne. To znaczy, że w ogóle nie miał tej szansy. Bo na nią nie zasługiwał. To tak, jakby pani w kolekturze nie chciała wydać wam kuponu. Gdy Zbysio to usłyszał, nie powiedział nic. Nie miał nic do powiedzenia. Nie wiedział co o tym myśleć. Teraz nawet nie mógł, żyć marzeniami. Marzenia, w chwili gdy zrozumiał kim naprawdę jest, zostały zdmuchnięte, tak jak dmuchawiec gdy powieje wiatr.
- A może to przytulanie, i inne podobne rzecz. Nigdy nie miały miejsca. Może mi się to przyśniło? Może to wymysł mojej chorej głowy- zadał sobie pytanie - Jestem zbyt żałosny na to aby mogło mi się to przytrafić.
Jego serce można porównać do szklanki. Najpierw szklanka Zbycha była pełna wody (czy domyślacie co oznacza woda?). Później gdy myślał, że mógł być szczęśliwy, woda ze szklanki wylała się. Zostało tylko kilka kropel na dnie. A teraz te krople wyparowały. Została pusta szklanka. I co teraz, spytacie się. Posłuchajcie:
Zbychu powiedziawszy:
- O nie! Ten numer nie przejdzie! - wstał, wziął nóż i sprawnym już ruchem podciął sobie prawy przegub dłoni.
A to zdarzyło się później.
Zbychu przeżył. Znalazł się potem w psychiatryku. Nie odzywał się tam praktycznie wcale. Pewnego dnia gdy grał w warcaby z Michaelem Jacksonem, usłyszał, że ma gościa. Nie zastanawiał się kto to może być. Jak myślicie, kto go odwiedził?
- ..............................................................................................
Zgadliście. To była ta osoba z, którą chciał chodzić do zoo. Gdy zostali sami, powiedziała do niego:
- Zbyszek, zrozumiałam, że Cię kocham. Zawsze Cię kochałam, kocham i będę kochała.
Zbysiu poczuł, że czuje jak do jego szklanki wlewa się woda. Ta woda przelewała się już poza szklankę. Wypełniła go całego. Z jego oczu popłynęły łzy. A przecież od 336 dni, czyli od momentu gdy woda ze szklanki wyparowała, nie płakał, bo nie miał czym. Jego uk. przytuliła go mocno do siebie. A później pocałowali się. Po kilku dniach Zbysiu wyszedł ze szpitala, i odtąd jego marzenia systematycznie się spełniały. Cieszycie się, co? Chcecie mi powiedzieć, że jednak wszystko zawsze dobrze się układa. To ja też wam coś powiem. Powyższy dalszy ciąg życia Zbyszka jest nieprawdziwy. Łyso wam, hę? Prawdziwy dalszy ciąg wyglądał tak. Zbyszek obudził się w szpitalu. Później znalazł się w psychiatryku. Zamknięty był w izolatce. Dlatego, że gdy wpuszczano go do innych pomieszczeń zaczynał walić głową we wszystko. Właśnie ostatnio poprzez nieuwagę sanitariusza Zbysiu uderzył głową o bardzo ostry kant żelaznego stołu. Tego już było, za wiele. Lekarz stwierdził, że to i tak cud, że nie umarł wcześniej, bo jego głowa była w okropnym stanie. Tak właśnie swój żywot skończył Zbigniew. Człowiek, który nie miał szans na to, by zrealizować marzenia. Gdyby Zbychu żył, to powiedział by wam, że marzenia są po to by je tracić. Mam do was teraz wielką prośbę. Zastanówcie się nad tą historią. Czemu Zbysiu był nieszczęśliwy? Czy myślicie o nim jako o kimś żałosnym, czy też może żal wam go, albo może myślicie jeszcze coś innego o nim? Co byście zrobili na miejscu Zbyszka? Hę?
por. Borewicz
por_borewicz@o2.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|