|
Schizofrenia
Otaczała go ciemność, księżyc który tego dnia był w pełni zdawał się tonąc w ciemnej gęstwinie chmur. Nieco światła pogrążonemu w mroku pokojowi dawał mały płomyczek z lampy naftowej która stała na biurku przed nim. Za oknem, w ogarniętym nocą świecie słychać było już hulający wiatr i stukające w parapet pojedyncze kropelki rozpoczynającej się ulewy. Nie łatwo jest żyć samemu na odludziu, ten człowiek chcąc oderwać się od szarości dnia codziennego wylądował w tym okropnym miejscu. Bawiła go myśl że nieopodal stoi stary nie odwiedzany przez nikogo cmentarz. Przez te wszystkie lata przyzwyczaił się do niego, przyzwyczaił się do samotności. Jedynymi towarzyszami są paskudne myszy do których ciągle mówi. Przez umysł przewijają mu się sceny że wczoraj z kimś rozmawiał, raz znalazł nawet na stole dwie filiżanki kawy, ale nie pamięta żadnego z owych rozmówców. Przepadli czy to po prostu jego chory umysł z braku przyjaciół wytwarza jakichś fikcyjnych ludzi, a jeśli te przebijające się przez podświadomość postacie naprawdę istniały to gdzie są ? Dlaczego ich nie pamięta ? Stara się nie myśleć o tym gdyż doprowadza go to do obłędu. Czasem rozmyśla o powrocie do miasta, jednak myśl o tym wcale nie przyprawia go o radość. Wiele stracił, jego jedyna córka została zabita przez jakiegoś podrzędnego bandziora, natomiast żona... żony nie pamięta, jakby nigdy jej nie znał. Od czasu do czasu odwiedza go czterdziestoletnia kobieta ze sklepu spożywczego, ale ich rozmowa opiera się na "dzień dobry" i "dziękuję". Przywozi mu prowiant, a później znów odjeżdża zostawiając go samego. Jego oczy wydawały się mieć w sobie tyle ciepła... całkiem siwe włosy nie są czymś nadzwyczajnym w wieku sześćdziesięciu lat. Dość pomarszczona twarz też pozwalała stwierdzić że to miły staruszek, który niegdyś stracił wszystko. Samo chodzenie przysparzało mu problemu, dlatego w poruszaniu się pomaga mu laska. Tej okropnej nocy jednak ktoś go odwiedził. Na dworze szalała już burza gdy starszy mężczyzna usłyszał głośne pukanie do drzwi.
- Kto to może być ? O tej porze... - powiedział sam do siebie i wstał z bujanego fotela biorąc ze sobą lampę naftową. Otworzył drzwi, a za nimi stała kobieta ze sklepu spożywczego.
- Dobry wieczór panie Józefie !
- Żaden wieczór spędzony w samotności nie jest dobry droga Weroniko. Proszę wejdź.
Kobieta odziana w zielony płaszcz przeciwdeszczowy zdjęła go i ukazała swe oblicze. Miała kasztanowe długie włosy, okulary na nosie i zielone oczy od których aż biła radość życia. Mężczyzna zaprosił ją do salonu gdzie zwykle przesiadywał wpatrując się w gwiazdy. Weronika usiadła na jednym z krzeseł, położyła dłonie na stół i zapytała:
- Nadal nie zrobili panu prądu ?
- Nikt nie myśli o starszym mężczyźnie mieszkającym z dala od cywilizacji. Tak właściwie co ty tu robisz ?
- Wracałam z miasta do domu, a że mam po drodze to wstąpiłam do pana. Poza tym burza, a we dwójkę zawsze raźniej.
- Dla mnie to już nie ma różnicy, przyzwyczaiłem się do samotności.
- Więc mam jechać dalej ?
- Ależ skąd, pani Weroniko, ja tylko... - przerwała mu i zaczęła zupełnie inny temat:
- Słyszał pan o tym że ludzie z miasta znikają w tych okolicach ?
- Chyba mnie pani nie podejrzewa - mężczyzna zaczął się śmiać - czy ja wyglądam na mordercę ?
- Z ludźmi to nigdy nie wiadomo panie Józefie, ale jestem pewna na sto procent że to nie pan.
- Dlaczegoż by nie, ja w stosunku do każdego jestem podejrzliwy, nigdy nie wiadomo kim może być najbardziej zaufana osoba.
- To prawda, szczera prawda.
- A może pani by coś zjadła, tu mam świece, na dole w piwnicy wino.
- Czego by nie ?
Mężczyzna wyciągnął z szuflady trzy świece, rozłożył je na stole i zapalił za pomocą lampy naftowej.
- Żeby pani wiedziała kiedy ja ostatni raz byłem w piwnicy. Starość nie radość i nogi nie te, sama pani rozumie.
- Tak panie Józefie, może ja pójdę po ten trunek ?
- Ależ skąd pani Weroniko, pani jest gościem, a ja gospodarzem, w stosunku do gości trzeba być uprzejmym, bo się ich w ogóle nie będzie miało. - starszy pan znów roześmiał się i ruszył w stronę drzwi na końcu korytarza zostawiając kobietę samą.
Drogę rozświecał mu płomyczek z lampy naftowej którą ciągle miał przy sobie. Otworzył drzwi od piwnicy i powoli zaczął schodzić na dół. Krok po kroczku, stopień po stopniu i z wielkim trudem doszedł na sam dół. W piwnicy były trzy beczki postawione pionowo, przy samym ich dole był kranik, można je było normalnie otworzyć. Jednak wpierw mężczyzna rozglądną się po całym ciemnym pomieszczeniu i ujrzał butelkę po winie, zdecydował że do niej właśnie naleje własnoręcznie robionego trunku. Chwycił ją mocno w rękę i obrócił tak by odczytać etykietę.
- Mm... rocznik 1920, pamiętam bardzo dobrze, wypiłem go sam po śmierci córki... - znów powiedział sam do siebie.
Podszedł do pierwszej beczki i podstawił butelkę pod kranik, po czym odkręcił go. Ku zdumieniu ani kropla nie wypłynęła. Podszedł do drugiej i powtórzył czynność... znów pustka. Zdziwiło go to bardzo, ale sprawdził i trzecią beczkę w której podobnie jak w poprzednich świeciło pustką. Wstał na proste nogi podpierając się laską i zaczął otwierać trzecią beczkę od góry. Pokrywa przytwierdzona była dość mocno, więc chwycił młotek który leżał nieopodal i płaską jego częścią służącą do wyciągania gwoździ podważył pokrywę. Pociągną na tyle mocno że zamknięcie odleciało, a on sam upadł na plecy. Nie było to jakieś silne uderzenie więc powoli pozbierał się, chwycił leżącą obok niego laskę i wstał. Powoli zbliżył się do beczki, a gdy zaglądną do środka jego oczy zdawały się być przerażone, a jednocześnie zdziwione. W środku leżał nadgniły człowiek zwrócony twarzą do dołu. Nic nie mówiąc chwycił młotek i otworzył drugą beczkę, w niej leżały zwłoki kobiety po których chodziło robactwo. Przerażony i zdenerwowany otworzył i pierwszą beczkę, a w niej biały szkielet ubrany w elegancki garnitur. Starszy mężczyzna chwycił swą laskę i z przerażeniem w oczach zaczął wołać:
- Weroniko ! Pani Weroniko ! Szybko ! Boże tu są nieżywi ludzie !
Zaczął wychodzić po schodach z ogromnym pośpiechem, ciągle jednak trzymał w ręku lampę naftową z palącym się płomykiem. Gdy doszedł na górę ruszył w stronę salonu. Wszedł do niego bardzo szybko:
- Pani Wero... - przerwał.
Kobiety nie było już w salonie. Józef rozglądnął się po całym pokoju i udał się do kuchni. Dość wolnym krokiem wszedł do jej wnętrza, a tam odwrócona w stronę okna, plecami do mężczyzny stała Weronika.
- Pani Weroniko ! Nieżywi ludzie !
Kobieta niewzruszona odpowiedziała:
- I co z tego ?
- Jak to ? Pani Weroniko ! Pani chyba nie rozumie, tam są zwłoki !
- Rozumiem pana, niech się pan uspokoi, to moja sprawka !
Mężczyzna powoli podszedł do czterdziestolatki, wyciągnął rękę i klepnął ją lekko w ramię. Ta momentalnie się odwróciła i zerknęła na starszego pan:
- Pani Weroniko, pani...
- Oczy ? Czy o oczy chodzi ?
- Tak, one są... one są czerwone !
- Jak krew panie Józefie ?
- Tak ! Jak krew... - zamilkł na chwilę po czym spytał - kim ty jesteś ?!
- Ja ? Ja jestem twoją chorobą !
Z kieszeni wyciągnęła długi nóż kuchenny i szybkim ruchem przystawiła mu go do gardła.
- Siadaj ! - krzyknęła.
Mężczyzna posłusznie usiadł i po raz kolejny zadał pytanie:
- Dlaczego ?
- Co dlaczego ?
- Dlaczego ich wszystkich zabiłaś ?
- A tych całych twoich "gości"... sumienie mi kazało - zbliżyła twarz do jego twarzy i patrząc mu w oczy mówiła:
- Czy wiesz jak to jest stracić wszystkich, od dziesiątego roku życia mieszkam na odludziu, sama, bez przyjaciół, czy ty wiesz co ja czuję !?
- Oczywiście!
- Gówno wiesz ! Ciebie ciągle ktoś odwiedza, ten policjant ma przyjść jutro po dwunastej, poczujesz to co ja czułam przez trzydzieści lat.
- A sklep, tam masz przyjaciół.
- Jaki sklep, to wszystko to głupia gra by zdobyć twoje zaufanie !
- Dlaczego ja nie pamiętam żadnej z rozmów z tymi ludźmi ?
- Jesteś już stary, mała dawka narkotyków przed rozmową wystarczała.
- Jesteś chora!
- Nie mój drogi, ty jesteś chory. Gdy przyjdzie ten cały policjant to powiem mu że chciałeś mnie zabić, że jesteś schizofrenikiem.
- Myślisz że ujdzie ci to wszystko na sucho ?
- Nie mam nic do stracenia, a tak przynajmniej mam dobrą zabawę !
Znów odwróciła się w stronę okna.
- Nie Weroniko, ty jesteś schizofreniczką, jesteś chora, to chyba da się leczyć ?
Wstał powoli na proste nogi, uniósł wysoko laskę i uderzył kobietę w głowę. Cios był tak silny że ta runęła na ziemię, ale ciągle była przytomna. Józef powoli z laską u ręku przesuwał się w stronę salonu. Weronika wstała, uniosła wysoko nóż i zaczęła biec za mężczyzna. Z całej siły zacisnęła pięść i uderzyła nią Józefa w tył głowy, starzec upadł, a wraz z nim lampa naftowa która rozbiła się, nafta zaczęła płonąć teraz już wysokim płomieniem. Weronika szybkim ruchem ręki dźgnęła nożem w nogę mężczyznę.
- Teraz już mi nie uciekniesz głupcze !
Józef chwycił laskę, obrócił się na plecy i uderzył nią Weronikę prosto w nos. Ta upadła. Znów obrócił się na brzuch i jedną ręką położoną na podłodze ciągną całą resztę ciała. Gdy doczołgał się do salonu ogień pochłoną kuchnię. Myślał że ona już nie żyje, ale strasznie się mylił, wybiegła z zakrwawioną twarzą i rzuciła się prosto na jego plecy dźgając go jednocześnie w okolicę żebra. Próbując się wyrwać uderzył ją łokciem w szczękę i znów upadła nie mogąc wstać. Józef ciągle czołgał się do salonu i ujrzał to co było mu najbardziej potrzebne, na ścianie wisiała strzelba. Była naładowana gdyż pamiętał jeszcze ostatnie polowanie na którym nie wystrzelił żadnego naboju. Doczołgał się do ściany i położył na niej rękę. Pomagał sobie nią wstać. Kobieta już nieco oprzytomniała i znów była na nogach. Józef chwycił pasek strzelby i pociągnął go. Strzelba upadła na ziemię. Starzec oparł się plecami do ściany, a nogi wyciągną do przodu. Wycelował w biegnącą z nożem Weronikę i oddał strzał który trafił w brzuch. Upadła na ziemię, ale podniosła jeszcze głowę i spojrzała na Józefa, ten bez chwili namysłu oddał drugi śmiertelny strzał w głowę. Krew trysnęła po jego twarzy i ścianie. Wyrzucił broń na bok i zaczął czołgać się w stronę wyjścia. Na dworze ciągle szalała burza, a on w tą pogodę by nie spłonąć wyszedł na dwór i tam zemdlał.
Następnego dnia koło dwunastej gdy ocknął się stało wkoło niego kilku policjantów, Józef wymruczał cicho:
- Ona chciała mnie zabić...
- Jaka ona ?
- Kobieta, Weronika !
- Nikogo nie znaleźliśmy w zgliszczach.
- A nieżywi ludzie w piwnicy?
- O czym pan gada !? W domu nikogo nie było.
Policjant odwrócił się, a lekarze wsadzili Józefa do karetki. Między obecnymi ludźmi nawiązała się konwersacja.
- Jak myślicie, co tu się stało ?
- Jest stary, rozproszył ogień.
- Ślady ukłucia ?
- Sam się pokłuł uciekając.
- A co bredził o nieżywych ludziach i jakiejś Weronice ?
- Schizofrenia panowie, mamy do czynienia ze schizofrenikiem...
Winix
winix@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|