|
Kudi gradieży
Mała Liley tańczy. Muzyka wtapia się w jej ruchy, które stają się coraz bardziej szybkie. Pofałdowana krwistoczerwona sukienka zawinęła się do góry. Widać blade nogi i czerwone pończochy. Porusza się z wdziękiem, zręcznie wskakuje na stół. Wibrujący rytm saksofonu towarzyszy i wyzwala energię. Uwolnione włosy odżywają, zaplatają się. Solówka robi się piskliwa, cięższa. Przechodzi na wyższy takt i zostaje porzucona. Zastąpiona kolejnym rytmem. Wszystko jest rozmazane. Do tańca dołączają ręce. Wiją się jak żmije. Wszystko żyje. Spódnica zabawnie trzepocze. Roziskrzone oczy błyszczą. Kropelki potu spływają po policzkach. Są zlizywanie koło ust.
-Tańcz Liley! Tańcz!- niesamowity gwar. Stół chybocze się niebezpiecznie. Do saksofonu dołącza pianino. Dziewczyna uśmiecha się, zawija spódnicę, przymyka oczy. Ona jest tańcem. Nie ma niczego, tylko ta melodia, która nią kołysze.
- Kim ona jest? - pyta się młody, jasnowłosy chłopak. O smukłej twarzy, wysypanej piegami.
- Liley- odpowiada jakiś mężczyzna, między łykami piwa.- Tańczy. Pochodzi z rodziny, w której wszyscy tańczyli i uprzyjemniali czas tym, którzy tego chcą - odstawia kufel piwa i zaczyna gwizdać na palcach.
- Chcesz powiedzieć, że mogę mieć ją na noc? - patrzy raz jeszcze na niesamowite zjawisko. Tancerka popada w jakiś trans. Całe ciało wygina się, jakby podskórnie wyczuwało muzykę.
- Tak - mężczyzna nagle milknie i patrzy na niego uważnie - Ale nie jest tym, kim myślisz, że jest... Ona sama wybiera, z kim będzie...- nagle stół niebezpiecznie przychylił się do przodu. Cała sala zamarła. Liley rozpaczliwe macha rękoma do złapania równowagi i leci w ramiona jasnowłosego chłopaka. Dziewczyna rumieni się ślicznie. Wstaje szybko i odwraca się w jego kierunku.
- Jakie masz imię?
- Co? - pyta zaskoczony, również wstając. Zauważa, że nikt się nimi już nie interesuje.
- Imię - powtarza dziewczyna i sunie do niego. Patrzy zahipnotyzowany na jej zmysłowe ruchy.
- Nie mam imienia...
- Nie szkodzi. Będziesz... - nagle milknie, jakby zastanawiała się, co ma powiedzieć. Uśmiech rozjaśnia jej twarz. - Mishael - chłopiec czuje jak dziewczyna zaplata szczupłe palce na jego nadgarstku i wyprowadza z knajpy.
- Gdzie idziemy?
- Do mnie. Muszę się wykąpać. Jestem spocona. - oboje milkną.
Mieszkanie Liley jest małe i zagracone. Na półkach, podłodze i dwóch stołach walają się książki i szkice. Mishael bierze jeden do ręki. Na nim narysowana jest płacząca, młoda kobieta. Jej czarne włosy unoszą się nienaturalnie w górę. Nagle chłopak zauważa, że we włosach kobiety zaplątany jest kruk.
- Ten rysunek przedstawia moją siostrę Lilith - odwraca się przestraszony, wyrzucając rysunek w górę. Szkic upada zwinie na podłogę. Dziewczyna schyla się po niego. Ubrana jest tylko w purpurowy ręcznik.
- Lilith? Czy to nie czasem znaczy śmierć? - siada na krzesełko.
- Tak, to znaczy śmierć. - dziewczyna przysiada się do niego.
- Moja siostra. Piękna, prawda?
- Nie jest podobna do ciebie...
- Masz rację. Ona jest stwórczynią czasu... Mojej nadziei, ale odeszła, bardzo dawno temu. Sama to rysowałam. Ładne, nie? - przykrzywia lekko głowę i przysyła mu słodki uśmiech.
- Czemu mnie tu przyprowadziłaś?
- Przecież chciałeś za mnie zapłacić - Liley usadawia się na jego kolanach, nadal się uśmiechając.
- Podobno sama wybierasz. Czym se zasłużyłem, aby być ze sławną Liley?
- Liley to pseudonim artystyczny. Nazywam się Apostrof - kobieta głaszcze go czule po policzku.
- Nie odpowiedziałaś - chłopak nagle milknie. Patrzy uważnie na twarz dziewczyny, na której widnieje blizna. Przecina skroń i kończy się tuz przy zewnętrznym kąciku oka.
- Skąd to masz?
- Bliznę? Miałam pecha. Natknęłam się na niemiłego klienta - Apostrof zeskakuje z jego kolan i zsuwa ręcznik. Nie zwracając uwagi na zaczerwienionego Mishaela, kieruje się do szafy. Szybko nakłada na siebie obszerną koszulę.
- Nie gap się tak na mnie.
- Kim był ten bydlak?! - wstaje z krzesła i zahacza nogą o książkę.
- Nie! - Liley odtrąca go brutalnie. Chwyta książkę i tuli do piersi.
- Wiesz, co to jest?
- Nie mam pojęcia, ale skoro wolisz zabić człowieka dla tego... -mruczy rozzłoszczony. Próbuje się podnieść, ale książki zasypały go szczelnie.- Czemu tego cholerstwa masz tyle?
- To są pamiątki po mojej rodzinie, tylko to mi zostało po wielki pożarze... ta osoba, która zrobiła tą pamiątkę nie żyje...Odeszła już dawno....czasem ktoś o nim pamięta - Apostrof wyciąga w jego kierunku dłoń i pomaga mu wstać. Nagle zaczyna się śmiać spazmatycznie. Mishael patrzy zdezorientowany na nią. Dziewczyna zakrywa usta dłonią, tłumiąc śmiech. Uspokaja się.
- Przepraszam.
- Z czego się śmiałaś?
- Jesteś nowy w mieście - było to raczej potwierdzenie, niż pytanie. - My śmiejemy się z rzeczy niezauważalnych dla was, obcych. Mogłabym cię o coś prosić istoto bez imienia i pamięci?
- Skąd wiesz?!
- Ja wiem dużo, ale chciałbym wiedzieć więcej o was. Czasem tak trudno być sobą. Pomożesz mi znaleźć siostrę, Mishael?
Nagle mały pokoik zaświecił mlecznym światłem. Chłopak zdaje sobie sprawę, że dziewczyna promieniuje jakąś niesamowitą jasną poświatą. Nagle biały kolor przerodził się w żółty, a na koniec pokłój zalała poświata purpury. Dziewczyna porusza ustami, ale nie słyszy jej głosu. Zaskoczony już wie, że jest uwięziony. Chce do niej podejść, ale natyka się na matowe, zimne szyby. Z nieba spadają szarawe pióra. Czerwona mgła lepi się do jego ubrań i przykleja do ciała. Cały pokój jest pokryty karminową rosą i piórami.
Chłopak słyszy nienaturalne głosy, które wsączają mu się do czaszki i odciskają bolesne piętno. Mishael zasłania uszy, chociaż to niewiele pomaga.
"Jeśli będziesz wierzyć w nas, to będziesz trwać"
,"Ale jeśli wy jesteście tym, co t r w a, to skąd ma wiedzieć, że będziecie? Że nie wymienią was istoty, które s ą?"
"Zawsze byłyśmy i będziemy sprawiedliwością"
"Świat rządzi się własnym kodeksem, bogowie miną. My miniemy!" Osuwa się z jękiem na podłogę. Podniesiony głos zwala go z nóg. Z trudem oddycha.
- Znajduję się w pokoju wymyślonym przez szaleńca. - jego własny głos wydaje mu się sztuczny i nie na miejscu.
Pióra upadają, nawet jak na nie, powoli, majestatycznie. Rosa przywiera do nich i zabarwia je na czerwono.
"Kolejna nie żyje. Umieramy... Bogowie umierają, czy to nie jest smutne?"
"Czasami jest tak smutno, że aż trudno wytrzymać"
Czuje jak jego ciało opuszcza ciepło. Przybliża swoją dłoń do oczu i krzyczy. Zamarznięta, przybrała kolor sino-niebieski. Druga sprawną dłonią sięga po książkę. Z krzykiem odrzuca ją. Na pergaminie znajdują się jakieś niezrozumiałe symbole. Wyczuwa podskórnie, że oznaczają niebezpieczeństwo. Znaczki są wypisane czerwonym atramentem. Wiją się. Są narysowane szybkim, niedbałym pismem.
Przez uchylone drzwi dostają się ta sama muzyka towarzysząca Liley podczas występu. Płaczliwy dźwięk saksofonu narasta, staje się brutalniejszy, grany jakby od niechcenia i porzucony w połowie utworu. Zastąpił go niepasujący rytm, który drażni uszy chłopaka.
- Umierasz - usłyszał w mózgu, niewypowiedziane słowa. Chciał coś powiedzieć, ale uświadomił sobie, że jego słowa ponownie są wpychane do gardła.
- J e s t e m i s t o t ą, k t ó r a z a b i ja. - słowa wybijały własny rytm. - Bardzo cierpię, że zginiesz, ale to nas ratuje. R o z u m i e s z? Moja siostra odeszła, zapomniano o niej. J a t r w a m... - Mishael nie może oddychać. Jakaś nieznana siła kazała mu spojrzeć na szybę i ujrzał Liley. Dziewczyna unosiła się. Jej włosy wiły się i błyszczały srebrnym blaskiem. Na policzkach spływała strużka łez.
- Wiesz, co czują bogowie zapomniani przez ludzi? A wiesz, że t w o j e g o B o g a to spotyka? Wiarę się niszczy, tworzy nową, wygodniejszą. Ja trwam... czasem robi się tak smutno, że aż trudno wytrzymać. Powiedział twój Bóg i odszedł.
- Nie rozumiem - wycharczał zakrztuszając się krwią.
- Szkoda... - Apostrof uśmiechnęła się przez łzy i chłopak zniknął.
Mała Apostrof tańczy. Muzyka wkrada się między ławki, i wywołuje trans. Ciało kołysze się coraz szybciej. Biodra robią półkuliste ruchy. Następne kółko. Wskakuje na stół. Podciąga spódnicę do góry, żeby jej nie przeszkadzała. Świat rozmazuje się na cienie. Szybciej, coraz bardziej, aż nie starcza tchu. Do tańca dołączają ręce. Wiją się jak żmije. Wszystko żyje. Spódnica zabawnie trzepocze. Roziskrzone oczy błyszczą. Kropelki potu spływają po policzkach. Są zlizywanie szybko językiem koło ust.
- Tańcz, tańcz!!!- muzyka uwalnia ją, kołysze znanym tylko jej rytmem.
- Kim ona jest? - pyta młody, nikomu nieznany mężczyzna. Przydługie kosmyki wpadają mu do oczu.
- Apostrof - odpowiada jakiś mężczyzna, między łykami piwa. - Tańczy. Pochodzi z rodziny, w której wszyscy tańczyli i uprzyjemniali czas tym, którzy tego chcą. - odstawia kufel piwa i zaczyna gwizdać na palcach...
"Ona żyje, kolejny..."
"Zabawne, udało jej się stworzyć legendę tancerki."
"Zapomną o niej i zniknie, jak jej ofiary..."
I odeszli Bogowie świata, zostawiając ból i zniszczenie.
Przegnani strachem, ludzki cierpieniem...
I została jedna. Anioł mój czysty, który będzie zabijać...
Bo pragnie przybliżyć się do ludzi...
Dla: Kaina i Miszaela^^
Kain - za to, że pisze.
Miszael - za to, że jest.
03-05-11
Moyra
noko-tian@2com.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|