|
American Commando
Z cyklu Kino Męskie:
Tydzień Czaka Norrisa:
AMERICAN COMMANDO
[dozwolone od lat 15]
Było ciepło. Cholernie ciepło, nawet jak na dżunglę. Przeróżne cholerne owady wydawały trzeszczące odgłosy pośród drzew cabukabuka, oświetlanych przez reflektory znajdujące się na wieżach strażniczych. Wycięta polana gościła, oprócz wieżyczek, kilka chat skleconych z bambusa, dookoła których krążyli ubrani w czarne stroje ninja strażnicy. Wszyscy dzierżyli w dłoniach karabiny Kałasznikow; niektórzy przypalali tanie papierosy i gapili się w niebo, nie wiedząc, że niedługo poznają tego, kogo mieli chyba nadzieję tam ujrzeć.
Nazywam się Smith. John Smith. Jestem agentem Agencji. Moja praca to oczyszczanie świata z takich dupków jak mój ówczesny cel. Mam na myśli Dallasa Texasa, kolumbijskiego barona narkotykowego. Przez takie gnidy jak on dzieciaki z Bronxu umierały na ulicach, ćpając jego syf. To miało się zmienić.
Zacziłem się w krzakach, a następnie przemknąłem między cholernymi hacjendami niczym cień pustynnego orła po rozgrzanych piaskach Utah. Wzbudziło to we mnie wspomnienia... Kiedy wraz z moimi indiańskimi rodzicami wpinaliśmy się na klify, żeby po powrocie do domu zasiąść za wspólnym stołem i zjeść kilka burgerów, odmówiwszy najpierw modlitwę...
Chrzanić wspomnienia. Wtedy liczyła się akcja. Wyjrzałem znad małego murku, aby lepiej rozeznać się w sytuacji. Trzech ninjasów rozmawiało nieopodal kilku paproci. Dwóch następnych pilnowało stołu z rozłożonymi ładunkami heroiny. Cholerni gnoje, produkowali i sprzedawali śmierć dzieciakom. Przez nich Ameryka nie mogła czuć się bezpieczna. O tym myślałem, kiedy rzuciłem granat na wieżę strażniczą. Eksplozja złamała konstrukcję i targnęła słomianymi dachami chat. Wynurzyłem się ze swej kryjówki, w jednej ręce trzymając M-60, a w drugiej pas z amunicją. Rozpętało się piekło. Faszerowałem kolejnych charlie kulkami. Dwóch wybiegło z największej chaty. Był to ostatni bieg w ich cholernym życiu. Padli jak kaczki trafione w kuper śrutem. Profilaktycznie posłałem serię w ścianę domku i zmieniłem broń na przewieszony przez plecy miotacz ognia. Ostrzeliwany, podszedłem pod drzwi willi i poczęstowałem napalmem ludzi za nimi. Jakiś ninjas wyskoczył zza rogu, lecz byłem szybszy. Jak zawsze. Wyjąłem maczetę i rozchlastałem mu gardło.
Odrzuciłem miotacz z pustym zbiornikiem i dobyłem przewieszony przez plecy shotgun. Wykopałem resztki drzwi i przetoczyłem się przez próg, odruchowo sondując pomieszczenia w poszukiwaniu Texasa. Jakiś cholerny gnój wyskoczył z szafy i znienacka postrzelił mnie w ramię. Posłałem mu w prezencie kilka kulek śrutu. W piekle może sobie zrobić naszyjnik. Następnie odwiedziłem jego towarzysza, czającego się w wychodku. Strzelba wypaliła kilka razy, aż skończył się zapas amunicji. Okazało się, że w kiblu był jeszcze drugi. Gnojek coś tam krzyczał w swoim narzeczu, ale niestety nie jestem poliglotą. Odstrzeliłem mu głowę z przewieszonego przez plecy P90; z poszarpanego kikuta sikała krew.
Odrzuciłem giwerę i sięgnąłem po przewieszoną przez plecy snajperkę. Z przyłożenia rozwaliłem cholernego dupka, który z podobną bronią czekał na mnie za oknem. Zauważyłem, że nadjeżdża ciężarówka z ich wsparciem. Strzeliłem w oponę, a auto zatoczyło się, uderzyło w drewniany płotek i eksplodowało, zabijając wszystko co żywe w promieniu dwudziestu metrów. Widocznie nitroglicerynę wieźli.
Posuwałem się w głąb hacjendy. Dallas Texas musiał być niedaleko. Czułem jego cholerny smród, czułem jak poci się czekając na mnie. Byłem apokalipsą; wymierzałem karę w imieniu Pana. Kroczyłem powoli po schodach, wdrapując się na drugie piętro. Nagle zza jednych drzwi wyskoczyło trzech ninjasów. Wypaliłem z przywieszonego do snajperki granatnika; z tamtych nie zostały nawet buty. Przez wyrwę w ścianie dostrzegłem panikującego Dallasa w tym jego cholernym białym garniturze i kapeluszu. Gnojek liczył swoje ostatnie minuty życia. Wielka szkoda, że będę musiał mu przerwać obliczenia, pomyślałem.
Wyrzuciłem snajperkę. Chwyciłem przewieszony przez plecy M-16, spodziewając się jeszcze kilku ataków jego ludzi. Przeczucie mnie nie myliło - zza szczątków drzwi wyskoczyło dwunastu ninja. Czterech padło, rażonych celną serią niczym biczem bożym. Kolejny postrzelił mnie w nogę, lecz kopnąłem go na tyle silnie, żeby się już nie podniósł. Cholerny gnój. Zabiłem trzech następnych, ale nadbiegło jeszcze dziesięciu. Kończyła mi się amunicja, a nie mogłem teraz użyć przewieszonego przez plecy panzerfausta. Zostałem, cholera, obezwładniony. Ktoś uderzył mnie w głowę kolbą kałacha.
Ocknąłem się przywiązany do krzesła. Byłem w jakiejś cholernej piwnicy. Rozejrzałem się dookoła. Texas stał w kącie. Podszedł do mnie powoli. Zdjął kapelusz, odkrywając twarz. Cholera, pomyślałem.
Texas był kobietą.
Seksowną kobietą.
- Mów - powiedziała.
- Nie powiem - odparłem.
- Wszystko powiesz - celnie zripostowała.
- Nic ci nie powiem - z coraz większym trudem odpierałem jej słowne gierki.
- Zobaczymy... - podeszła do jakiegoś urządzenia i przekręciła gałkę. Poczułem cholerny ból. Spojrzałem w dół. Gnojowata baba podłączyła mnie do elektrowstrząsów. Zerknąłem ponownie na nią. Śmiała się przez chwilę i odłączyła napięcie. Nachyliła się nade mną i pocałowała namiętnie. Znów włączyła elektrowstrząsy. Widocznie podniecało ją torturowanie spoconych facetów.
Walcząc z bólem napiąłem mięśnie i rozerwałem cholerne więzy. Zerwałem się z krzesła i rzuciłem na Dallas. Odparowała atak ciosem karate, a następnie sama uderzyła. Przypomniałem sobie treningi w Shaolin. Użyłem aikido, jet-kune-do i kung-fu. Zadałem bolesny cios między trzecie a czwarte żebro. Kobieta zatoczyła się jak opita indiańskim wywarem z jąder bizona, lecz utrzymała równowagę. Zaczęła uciekać, depcząc po ciałach wysciełających podłogę jak krwisty dywan. Dywan śmierci. Jak krwisty dywan śmierci. Jak śmiertelny dywan kr...
- Nigdy mnie nie dorwiesz, John Smith! - krzyknęła.
Rzuciłem się w pościg. Wyjąłem ukrytego w spodniach colta i oddałem piętnaście niecelnych strzałów. Cholerne tortury musiały osłabić mój refleks. Całe szczęście, że miałem specjalny model rewolweru, z magazynkiem na pięćset nabojów. Zacząłem biec, nie zważając na liczne rany postrzałowe ani oparzenia.
Texas w tym czasie podążała do czekającego na nią helikoptera. Wybiegła na podwórze i chwyciła drabinkę sznurową, zwisającą z krążącej w powietrzu maszyny. Przypomniałem sobie, czego uczyli mnie w marines. Każdy helikopter ma swój słaby punkt. Przymierzyłem z kolta i pociągnąłem za cyngiel. Pocisk przewiercił delikatną jak meszek na serku pleśniowym blachę śmigłowca i dotarł do zbiornika z paliwem. Huk eksplozji rozniósł się echem po dżungli. Zdawało mi się, że Dallas Texas coś krzyknęła przed smiercią. Chyba coś w rodzaju:
- Zemszczę się, John Smith...!
Dało się słyszeć sygnał nadjeżdżających z oddali radiowozów...
The End
Military
militarypolice@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|