Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Axel ::::

Czasoprzestrzeń



Niebo było zielone zielenią dokładnie tak intensywną, jak intensywny jest w warunkach normalnych jego zwykły, standardowy dla nas błękit. Niewykluczone, że było to skutkiem występowania w tutejszej atmosferze mikroskopijnych glonów, które zawędrowały kilka tysięcy metrów nad ziemię w poszukiwaniu swojej niszy ekologicznej. Ale równie dobrze zieleń ta mogła być zielenią ot tak sobie, po prostu; tu, gdzie zawędrowałem, nic nie potrzebowało do swojego istnienia logicznego powodu.
W każdym razie nie wyglądało to na jakąś anomalię. Można by się wręcz pokusić o stwierdzenie, że było jak najbardziej na miejscu. Zwłaszcza w kontekście trzech różnej wielkości słońc zawieszonych w zielonym oceanie, w kontekście łagodnych wzgórz porośniętych niebieskawą trawą i drzew o pastelowych kolorach, które pod kopułą nieboskłonu porozmieszczała lokalna wersja Boga. Rozpatrywane osobno, składowe otaczającego mnie krajobrazu nie byłyby niczym więcej, niż majakiem chorego malarza-abstrakcjonisty, razem jednak wzięte stanowiły zamkniętą, harmonijną całość.
Stałem na rozdrożu. Ścieżka, którą szedłem rozdwajała się. Zwykle w takich momentach następuje chwila wahania, rozpatruje się wszelkie opcje i warianty, analizuje i stara się dokonać jak najlepszego wyboru. Ja jednak po prostu skręciłem w lewo, ani przez moment nie zastanawiając się, czy aby nie tracę bezpowrotnie tego, co spotkałoby mnie, gdybym skręcił w prawo.
Po kilkunastu minutach marszu natknąłem się na Ropucha.
Wyskoczył z rdzawego bajora, obok którego akurat przechodziłem. Towarzyszył mu ostry zapach wody bagiennej, od którego momentalnie zrobiło mi się niedobrze. Ledwo powstrzymałem odruch wymiotny; aż mnie zgięło. Sprawiło to bydlakowi przyjemność. Zlustrował mnie żółtym okiem i zaskrzeczał:
- Znam ja takich jak wy! Myślicie, że jak veni i vidi, to, cha cha cha, od razu vici! Niedoczekanie!
Konsternacja malująca się na mojej twarzy bardzo płaza ucieszyła.
- Ave Satan! - ryknął bowiem. - Morituri te salutant!
Po czym przewrócił się na plecy i zaniósł rechotem tak obleśnym, że czym prędzej uciekłem.

* * *

Ani się obejrzałem, ścieżka zaprowadziła mnie do lasu. Albo raczej do tego, co tutaj mogło uchodzić za las. Otaczały mnie pastelowe drzewa, żywiczne zapachy i niepokojące dźwięki. Po obu stronach ścieżki rosły paprocie, różowe i delikatne, skrzypiące cichutko przy każdym dotknięciu.
Nie zatrzymywałem się. Po kilku chwilach trafiłem na niewielką, zacienioną polanę, pośrodku której jakby nigdy nic tkwiło niewielkie, kuliste akwarium. W akwarium pluskała się złota rybka. Zupełnie zwyczajna złota rybka. Może oczka miała trochę zbyt rozumne.
- Hej! - krzyknęła, wystawiając łebek ponad lustro wody. Głos miała całkiem przyjemny. - Mógłbyś tu podejść? Posłusznie, choć raczej powoli i z zapewne niezbyt mądrą miną zbliżyłem się do akwarium. W rybich oczkach zamigotało szczęście.
- Chyba mogę już wypowiedzieć życzenie? - zapytała.
Zatkało mnie.
Brak reakcji rybka zinterpretowała całkiem nietrafnie.
- Cholera jasna - zabulgotała. - Wiedziałam, zbyt dobrze się zapowiadało. Do you speak english? Sprichst du Deutsch? Gawari pa ruskij?
- Spokojnie - wykrztusiłem. - Rozumiem cię doskonale.
Rybka z ulgą wypuściła pyszczkiem bańkę powietrza.
- To znakomicie. Wobec tego, czy mogę już przystępować do wypowiedzenia życzenia?
I nie czekając na odpowiedź krzyknęła z emfazą:
- Chcę być wolna! Chcę, abyś mnie Wyjął-z-Wody!
Rozłożyłem ręce.
- Nie mogę tego zrobić. Nie wymagaj ode mnie, abym cię zabił.
- Nie zabijesz mnie.
- Zabiję. Udusisz się.
Rybie oczka wyrażały teraz łagodne zdziwienie.
- Nieprawda. Wyjmij-z-Wody! Czekam na to od tysięcy lat!
- Naprawdę nie mogę...
W rybich oczkach zaświeciła desperacja.
- To patrz! - krzyknęła. Zaczęła tłuc łebkiem w ścianę akwarium. - Zabiję się! Zabiję. I to naprawdę! Umrę z powodu wstrząśnienia mózgu. Albo pęknięcia czaszki.
Sytuacja stawała się nieciekawa.
- Naprawdę chcesz, abym cię wyjął z wody? - zapytałem.
- Tak! Wyjmij-z-Wody!
Wzruszyłem ramionami.
Mógłbym przysiąc, że w chwili, gdy sięgnąłem po rybkę, z lasu dobiegły donośne dźwięki mosiężnych surm.
- Połóż mnie na ziemi!
Pomalutku i delikatnie ułożyłem rybkę na kępce bursztynowego mchu.
Minęło kilka chwil. Jak zaczarowany wpatrywałem się w malutkie ciałko, trzepoczące w agonalnych drgawkach.

* * *

Już miałem odchodzić, gdy nagle polanę wypełniło jasne, białe światło. Nawet specjalnie nie zdziwił mnie fakt, że jego źródłem był leżący przede mną rybi trupek.
Ale nie był to koniec niespodzianek, jakie pośmiertnie zafundowała mi rybka. Zaczęła się transformować. Złote płetwy zamieniały się w łapy, korpus się wydłużał. Nie minęło pięć sekund, i w miejscu rybiego denata znalazła się stuprocentowa Ichtyostega, zbieg z dewonu, łypiąca na mnie przyjaźnie.
Transformacja bynajmniej jeszcze się nie zakończyła. Po chwili Ichtyostega, forma, jakby nie patrzeć, przejściowa pomiędzy rybami a płazami, stała się już pełnoprawnym gadem - naprzeciw mnie stanął Dimetrodon. Radośnie wyszczerzył zęby, mrugnął wyłupiastym okiem, i bez wysiłku wsunął nogi pod tułów, na zawsze rezygnując z pokracznego pełzania. Później momentalnie porósł sierścią i zwinął imponujący żagiel, który przez chwilę zdobił jego grzbiet. Miejsce dimetrodonta zajął Cynognathus, raczej jeszcze nie ssak, ale na pewno już nie gad.
- Psiakość - zakląłem pod nosem. Całkiem sympatyczna była to hybryda.
Po chwili jednak Cynognathus skurczył się, zamieniając w jakąś późnokredową ryjówkę. Ta z kolei transformowała w małpiatkę. Z małpiatki szybko powstał małpolud. Dalszym, całkiem logicznym posunięciem było wyprostowanie sylwetki, wysunięcie czoła i dość znaczne wylinienie.
Miałem przed sobą prawdziwego Homo sapiens.
- Tak - uśmiechnęła się niedawna rybka. - To naturalne następstwo Wyjęcia-z-Wody. Dziękuję ci.
Po chwili jednak jej ludzka twarz spoważniała.
- Teraz jestem człowiekiem. To znaczy - w jej głosie zakołatała nutka przerażenia - To znaczy, że abym mogła żyć, niezbędne jest mi społeczeństwa! Lecę zakładać społeczeństwo!
I wbiegła w gęsty las, zdumiewająco dobrze radząc sobie z postawą wyprostowaną.
Dobiegły mnie jeszcze jej zwielokrotnione leśnym echem słowa:
- Niczym się nie przejmuj! Podążaj za białą myszką, a wszystko będzie dobrze!

* * *

Biała myszka jak na zawołanie wyskoczyła zza kamienia. - Witaj - powiedziała głębokim basem. - Jestem Międzywymiarową Białą Myszką. W trzeźwym świecie objawiam się pijanym, w tym pijanym uniwersum jestem przewodnikiem trzeźwo myślących. Podążaj za mną, a wszystko będzie dobrze.
- Modrzew jestem - odparłem z głupia frant.
Myszka wyglądała dokładnie tak, jak powinna wyglądać biała myszka. Była malutka i bialutka, wręcz żywcem wyjęta z kanonu białych myszek.
- Chodź - rzekła. Jej potężny, dobiegający jakby z podziemi głos przetoczył się przez polanę. Aż zadrgała mi przepona.
Ledwo nadążałem, gryzoń rozwijał prędkości, o jakie nigdy bym go nie posądzał. Musiałem zdrowo przebierać nogami, aby nie pozostać w tyle.
Szliśmy długo. Gdy znaleźliśmy się wreszcie na skraju lasu, najmniejsze słońce chyliło się już ku horyzontowi, nadając niebu niepowtarzalną, szmaragdową barwę. Widok zwalał z nóg.
- Tak, masz rację - nagle odezwała się mysz. - Ten świat potrafi zadziwić swoim pięknem... Mimo, iż jego ontologia ogranicza się w gruncie rzeczy do zanegowania jakichkolwiek zasad, co w teorii powinno prostą drogą prowadzić do totalnego chaosu. Brak ograniczeń niezwykle ogranicza... W większości przypadków. Tu, jak widzisz, jakoś mi się udało...
Nic nie odpowiedziałem, bo i raczej nie było to rozpoczęcie dialogu.
- Wejdź na to wzgórze - mruknęła Międzywymiarowa Biała Myszka.
Posłusznie wspiąłem się na wzniesienie. Nie było wysokie. Znajdowało się już poza linią lasu. Porastała je wysoka, sięgająca mi niemal pasa fioletowa trawa, z której dobiegało podejrzane buczenie.
Na szczycie stało lustro. Takie staromodne, ze zdobioną oprawą, miało w sobie coś niepokojącego. Pewnie tak samo wyglądało lustro, z którego korzystała Alicja.
- Mam w nie wejść? - zapytałem.
- No coś ty - parsknęła mysz. Parsknięcie zabrzmiało szczególnie, gdyż mieściło się chyba w dolnych rejestrach dźwięków odbieranych przez ludzkie ucho. - Poczekaj chwilę.
Czekałem. Podziwiałem pstrokaty krajobraz. Oglądałem chmury, dziwne, półprzezroczyste struktury, nijak nie przystające do stereotypu skłębionej waty cukrowej. Za ciekawy, wart odnotowania szczegół uznałem fakt, że wiszący nade mną cumulonimbus uśmiechnął się drapieżnie i oblizał na mój widok.
Nagle na niebie pojawił się mały, błyszczący punkcik. Stopniowo stawał się coraz większy, i większy... Aż zobaczyłem, że to łza. Wielka, krystaliczna łza.
Spadła dokładnie na lustro, które bezgłośnie rozbiło się na tysiące lśniących kawałków. Jeden z nich wpadł mi do oka.
Otaczająca mnie nie-rzeczywistość zafalowała, straciła na ostrości. Błędnik poinformował mnie, że upadam, ale ani tego nie widziałem, ani nie czułem samego upadku. A powinienem, bo nie mogąc poruszyć rękoma ani w jakikolwiek sposób zasłonić głowy upadłem prosto na twarz. Miałem dziwne wrażenie, że kamienieję.
Poczułem jeszcze, jak kilkanaście krasnoludków zarzuca mnie sobie na plecy. Klnąc jak marynarze, karzełki przeniosły mnie przez świetlistą bramę, która pojawiła się na wzgórzu nie wiadomo jak i kiedy. Usłyszałem ogłuszający wiwat tłumów, choć równie dobrze mógł to być błędnie zinterpretowany przez mój biedny umysł śpiew skowronka.
Podróż dobiegała końca. Wracałem.



Axel

prubaj@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||