|
Wiara
Podłe dni zdały się wrócić kolejny raz. Młody człowiek siedział przy
biurku w swoim pokoju myśląc czy dzieje się tak niezależnie od niego
czy też to on, a w każdym razie jakaś jego część chce, aby czasem
właśnie takie dni się zdarzały. Nie były to dni złe. Były po prostu
podłe, takie w których nieustannie bił się z huraganem myśli i w tym
tumulcie szukał siebie, własnej postawy. W szczególe szukał ogółu,
w każdym strzępku pojawiającym się w świadomości - generalnej zasady,
w każdym zdarzeniu recepty na życie. Myślał czy inni mają tak samo
czy inaczej, czy jest to naturalna sprawa czy też poddawanie się w
danym momencie samemu sobie. Ostatnio dużo rozmyślał o religii i
wierze. "Tyle na świecie religii" - myślał - "Dlaczego jakaś miałaby
mieć monopol na prawdę?". Jego zdaniem byłoby to bez sensu. Został
ochrzczony w wierze katolickiej, ale, co sobie potem uświadomił, nigdy
świadomie katolikiem nie był. Chodził co prawda do kościoła, nawet co
tydzień, ale bardziej dla tradycji lub przyjemności. Obchodził święta,
lecz nie przeżywał ich duchowo w jakiś szczególny sposób. Starał się
przestrzegać dekalogu, ale tak dyktował mu po prostu wewnętrzny głos.
Motywację do takiego a nie innego zachowania odnajdywał w sobie,
w zwykłym ludzkim poczuciu przyzwoitości, a nie w nakazie Bożym. Zawsze
wierzył w Boga. Teraz przypuszczał że wielość religii jest po prostu
wielością dróg do tego samego, bo jeśli wszystkie one w czymś się
zgadzają to przecież w tym, że Bóg istnieje, niezależnie od tego jak
się nazywa. Nie określał się więc katolikiem. Przez pewien czas mienił
się po prostu chrześcijaninem, a ostatnio skłaniał się w kierunku
deizmu. Nie odnajdywał powodu aby wierzyć w Chrystusa jako w Boga,
poza tym widział wszechobecne na świecie zło. Dawało to wszelkie
podstawy aby myśleć, że Bóg rzeczywiście nie ingeruje w dzieje.
Do kościoła zaczął chodzić rzadziej, twierdził że częściej nie
potrzebuje. Być może stało się tak dlatego że ostatnimi czasy przygasł
nieco z kilku powodów i ciężej było mu walczyć o siebie i ze sobą.
Ponieważ była to niedziela, zastanawiał się czy iść na mszę czy nie.
W końcu jednak zdecydował się pójść.
Od jakiegoś czasu lubił chadzać do kościoła, gdyż podobało mu się samo
miejsce. Chłód, ściszone głosy, poszczególne etapy mszy - to wszystko
niezależnie od sfery duchowej decydowało o specyficznej atmosferze.
W kościele zawsze umiał się uspokoić. Było tak i tym razem. Przestał
myśleć w szaleńczym tempie, popatrzył na wizerunek Jezusa na krzyżu
i skupił się na słowach kapłana. Szybko jednak w jego głowie pojawiły
się nowe myśli, tym razem jakieś uporządkowane i dużo pogodniejsze.
Według niego Bóg nie stworzył zła, ale dopuścił jego istnienie.
Wyczytał taki pogląd w jakimś mądrym magazynie internetowym i uznał go
za swój. "Bóg dopuszcza zło po to, abyśmy umieli sobie z nim radzić
i docenić dobro" - myślał. "Skoro więc Bóg stwarza ludzi z zaletami
i wadami, to robi to po to aby umieli zalety wykorzystać a wady
zwalczać. Trzeba być wiernym sobie i czynić to co uważa się za dobre,
a to co w naszym mniemaniu jest złe, odrzucać. Każdego dnia". To według
niego było wzięcie własnego krzyża o którym mówił Jezus. Będąc wiernym
sobie - był wierny Bogu, który przecież tego właśnie chce.
"Nasza religia mówi że nie ma przeznaczenia" - zagłębiał się dalej w
swoje myśli - "A jednak Bóg wie co wybierzemy, gdyż jest wszechmogący.
A może Bóg zna każdą alternatywę dla nas, każde możliwe wydarzenie a
my swoimi codziennymi wyborami decydujemy o tym, które zdarzenia się
urzeczywistnią? A on jest tą siłą która pomaga nam wybierać dobrze.
Skoro jest istotą niepojętą, to przecież może tak być. A więc - to nie
Bóg wybrał mi drogę, ale przez to co ja zrobiłem, wybrałem taką a nie
inną, którą Bóg przewidział. Drogę zgodną z Jego wolą albo nie". Boga
postrzegał więc jako scenarzystę życia, którego rezyserem są czas i
przypadek. Gdyby każdy był zaprogramowany na wykonanie tej i tej
czynności w tym i tym momencie, oznaczałoby to że ludzie nie są panami
własnego losu.
Przyklęknął, gdyż właśnie miało miejsce podniesienie. Nie przestał
jednak dumać. Myślom oddawał się teraz z przyjemnością i ochotą.
"A gdzie w tym wszystkim miejsce dla Jezusa?" - pytał sam siebie -
"Jezus jest przecież Bogiem z nami. Pomaga nam zrozumieć to wszystko
co chciał nam przekazać Bóg. Gdy żył, mówił jak trzeba postępować żeby
zasłużyć na zbawienie. Mówił żeby każdy wziął swój krzyż i naśladował
Go". Swój krzyż ów młody człowiek rozumiał właśnie tak. Wierzył w
człowieka i wolność, uważał że każdy człowiek ma prawo do własnego
pojmowania Boga i wiary.
Msza się skończyła, wyszedł więc z kościoła. Kątem oka zauważył
jedną z sąsiadek, która uchodziła w bloku za pobożną. Wiedział jednak
jaka naprawdę potrafi być. Nie było rzeczy której nie lubił tak jak
hipokryzji, a już hipokryzja w sprawach wiary była dla niego czymś
czego nie mógł zrozumieć. Według niego tacy ludzie zgubili gdzieś
sens czynienia tego, co twierdzili że czynią. "Przywiązują taką wagę
to tych wszystkich symboli. Gdyby ten cały zapał włożyli w pracę nad
sobą a nie w chodzenie do kościoła, pielęgnowanie sakramentów czy
inne posty to i świat byłby lepszy i Bóg by się ucieszył". - myślał
niestrudzenie. Nie rozumiał dlaczego nie można nie jeść mięsa w piątki,
ani wypić alkoholu w poście. "Nie pijemy bo jest Wielki Tydzień.
A może lepiej, dlatego że jest Wielki Tydzień, pogodzić się z kimś
nielubianym? A może to zbyt trudne. Symbole, sakramenty - one mają
nas prowadzić a nie być celem samym w sobie."
Siedząc wieczorem w pokoju zastanawiał się czy jego pojmowanie wiary
jest właściwe. Zauważył że za dużo w nim rozumowania a za mało prostej
wiary. Oczywiście nie miał pewności czy to wszystko jest prawdą i czy
robi dobrze wierząc tak a nie inaczej. Jak wszyscy był niedoskonały i
zdawał sobie sprawę że może błądzić. Nie wiedział więc czy ma rację.
Nie mógł tego wiedzieć. Ale w to wierzył. Wiedział też że jest bardziej
autentyczny z taką właśnie postawą niż wszyscy ci, którzy klepią z
tradycji formułki.
13-04-2003
Donald
advocat@interia.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|