Yes "Close To The Edge"(by don_Kamq)
Ech... na wstępie powiem tylko tyle, że Yesów, zespół znany, uwielbiany, właściwie kultowy, legenda, klasyk, złotymi zgłoskami wypisany w historii muzyki - hm... znałem tylko z "numerków". Aże płyta taka jakaś niezwykła nie była, to poszedłem za głosem serca i ucha sprawdzić, upewnić się czy miliony fanów na całym światku mają naprawdę powody do radości. A więc podczas nieobecności mojego wujaszka zwinąłem mu kasetkę "Close To The Edge" nazwaną (taką jeszcze zza czasów komuny). Zacząłem słuchać... i doprawdy ludzie, jeśli się nie chcecie uzależniać od kolejnego wielkiego zespołu, albumu - NIE SŁUCHAJCIE TEGO !!!!!!!!!!!!!!
W zasadzie albumik (heh, albumik) trwa tylko (heh, tylko) 37 minut i 52 sekundy. Na pierwszej stronce zawiera się tytułowy utwór, czyli "Close To The Edge" właśnie. Utwór, a błędnie nazwany piosenką, bo nie jest zwykłą. Jest to prawie 19 minutowa suita, złożona z kilku części a dokładniej trzech, jeśli dobrze liczę, z czego ostatnia to "powtórzenie" tej pierwszej... Pierwsze dźwięki to odgłosy przyrody, ptaszków, strumyczka ... i z nienacka atakuje nas dziwaczny, naprawdę na pierwszy rzut ucha całkowicie niemelodyjny motyw. Jeśli nie słuchałeś nigdy Yesów, to ich brzmienie na początku może cię zniechęcić, szczerze mówiąc, to ja poczułem się raczej zainteresowany. Przecież, im coś jest dziwniejsze, tym dłuższa zabawa z muzyką, rozpoznaniem w terenie. Taki właśnie jest ten album, ten utwór. Wciąga, bo pokazuje coś nowego, niezbadanego. Zupełnie nowe brzmienie jak na tamte czasy, z resztą jak na te to równie zasakakujące. I proszę państwa dzięki temu zespołowi, wzieło się coś takiego, jak równoległe solówki z klawiszami i gitarą. Ale dość o samej kapeli. Utwór tytułowy jest bardzo dobrze przemyślany i złożony, 19 minut mija natychmiast, wszystko zgrabnie połączone. Słychać tu wszystko: od szaleńczych parti perkusyjnych po dziwaczne i zarazem niesamowite improwizacje na gitarze, genialnie zgrane z tłem które tworzą klawisze. Należy też wspomnieć o cudownym wokaliście o głosie chyba najbardziej charakterystycznym w muzycznym światku, a mianowicie Jonie Andersonie! Ten człowiek swoją cudowną barwą głosu tworzy niesamowity klimat - doprawdy nie do podrobienia. Najlepsza jest jednak i naprawdę bardzo WCIĄGAJĄCA druga część utworu, gdy wszystko się wycisza, gaśnie. W tle pozostają jedynie dziwne dźwięki (np. kapanie wody, genialne), jedyne, które jakoś ciągną utwór dalej. Nagle słyszymy lekkie bicie w klawisze - i niesamowity chórek panów z Yes, do którego spokojnie z własną partią włącza się Anderson - jest to bardzo delikatnie zrobione, pokazane. Ale jakie robi wrażenie... niesamowite. Doprawdy - to co popełnił Yes - jest perfekcyjne, bez wad, usterek - IDEAŁ - UTWÓR IDEAŁ!!!!! hahaha - popodniecałem się nad stroną A, teraz czas na niemniej piękną stronę B. I czasami tak bywa, że muzycy skupiają się na jednym, a olewają resztę - w tym przypadku mogłyby być to dwa pozostałe utwory. GDZIE TAM!!!! "And You And I" czyli namber tu - spokojna ballada, heh nie powiem. Również bardzo delikatnia, ulotna, nieuchwytna. Również dosyć długa - naprawdę - mógłbym się podniecać na megabajt tekstu - perfekcyjna. Od ślicznego początku na gitarze, do równie ślicznego zakończenia, utwór tylko zachwyca. Utwór trzeci, pomyślicie, jednak nie można storzyć czegoś całkowicie idealnego. Siberian Khatru - dobra! Nie jest on może tak genialny, dopracowany, jak poprzednie - ale świetnie się go słucha i potrafi również jako poprzednicy powalić, zaskoczyć. Doprawdy chwalę sobie bardzo pracę basisty, a mianowicie pana Chris'a Squire'a. Jego partie są doskonałe i tworzą niezapomniany, bardzo harmoniczny kształtem klimat, z całą resztą świetnie się łączac (ale zdanie uwaliłem). Tak na marginesie, to początek utworu został "zgapiony" do jednego z utworów w GTA2 - posłuchajcie, a zechce wam się zagrać jeszcze raz :) Zapraszam również fanów jazzu, bo utwór bardzo taki swingowo-jazzikowo-rockowy. Bravo en velcom.
No i co mi pozostało napisać. Stety, oj stety kolejny zespół zaliczyłem w poczet moich ulubionych. Dzięki temu dziełu. Teraz już wiem, że sięgać po Yesów to sięgać po najlepsze. I naprawdę Yesomania - uważajcie na nią - to choroba przenoszona drogą słuchową, nie ima się głuchych i dresów :) Jestem w tym i nie wyjdę - Close To The Edge - close to tego co jest perfekcyjne i najlepsze - SŁUCHAĆ, UZALEŻNIAĆ, NIE LECZYĆ!!!!!!!!
DZIEŁA NIE WYBRANE A PO KOLEI (nie wiem po co to):