Zespół: Satyricon
Album: "Nemesis Divina"
Wydawcy: Moonfog Productions / Mystic
Rok wydania: 1996
Ilość utworów: 8
Czas trwania: 42:24'
Ocena: 9
Satyricon to zespół, który znają wszyscy fani Black Metalu. "Nemesis Divina" to natomiast według "znawców" i fanów najwspanialsze dzieło Norwegów. Ja tam nie odstaje od reszty i twierdze to samo, gdyż to co obecnie tworzy Satyr jakoś nie za bardzo mi podchodzi. Szczególnie jeśli się patrzy na jego wizerunek. No, ale recka tyczy się nie tego co teraz, a tego co kiedyś.

Już na pierwszy rzut oka widać, że płyta odchodzi od schematów. Na okładce nie ma ani żadnego lasu, ani śniegu, nawet wymalowanych mord. Po prostu jakiś ptak. Kurde, to na pewno to o co mi chodziło? Otwieram pudełko, a tam wyrąbana wkładka z której możemy się dowiedzieć m.in., że oprócz Satyra i Frosta gra tutaj... Nocturno Culto (jako Kveldulv). Nie udziela się co prawda wokalnie, ale co tam - jest geniuszem nawet wtedy, jeśli "tylko" pełni rolę gitarzysty. 

W końcu zapuszczam muzę. Cóż za wspaniałe wprowadzenie! Utwór "The Dawn Of The New Age" każe mi olać wszystkie czynności, które właśnie wykonuje, gibnąć się na kanapę i słuchać. Mogłoby się wydawać, że chaotyczny, że brak w nim spójności... i to będzie prawda, tylko co z tego? Ten utwór jest genialny, a szczególnie dźwięk wyciąganego miecza. To i tak jednak nic w porównaniu do utworu trzeciego, czyli "Mother North". Wspaniała, wręcz kongenialna kompozycja, którą większość miłośników Blacku uważa za hymn. Pozostałe utwory także stoją na bardzo wysokim poziomie, jednak dwóm wyżej wymienionym nie sięgają do linijek refrenu :). Nie znaczy to oczywiście, że są słabe. Wręcz przeciwnie - są bardzo dobre, tylko, że znalazły się na jednej płycie z utworami, które są uważane za najwybitniejsze w swoim gatunku. 

Cała płyta jest dobrze wydana. Wcześniej wspomniana wkładka i jakość "techniczna" nagrań mogą to poprzeć. Główną rolę pełni oczywiście Satyr, który jest człowiekiem - orkiestrą. Gra na basie, klawiszach; skomponował wszystkie teksty (no, oprócz jednego), które później wyśpiewał swoim charakterystycznym charkotem.

Przyznam się, że z oceną końcową miałem problem. Nie wiedziałem czy dać dziesiątkę, czy "tylko" 9 (ewentualnie z +). Dając najwyższą ocenę, postawiłbym tę płytę na równi z "De Mysteriis Dom Sathanas" Mayhemu i "In The Nightside Eclipse" Emperora. Nie, '10' to za wysoka ocena. Płyta jest bardzo dobra, wręcz genialna, ale... no czegoś jej brakuje.


Lord of Gondor