RECENZJE W MIARĘ NOWYCH PŁYT KWIECIEŃ 2003

Necrophagia "The Divine Art Of Torture" 2003 [digi-CD Season Of Mist]
Doskonała płytka "Holocausto De La Morte" zdołała zapuścić brodę, "Black Blood Vomitorium" pejsy a "Cannibal Holocaust" wąsiki zanim ukazała się nowa płyta Necrophagii zatytułowana "The Divine Art Of Torture". Płytka ta miała nosić tytuł "Harvest Ritual", ale z bliżej mi nieznanych powodów i zapewne tajemniczych jak corne knieje nazywa się tak jak się nazywa. Składa się na nią kilkadziesiąt minut brutalnego, chorego death metalu oraz jeden przerywnik, w którym to jakiś opętany przez siedemnaście demonów piekieł czarnoksiężnik nawiedzonym głosem bredzi jakieś straszliwe głupoty przy akompaniamencie klawiszy i grzmotów. Pierwsze trzy rzeczy jakie zwracają uwagę przy przesłuchiwaniu płyty to w kolejności chronologicznej : a) czemu do cholernej cholery jest tak mało inter? Na "Holocausto De La Morte" było ich więcej niż smreczków w cornych kniejach, a tutaj nie licząc przerywnika jest tylko jedno? b) ależ te gitary mają brzmienie! Rozwalają membrany głośnika i grają dokłądnie tak jak lubie : prosto, nieskomplikowanie ale ciężko jak kamień syzyfa c) zatrudnili sobie panowie doskonałego klawiszowca! Mirai znany z japońskiego zespołu Sigh (którym onegdaj takl zachwycony był Euronymous, że podpisał z nimi kontrakt w Deathlike Silence) uzyskuje w swym syntezatorku naprawdę chore brzmienie, które wcina się w uszy jak żyleta, albo piła mechaniczna obsługiwana przez jakiegoś zbzikowanego kompozytora epoki renesansu, który lata za ludźmi, żeby obciąć im uszy. Największymi zaletami tej płytki (pomijając już takie pierdołki jak świetna okładka i niezła oprawa graficzna digi packa) są brzmienie, prostota kompozycji (w dzisiejszych czasach, kiedy każdy chce zamotać swoje kompozycje dodając do nich jakieś gejowskawe melodyjki i dupawe solóweczki), rozwalające brzmienie, straszliwe wokale oraz świetnie zrobione klawisze podkreślające atmosferę horroru klasy "c". Najlepszym kawałkiem na płycie jest utwór ostatni, który jest po prostu majstersztykiem zarówno jeżeli chodzi o zamysł jak i o wykonanie. "The Divine Art Of Torture" będzie z pewnością jednym z najpoważniejszych kandydatów na płytę roku, ale jednak mogliśmy spodziewać się czegoś jeszcze lepszego. Necrophagia nie pobiła jednak swojego debiutu czy "Holocausto De La Morte", które były po prostu lepsze, ale i tak nagrała płytkę o której nie zapomnimy przez długi czas. Polecam każdemu fanowi obrzydliwości, cmentarzy, robaków, horrorów. 9/10

Abscess "Through The Cracks Of Death" 2002 [CD Peaceville]
Od razu wam powiem, że nie będe obiektywny recenzując płyty tego zespołu, gdyż dażę go wielką, sadomasochistyczną miłością i bardzo często zapuszczam sobie płyty tych koneserów wszystkiego co paskudne i pełzające. Ale jak tu nie kochać zespołu, który gra bardzo prosto, brutalnie, prymitywnie i jeszcze w umiłowanych przeze mnie szczerą, chrześcijańską miłością średnich tempach? Wyobraźcie, że połączycie ze sobą ekstremalny death metal oraz punka i dodacie do tego trzy litry wszystkich obrzydliwości mieszkających na cmentarzu, a wyjdzie wam mniej więcej to czym jest teraz Abscess. Jak jeszcze dodam, że tworzą go goście, którzy bardzo lubią sobie przypalić wszystkie możliwe rodzaje ziół, którzy na dodatek grali kiedyś w kultowym Autopsy to możecie się spodziewać jak paskudna muza sączy się z głośników podczas słuchania "Through The Cracks Of Death". Jest to już trzecia płyta tych zwyrodnialców (nie licząc kompilacji dem "Urine Junkies", splitu z Machetazo i różnych siedmiocalówek), wydana przez tą samą wytwórnię, która niegdyś wydawała Autopsy, nagrana na dodatek w tym samym studiu, w którym w zamierchłych czasach został nagrany "Mental Funeral". Jest to poważniejsza płyta, od nieco wesoławego "Seminal Vampires And Maggot Men" i lepiej wyprodukowana niż "Tormented". Najlepszą rzeczą w "Through The Cracks Of Death" jest ten old schoolowy feeling oraz prostota tej muzyki. Nie jest to muzyka dla intelektualistów oraz dla ludzi lubujących się w wysmakowanych aranżacjach czy niesamowitych partiach smyczków. Pdeudo mądzry metalowcy-filozofowie niech sobie zapuszczą Dimmu, Nightwish, Children Of Bodom albo Cradle Of Filth, a prawdziwi barbarzyńcy Abscess. Całości dopełniają chore wokale molestatora perkusji - Chrisa Reiferta, morderczy bas obsługiwany przez całą trójkę i opętane solówki, które raz na jakiś czas atakują nasze narządy słuchu. Takim oto sposobem commando Reifert/Coralles/Bower zmasakrowało nasze uszy po raz kolejny. Bardzo polecam tę płytę wszystkim, gdyż jest po prostu dobra a co najważniejsze szczera, szczerość tej muzyki jest po prostu powalająca. Ja już kończe recenzję, gdyż właśnie zaczyna się najlepszy na płycie "An Asylum Below", szczerze polecam! 10/10

Abscess / Machetazo split 2001 [CD Ironia]
Chcecie żebym opowiedział wam historyjkę? Nie? A więc kiedyś w zamierzchłych czasach kupiłem sobie pewne czasopismo. Napewno nie chcecie żebym wam ją opowiedział? A więc czasopismo to zwało się Wolfpack. Chcecie żebym się zamknął, tak? W tym właśnie Wolfpacku był wywiad z zespołem Morbosidad, którego członkowie w wywiadzie co chwile używali słowa "morboso". Chcecie żebym skończył? Mi tak bardzo spodobało się owo morboso, że postanowiłem, że załatwię sobie ich płytkę. Po pewnym czasie w wyniku hulaszczego trybu życia, parunastu litrów wszelkiej maści napojów (np. Kubuś albo Pysio - bardzo smoczny sok) powaliła mi się nazwa tego zespołu. Kiedy chciałem ją sobie przypomnieć okazało się, że zgubiłęm gdzieś tą gazetę hehe. Nawet nie proście żebym był już cicho bo nie po to wam opowiadam historyjkę tak długo, żebyście nie usłyszeli zakończenia. A więc Wolfpack przepadł, nazwa zespołu też, pamiętałem tylko owo "morboso". Niedawno czytałem sobie czasopismo 7 Gates, nawiasem mówiąc zajebiste i natknąłem się tam na wywiad z Chrisem Reifertem. Pod wywiadem była dyskografia Autopsy i Abscess, w tej oto natknąłem się na split Abscess z zespołem Machetazo. Nie wiem ile Kubusiów wypiłem tamtego dnia, ale jakoś skojażyłem sobie tamto "morboso" z nazwą zespołu Machetazo. Pomyślałem sobie mrocznie "skoro bardzo lubie Abscess a i miałem ochotę po przeczytaniu Wolfpacka na Machetazo, to wypadało by sobie znaleźć tą płytkę." Trzy tygodnie później kartonik w środku którego znajdowała się płytka oraz cienka karteczka z informacjami o zespołach wylądowała lotem kołowym w mych łapach. Na płytce znajdowały się trzy kawałki Machetazo i dwa kawałki Abscess o łącznym czasie trwania około 10 minut. Lubie mini albumy i uważam, że 27-33 minuty to najlepszy czas trwania dla płyty z ekstremalnym metalem, ale 10 minut to jednak zdeczko za krótko. Ze strony hiszpańskiego Machetazo dostaliśmy trzy kawałki z epki "Vol R", której okładka bardzo przypomina pewną okładkę płyty pewnego znanego zespołu, zawierają one brutalny grind z wokalami w języku hiszpańskim, które na przemian buczą jak odkurzacz i wrzeszczą histerycznie (jak ja to lubie). Kawałki są szybciutkie i króciutkie, brzmienie nie jest idealne ale nie jest też cienkie jak dupa węża jest po prostu standardowe. Dwa kawałki Abscess pochodzą z dema "Open Wound" z roku 1998, a więc nagranego między płytami "Seminal Vampires And Maggot Men" i "Tormented". Demo to zostało wydane chwile przed ukazaniem się splitu z Machetazo przez wytwórnię From Beyond (znanej między innymi z wydania płytki Nunslaughter) na winylu. Znajdowały się na nim cztery kawałki "Leech Boy", "Open Wound", "Flesh Candy" oraz "To Die Again". Na tej płytce znajdują się tylko kawałki "Flesh Candy" i "Open Wound". Brzmienie jest, że tak powiem jak na demówke przystało - surowe, brudne czyli inaczej mówiąc fajne, a same kompozycje nie są złe chociaż zdecydowanie słyszałem wiele lepszych kawałków Reiferta i spółki. Jeszcze jako ciekawostkę podam, że na basie gra Joe Allen, który niegdyś grał w Von (ciekawi mnie czemu tylu durniów wrzeszczy jaki to ten Von nie jest kultowy znając tylko ich cover w wykonaniu Dark Funeral) i mogę kończyć tą recenzyję bo i tak wiem, że nikt tego nie przeczyta. 8/10

Anatomy "The Witches Of Dathomir" 1999 [CD Bleed]
Prawdę mówiąc to mógłbym napisać "jak kapela gra black/death i jest z Australii albo Meksyku to kupujcie w ciemno" i skończyć tą recenzję, ale w końcu nie za to mi Hex płaci. A płaci mi bardzo wiele, bo od dawna wiadomo, że jak ktoś jest w redakcji KM'u to nie musi robić nic innego a i tak żyje jak maharadża. Anatomy to jedna z wielu kapel z Australli, które grają brutalnego blacka pomieszanego z deathem z dobrym, surowym brzmieniem, które hołdują starej szkole łojenia z których muzyki zapierdala szczerością jak z murzyńskiej chaty. Włąśnie szczerość jest w tej muzyce najważniejsza bo trzysta kapel lepiej gra na instrumentach, dwieście jest brutalniejszych, siedemset ma lepsze brzmienie, sześćset jest szybszych, ale właśnie Anatomy ma fajny feeling i jest szczere i dlatego to ich płytę lubię sobie od czasu do czasu zapuścić. Nie jest to zbyt długa płyta, gdyż zawiera intro, sześć kawałków i cover mojego ulubionego kawałka wszechczasów "The Exorcist" Possessed. Oczywiście z całej płyty najbardziej podoba mi się cover, gdyż mimo że do oryginału nie umywa się ani na troche to przychodzą wspomnienia tego opętanego machania łbem przy pierwszym kawałku z "Seven Churches" hehe. Do płyty wprowadza fajne interko po którym następuje najlepszy z autorskich kawałków Anatomy z tej płyty - "Suncrusher" w którym wokalista ma jeden fajny przebłysk (przez sekundkę śpiewa, gdyż przez resztę materiału drze się niemiłosiernie). Ogólnie płytka lekko mi przypomina mi Immortala z czasów "Blizzard Beasts" z brutalniejszym, bardziej mięsistym brzmieniem, drapieżniejszym wokalem i inną tematyką tekstów. Jeżeli lubicie starą szkołę black/deatha, cenicie u kapel szczerość, lubicie australijskie granie albo po prostu macie ochotę na parę chwil młócki to bardzo polecam "The Witches Of Dathomi" o ile oczywiście uda się wam ją znaleźć hehe. 8,5/10 + order uśmiechu za świetny wybór covera.

Nunslaughter "Waiting To Kill Christ" 2002 [CD From Beyond]
Jak ja lubie tych kolesi to aż szkoda mówić, zdecydowanie jedna z moich ulubionych kapel, prościutka jak drut, prymitywna jak kop z glana w jaja, infantylna jak moje recenzje, brudna jak cmentarne robale i co najważniejsze szczera jak corne knieje. Jak ktoś zna tą kapelę to wie, że nowych kawałków się po nich nie oczekuje, tak właśnie jest i tym razem - otrzymaliśmy po raz kolejny kawałki które znamy ze wszystkich innych płyt tej kapeli tylko ze zmienionymi zapowiedziami dla których, nie kłammy kupujemy płyty tych mroczusiów. "Waiting To Kill Christ" to jest kolejna próba, czy jak kto woli "live in studio" w których Don, Jim i reszta z wielkim podnieceniem pierdoli głupoty przed piosenkami do samych siebie. Na tym wydawnictwie już na dzień dobry dostajemy "Midnight Mass" i mój ulubiony kawałek tego czad-kommando "Death By The Dead" co się święci. Są kawałki lepsze, kawałki gorsze wszystkie są prościutkie, słychać w nich cholernie dużo punka, wszystkie są króciutkie i opowiadają o rzeziach na zakonnicach, wbijaniu na pal Jezusa, trupów powstających z grobu i o ludziach którzy są opętani wizjami satanistycznych klechów hehe. Muza sama w sobie jest po prostu fajna i pal licho, że mało słychać i że brzmienie nie jest nawet w połowie tak dobre jak na np. "One Night In Hell" tą płytę po prostu bez gadania trzeba mieć na półce, choćby dla zapowiedzi które na prawde rządzą. Gwarantuje wam głową, że będziecie się śmieć jak pojebani przed każdym kawałkiem albo przynajmniej się uśmiechniecie słysząc Dona elokwentnego jak Gadający Szwed. Zajebista płyta dla maniaków barbarzyństwa i infantylizmu. Raczej dla wąskiego grona odbiorców ale w sumie co mnie to obchodzi, wy możecie se słuchać Children Of Bodom a ja wolę katować się po raz setny tymi samymi kawałkami takich kapel jak Nunslaughter, koniec i kropka. 10/10

Sargatanas "Knights Of The Soughtern Cross" 2001 [CD Barbarian Wrath]
Sargatanas to kapela z Meksyku, która gra od niepamiętnych czasów (zaczynali mniej więcej w połowie lat osiemdziesiątych) dorobiła się tylko trzech wydawnictw (w tym mini albumu, którego nie idzie nigdzie znaleźć) i dalej tuła się po podziemiu. Ja uważam, że to bardzo dobrze, mają swój kultowy status, wydają dla jednej z najlepszych podziemnych wytwórni dzisiejszych czasów a muzyce znają tylko prawdziwi maniacy takiego grania. "Knights Of The Soughtern Cross" wyszło w limitowanym nakładzie 666 ręcznie numerowanych płytek (moja ma numer 365) z których kilka jeszcze jest dostępnych przez Pagan Records, ale myślę, że jeżeli chcecie się załapać na jedną musicie się pospieszyć. Dobra przypomniałem sobie, że nie powiedziałem wam jeszcze co do chuja gra ten Sargatanas, a więc gra techniczny i wirtuozerski black metal z elementami heavy z power metalowymi rytmami i gdzieniegdzie solówką na klawiszach. Dobrze, oczywiście pierdolę ale myślę, ze nikogo by to nie obchodziło bo kto by się zainteresował jakimś zespołem z Meksyku o którym pisze jakiś cep. A więc ten cały Sargatanas gra toporny jak corne knieje death metal w średnich tępach w totalnie starym klimacie a'la Incantation czy Necrovore. To tego wszystkiego dodajmy totalną szczerość przekazu, grobowy growl Lorda Sargatanasa i wyśmienity cover "Re-Animation" Sacrifice a możemy być pewni, że nie zawiedziecie się tą płytą. Oczywiście pod warunkiem, że jesteście maniakami takiego grania, jak nie jesteście to zamiast słuchać Sargatanas wąchajcie kwiatki, walcie konia albo katujcie nową płytę Kredek. 8/10

Anima Damnata / Throneum "Gods Of Abhorrence" 2002 [CD Pagan Records]
Każdy, kto w dzisiejszych czasach chce być modny powinien sięgnąć po tą płytę, bo jak nie to koledzy się będą śmiali. Po chuj macie znać jakieś pedalskie Hellhammery, Celtic Frosty, Possessed, Nuclear Death czy inne gejowskie Necrovory jak macie do wyboru Anima Damnata - kapelę, która w wywiadach klnie! Dobra, koniec głupot bo muzycznie to całkiem niezła kapela, ale zaprawdę powiadam wam, zajebiście chce mi się śmiać widząc dwudziestego "Necrosodomic_Corpse_Molestatora" na czacie, od którego aż jebie kultem Beherit, Blasphemy, Animy Damnaty i Witchmastera, który poza tymi zespołami zna nazwy jeszcze 5, może 6 kapel hehe. Przestaje pierdolić, Pagan Records w limitowanym nakładzie 666 kopii (szkoda, ze nie są ręcznie numerowane, ale liczy się, że jest limit) wydało nowiutki materiał Throneum i demo Animy Damnaty, którego nazwa brzmi mniej więcej "Suicidal Allegiance Upon The Sacrifical Altar Of Sublime Evil & Eternal Sin" jako split CD. Anima Damnata brzmi dokładnie tak jak się spodziewałem, a Throneum zupełnie inaczej hehe. Anima Damnata mianowicie gra bardzo szybki i niesamowicie brutalny death metal w klimatach Deicide z wysoko nastrojonym werblem i dwoma wokalami. Jako, że bardzo lubię stare Deicide tak i spodobała mi się Anima Damnata, gdyż jest w tej muzyce tak charakterystyczne dla Deicide szaleństwo i brutalność. Mimo dość zabawowej otoczki kapeli w wywiadach myślę, że ich muzyka jest szczera, ale na sto procent będę pewny za jakieś dziesięć lat. Krótko mówiąc szybka i brutalna młócka, grana przez kolesi zgrabnie obsługujących instrumenty (szczególnie pałker jest niezły) + cover Beherita zagrany poprawnie, ale w związku z wielką modą na Beherit (jak zwykle każdy pierdoli jak ich kocha a płyty słyszało 5% krzykaczy) wstrzymam się z ochami i achami. Throneum natomiast panie i panowie gra naprawdę zupełnie inaczej niż się tego spodziewałem, od razu się przyznam, że to moje pierwsze zetknięcie z ich muzyką, ale po tym co usłyszałem z pewnościa znajdę sobie ich jakieś wcześniejsze materiały. Spodziewałem się brudnego, surowego black/trash w wolnych i średnich tempach w klimatach Celtic Frost czy z młodszych kapel Usurper albo Gravewurm a otrzymałem bardzo brudną i bardzo surową siekę w totalnie pojebanie szybkich tempach. Zdecydowanie bardzoej wole kapele grające w średnich tempach, ale po wysłuchaniu tego krótkiego materiału stwierdziałem, że szybkie tempa też są w porządku hehe. Throneum grają prościej od Anima Damnata, bardziej blackowo, mają dużo bardziej brudne brzmienie, dużo bardziej old schoolowy feeling no i wyglądają dokładnie tak jak moim zdaniem wygladać powinna kapela metalowa. Nie wiem czemu, ale ich muzyka troche mi przypomina Profanatikę i Havohej, jest tak samo ekstremalna. Na dodatek z coverem zajebiście trafili w me gusta, bo "Lunatic Of Gods Creation" to zdecydowanie mój ulubiony kawałek Deicide i jeden z najlepszych death metalowych utworów wszechczasów. Pernamentnie reasumując - Anima Damnata jest dobra, Throneum totalnie niszczy, dlatego wystawiam dwie oceny. 8/9,5

© Książę Palownik La Bamba