MESHUGGAH
"NOTHING"
Rwie, kopie, szarpie. Ta muza jest jak natarczywy ból zęba. Człowiek prosi o eksplozję bólu, po której nadejdzie ukojenie. Nic z tego... Będą wiercić, wkłuwać się... Lecz ulga nie nadejdzie.
Sierota się przy tym nie pobuja, gdyż brak tu jakiejkolwiek regularności. W akcie odwiecznego zagubienia dozna jeszcze większego osierocenia słuchając rytmów poskręcanych w chińskie 8. Brakuje tu trochę równie pokręconych schizo-melodyjek, które mogłyby uwolnić tę sierotę w bezopietrzną przestrzeń jego rozmytych ruchów.. Czad i moc zajmuje należne miejsce w tej wymielonej i na nowo poskładanej muzyce. Takie granie jest unikatowe. Ciekaw jestem jak długo kompozytorzy MESHUGGAH penetrowali nierozjebane dziury by wydobyć z nich tak połamane rytmy i nietuzinkowe zagrywki. Te wszystkie uderzenia w struny, bębny, stópki. Pokonując bariery wahadeł, zrzucają łańcuchy krępujące ich własne poczucie rytmiki. Nie czuję w tym jakiegokolwiek bólu twórczego, dla nich to jak najbardziej naturalne. Co ciekawe, mimo wielu tak różnorodnych temp i odrozróżnionych riffów, same utworki są jakieś takie blizniakowate, być może dlatego, że utrzymane w pewnej konwencji... Wokalista dość monotonnie wykrzykuje swoje partie. Na plus przypisałbym mu jedynie barwę, gdyż tak dziwne obrazy muzyczne, jakie tworzy meshuggah idealnie jest pokryć odpowiednią chropowatością, która naznacza jego głosssss...