*** Iron Maiden - "Rock In Rio" ***
Mój wielki boom i przerzut na mocniejszą muzykę trwa. Niedawno rozmawiałem z jakimś gościem w szkole, który okazał się być fanem Iron Maiden. Miał ze sobą 3 płyty Żelaznych i w pewnej chwili wyciągnął w moim kierunku płytę pt. "Rock In Rio". Cały uradowany podziękowałem mu, obiecałem że oddam, itd... Opuściłem 2 ostatnie lekcje, aby po kryjomu wrócić do mego zaisznego lokum, gdzie rozkoszowałem się dźwiękami... ale po kolei.
Rock In Rio to album koncertowy Iron Maiden, nagrany na koncercie w Rio De Janeiro, na którym wystąpiły również inne zespoły. Album składa się z 2 płyt, każda trwa ok. godziny. Obydwie płyty zawierają po jednym teledysku, ale nic nie mogę o nich napisać, ponieważ nie chcą mi się otworzyć:( Na szczęście pozaostała część płyty jest jak najbardziej w porządku. Od razu po naciśnięciu "Play" usłyszałem intro. To chyba jakieś średniowieczne klimaty, nic takiego. Nagle, ni stąd, ni zowąd, słyszymy jakiś riff, wspomagany perkusją. To oczywiście Wicker Man, najlepszy kawałek Ironów jaki słyszałem. Całą publiczność czynnie angażuje się w refren. Wiecie jak to jest słyszeć ćwierć miliona ludzi, otwierających gęby w tym samym czasie i spiewających "Your Time Will Come"? Od razu postanowiłem włączyć głośność na max. Dlasza część pierwszej płyty to również utwory z "Brave New World", ale przeplatane starszymi. Słyszymi między inymi "Wrathchild" i "2 Minutes To Midnight". Ten ostatni zrobił na mnie piorunujące wrażenie i wydaje mi się, że gdyby Bruce dał zaśpiewać publiczności więcej niż tylko "miiiidniiight", poradziliby sobie. Ale i tak jest świetnie. Pierwsza płta to przede wszystkim zestawienie rytmicznych, szybkich kawałków, po których następują dwie ballady: Sign Of The Cross i Blood Brothers. Chwilę potem fani wstają z podłogi, bo nadciąga Merceneary i The Trooper.
Na drugiej płycie widać ponowne zwolnienie tempa. Ale chłopaki wiedzą co robią. Najpierw przyspieszyli, później dali trochę odpocząć, następnie kawałek jazdy, aby zów odpocząć przy Dream Of Mirrors i The Clansman. Teraz przyszła kolej na bardziej klimatyczne kawałki w stylu Fear Of The Dark. Publiczność znów daje o sobie znać. Słychać długie brawa i nagle Bruce krzyczy: Scream for me Brasil! Scream for me! Bo oto następuje utwór pod tytułem... IRON MAIDEN(i wydaje mi się, że pochodzi z płyty o tymże tytule:)!!! Publika szaleje z radości! Niestety Bruce zapowiada koniec koncertu...;( Ludzie nie mogą uwierzyć i zaczynają błagać o bisy(na płycie trwa to kilka minut, ale oni tam krzyczeli znaaacznie dłużej)...
I nagle staje się rzecz niesłychana! Ironi wracają na scenę i zaczyna się recytacja... taaak, fani już wiedzą o co chodzi... recytacja księgi apokalipsy i znów popis publiczności, która chórem krzyczy "his number is 666"... tak! To jest to! Najlepszy kawałek na drugiej płycie... THE NUMBER OF THE BEAST!!! Nigdy wcześciej tego nie słyszałem, ale ta wersja wgniotła mnie w podłogę i trzymała mnie aż do końca! NIe zułęm już tego przy dalszych Hallowed By The Name i Sanctuary... Ostatnim utworem okazał się być Run To The Hills. Ironi pokazali co naprawdę potrafią i po raz kolejny rzucili mnie na ziemię! Koncert się skończył, a ja, zafascynowany jego magią, zacząłem prosić wieżę o bis!:))) Niestety był to już koniec...
Podsumowanie: polecam tę płytę z czystym sumieniem każdemu. Wersje koncertowe są świetne, zarąbiste, nie do opisania, itd. I radzę: zamiast butelki wina, czy nowego Playboya weźcie lepiej Rock In Rio!!! Poczujecie się jak na prawdziwym koncercie...
Ocena: 9+/10 (za te kawałki refrenów doklejane w studio, bo nie chciałem o tym pisać wcześniej)
PS. Ludzie, dajcie znać, kto się wybiera na koncert Ironów 9 czerwca w Katowicach? Może by tak zorganizować jakiś KM'owski wypad? Wiecie, taki zbiór czytelników KM z całej Polski? Tylko mnie chrońcie przed +iommi+'m bo jak mnie podźga tym zardzewiałym pentagramem to... a zresztą...