In Flames - The Jester Race
autor: kaReL
www.inflames.of.pl

"The Jester Race" to klasyczna pozycja w dyskografii In Flames - płyta legenda. To właśnie na niej jest najbardziej uwidoczniony styl przez wielu zwany "melodyjnym death metalem". Stanowi doskonałe połączenie klasycznego heavy metalu z potężną dawką ognistego death metalu i skandynawskiego folku. Płyta okazała się przełomowa w karierze Szwedów, pozwoliła im wypłynąć na szerokie, światowe wody i pozyskać wielu nowych fanów.

Płyta przybrana jest w mroczą szatę graficzną. Okładkę autorstwa Andreas'a Marshall'a po raz pierwszy zdobi maskotka zespołu - Jester. Od wydania debiutu upłynęły tylko dwa lata, a w zespole zmieniło się wiele. Kontrakt z Nuclear Blast gwarantujący większy rozgłos, a także pojawiła się, tak bardzo potrzebna, pewność siebie, która była w owym czasie motorem napędowym zespołu.

Album ten jest wiarygodnym przykładem niezwykłych zdolności kompozytorskich Jespera. Ale nie należy zapominać, że zespół to nie tylko ta jedna persona, to także Bjorn - wtedy jeszcze perkusista!, Glenn Ljungstrom - drugi po Jesperze geniusz gitary oraz Johan Larsson - basista. A także co najważniejsze - debiutujący w szeregach In Flames Anders Friden - utalentowany wokalista.

Tak jak i okładka również i muzyka jest bardzo mroczna i nieco rozmarzona - na tym albumie zostało zaprezentowane jedyne w swoim rodzaju połączenie death metalowych riffów i akustycznych, folkowych fragmentów, a wszystko to okraszone głębokim growlem i "dziewiczymi" solówkami. Najbardziej reprezentatywnymi utworami są dla mnie "Artifacts of the Black Rain" z motorycznym riffem,"Lord Hypnos" z genialną wstawką mniej więcej w środku kompozycji, a także "December Flower" - jeden z najszybszych kawałków na płycie, w którym nie brakuje wspomnianych wcześniej solówek. Nieco odmienny od reszy, pełen optymizmu, radości jest jeden z dwóch instrumentalnych kawałków, a mianowicie "Wayfaerer", w którym solówki gitarowe zostały zastąpione klawiszowymi, co dało interesujący efekt. Całość kojarzy mi się z metalem progresywnym, gdzie takie smaczki są dosyć często spotykane. Ciekawostkę stanowią utwory: "Dead Eternity" - znany z wcześniejszych dokonań zespołu, tutaj ze zmienioną troszkę muzyką i z o niebo lepszym brzmieniem, a także kończący płytę "Dead God In Me". Ten ostatni to nic innego jak "The Inborn Lifeless", tylko z nowym tytułem i w innej aranżacji.

Jeśli chcesz dowiedzieć się skąd pochodzą korzenie melodyjnego death'u i jakie były początki tego stylu koniecznie zapoznaj się z tym albumem. Masz w końcu doczynienia z pionierami gatunku, a to już chyba wystarczająca rekomendacja.


Ocena: 9/10