HALFORD - "RESURRECTION"


Wreszcie Bóg Metalu przemówił. Po nieudanych płytach nagranych z kapelami Fight i TWO, Rob Halford nagrał swoją pierwszą solową płytę, która odniosła niebywały sukces. Przede wszystkim dlatego, iż zaprezentowana na tym albumie muzyka to mocny i stanowczy heavy metal z najwyższej światowej półki. A utwory są boskie (jak przystało na Boga). Są szybkie, energetyczne, jest jedna ballada ("Silent Screams"), ale w końcu nabiera tempa i jest czad nie z tej ziemi. Wg mnie jest to najlepszy (też najdłuższy, ponad 7 min.) kawałek na płycie. Album zaczyna się od tytułowego utworu "Resurrection" z tajemniczy początkiem, zaraz potem - jazda na maxa. Utworu nie dość że wykonywane przez najlepszego obok Dickinsona wokaliście metalowego, to jeszcze uświetnione solówkami gitarowymi Mike'a Chlasciaka, który udowadnia swoją niepodważalną klasę.

Wspominałem o Dickinsonie.. Otóż w utworze nr 6 na krążku: "The One You Love To Hate" gościnnie występuje właśnie "krzykacz" Ironów. Jak już pisałem muzyka zaprezentowana przez Halforda i jego kapelę to klasyczne heavy. Ale jeszcze jak genialne. Tej płyty można słuchać i słuchać, "on and on" jak mówią Anglicy. Ja sam wałkuję ją po kilka razy dziennie. Właściwie nie ma słabego kawałka, ale tak na uparciucha można coś zarzucić ostatniemu "Saviourowi". Poza tym wiele krążkowi nie brakuje do ideału. A płyta powinna się spodobać każdemu fanowi metalu, no może nie koniecznie tym z odchyłem gotyckim... Halford czadzi, wymiata, rozwala i nie daje o sobie zapomnieć. Zachęcam was gorąco do kupna tego albumu, echh.. jest niezwykły, refreny wpadają w ucho i długo tam pozostają. Ja już szykuje kasę na koncertówkę "Live Insurrection" i wam też radzę, zresztą niedługo może podeślę recke...

Ocena: +9/10


© Faust