JERZY PILCH - TYSIĄC SAMOTNYCH MIAST
Ostatnio skonstatowałem ze smutkiem, że zbyt dużo do "Książek" to ja teraz nie piszę.
"Jeśli jest skutek, to musi być i przyczyna!" stwierdziłem nieoczekiwanie - jak na mnie - logicznie i rozpocząłem jej poszukiwania. Rozpocząłem od kwestii technicznej ("może mi klawiaturę ukradli?"), później zająłem się sprawami osobistymi ("kocha - nie kocha - koch..."), by dojść wreszcie do zagadnień teologicznych ("Bóg tak chciał?"). Przez chwilę rozważałem też winę Żydów i cyklistów, ale wkrótce odrzuciłem ją jako zbyt otrzaskaną. Nie poddawałem się jednakże i wkrótce odnalazłem mą przyczynę. Czemu ostatnio nie piszę recenzji? Po prostu nie czytam.
Ano, tak się w moim życiu porobiło, że na czytanie wiele czasu to ja nie mam. Generalnie zostałem takim literackim impotentem: choćbym chciał, to nie mogę. I żadna pastylka tu nie pomoże - wprost przeciwnie. Jedynym, co może wrócić mnie literaturze jest stara dobra influenza. Grypa znaczy.
Właśnie dzięki tej chorobie (którą nomen omen w chwili pisania tej recenzji posiadam, i to na 37,8*C) udało mi się zakończyć lekturę "Tysiąca samotnych miast". Lekturę, co zaznaczyć trzeba, może niełatwą, ale przyjemną.
Bohaterów powieści mamy trzech: Jerzyka, młodzieńca u progu wszelkich dojrzałości, ojca tegoż, człowieka dość racjonalnego, oraz pana Trąbę, alkoholika bez przyszłości. Trójca ta do świętych co prawda nie należy - ale ma takie aspiracje! Za sprawą błyskotliwego umysłu pana Trąby bowiem (a pośrednio także za sprawą delirium goszczącego w tym błyskotliwym umyśle), bohaterowie nasi mają okazję stać się wybawicielami ludzkości.
Zgładzić wszak chcą tyrana. Chcą ubić cerbera, pokonać minotaura, łeb urwać hydrze. Bruk spłynie krwią Glaurunga, upadnie Kraken, w proch obróci się wywerna. I nastaną dni szczęścia i chwały...
W małym luterańskim miasteczku przygotowywany jest zamach na I sekretarza PZPR, Władysława Gomułkę.
Tyle fabuły, czas rzec coś o stylu, choć rzecz coś o nim dość trudno. Książka pisana jest bowiem stylem, jakkolwiek pływacko by to nie zabrzmiało, zmiennym. Wiele jest w książce "fraz pięknych i nagrody godnych" - lecz z drugiej strony znajdują się też w niej porównania i parabole haczące dość mocno o grafomaństwo. I choć nie wątpię, że jest to zabieg celowy, to na mnie się on, mówiąc prozaicznie, nie podoba.
Ale choć powieść ta nie jest bez wad, to z dziwną trudnością odkładam ją na półkę. Co oznacza, że nie minie wiele czasu i znów po nią sięgnę.
Oczywiście, jeśli będę miał czas.