PHILIP K. DICK - "Trzy stygmaty Palmera Eldritcha"
Świat się kończy! Armageddon! Apokalipsa! Sodoma i Gomora! Dick napisał książkę, która mi się nie spodobała! - Tak myślałem po dotarciu do połowy omawianej powieści.
Chwilkę, moment...
Zasady Sawłar Wiwru wymagają, żeby choć przedstawić przedmiot rozmów przed jego zniszczeniem w oczach towarzystwa, a ja cham, jak się pewnie orientujecie, nie jestem. Mili (szanowni, drodzy, dystyngowani etc.) państwo - oto "Trzy stygmaty Palmera Eldritcha", powieść opowiadająca o przygodach (doprawdy, takie przygody że, psze państwa, z nudów można kawior z jesiotra zwrócić nosem, jeśli oczywiście ktoś tyka takich plebejskich potraw) Barneya Mayersona, jasnowidza zajmującego się poniekąd modą... Wybaczcie, drodzy czytelnicy, ale nie będę rozwadniał się nad fabułką, gdyż takie szacowne towarzystwo mogłoby mnie posądzić o - a fe! - zdradzanie zbyt wielu szczegółów! N'est-ce pas? Przejdźmy zatem do sali bankietowej... Ops! Pardon! Do rzeczy, naturalnie! Sil vous plait, tędy, wprost do następnego akapitu...
Voila! Korzystając z okazji, chciałbym poinformować o nudzie, jaka ogarnia podczas poznawania przygód monsieur Barneya. Niepodobna, żeby Dick napisał nudną powieść! - zakrzykniecie, lecz w istocie powieki ciążą niezmiernie w trakcie lektury. Jeślibym miał zniżyć się do poziomu plebsu, użyłbym wyrażenia "książka jest nieciekawa, choć ma plusy". Lecz to takie pospolite...
Wyrażę, się tak: żywię ambiwalentne uczucia co do "Stygmatów". Z jednej strony, psychodeliczny klimat poprzednich (i następnych) powieści Dicka znajdziemy i tu, lecz z drugiej sporo tu podobieństw do innych - lepszych - dzieł tego autora. Przedstawiony świat jest bezduszny. On po prostu istnieje - i nic poza tym. Nie ma się wrażenia przebywania z nim. Nie wiem, co jest tego powodem - być może nieprawdopodobne założenia, lecz przecież to właśnie je tak umiłowałem choćby w "Ubiku"... Może też być bezludność - właściwie poza kilkoma głównymi bohaterami nie spotkamy tu nikogo innego. Nawet skąpe opisy ulic nic nie wspominają o ludziach... Ja rozumiem, że w tej historii Ziemia jest raczej niechętnie zamieszkiwanym miejscem, ale - na Boga - to nie papierowy sitcom z kilkoma aktorami na krzyż!
Mimo wszystko, jeśli przemóc się i dotrzeć do końcówki, nagle okazuje się, że było warto. W niej to bowiem zostają poruszone tematy oscylujące wokół teologii, a rozmowy bohaterów naraz stają się inteligentne i powodują, że czytelnik budzi się z letargu. Jednakże: skoro końcówka jest znakomita, po co tworzyć idiotyczny początek? Tym bardziej, że nie ma on; powtarzam - nie ma on niemal nic wspólnego z zakończeniem! W praktyce, gdyby przeczytać jedynie ostatnie pięćdziesiąt stron, niewiele umknęłoby nam fabuły, a przynajmniej uniknęłoby się nudy.
Podsumowując, jeśli ktoś zna już prozę Dicka, może się skusić i na "Stygmaty". Początkującym nie radzę zabierać się za tą powieść, gdyż zawiła jak stylisko maczety historyjka może zniechęcić do jego książek. Doprawdy, nie wiem co wstąpiło w pana D. A właściwie to wiem, ale nie chcę tego przyznać. "Stygmaty" zostały napisane tylko dla pieniędzy... Więc jeśli chcecie powiększyć konto wydawcy - zapraszam! Tymi smutnymi słowy pożegnam was, drodzy czytelnicy. Orevoir!