Brian Herbert, Kevin J. Anderson - Ród Harkonnenów
Zdarzyło się pewnego razu, że moja skromna osoba pojawiła się w Empiku. Jak zwykle w takich sytuacjach udałem się do szerokich półek, na których stały piękne, kolorowe książki. Tym razem byłem przy większej kasie, toteż mogłem pozwolić sobie na chwilę szaleństwa. Po krótkiej chwili wybrałem sobie dwie pozycje. Całkiem usatysfakcjonowany odwróciłem się i miałem zamiar udać się do kasy. Jednak w ostatniej chwili zatrzymał mnie mój towarzysz, który tak jak i ja znalazł się w tym miejscu. Gdy już ruszyłem do drzwi, nagle usłyszałem jego głos: " Ooo, co to? Ród... Harkonnenów?"
Stanąłem jak wryty. Ta nazwa od razu znalazła miejsce w moim umyśle. Szybko odwróciłem się zdziwiony. Pytam: "Gdzie, gdzie?!" O jest, rzeczywiście! Jak to się stało, że z tylu tytułów wypowiedział właśnie ten? Ja jednak nie zastanawiałem się długo. W sumie nawet nie spojrzałem na okładkę. Ale co z tego? Nie ma siły, biorę.
Słowo daję, pierwszy raz zdarzyło mi się coś takiego. Zwykle długo zastanawiam się przed kupnem. Jednak takiej okazji się nie przepuszcza. Ale może najpierw kilka słów wstępu (co?! No to co ja dotąd napisałem?) dla tych, którzy nie mają pojęcia, czym jest "Ród Harkonnenów".
Jest to kolejna część preludium do Diuny, słynnego cyklu sf, napisanego przez Franka Herberta, ojca jednego z autorów. "Diuna" osiągnęła wielki sukces i posiada bardzo liczne grono wiernych fanów. Oczywistym wydaje się, że po pewnym czasie inni pisarze postarają się wydębić od nas kolejne złocisze ;). Brian Herbert i Kevin Anderson postanowili uraczyć nas opowieścią poprzedzającą o kilkadziesiąt lat pierwszą część cyklu. W Polsce jak dotąd ukazały się dwa tomy preludium. Pierwszym był "Ród Atrydów", który - muszę to przyznać - naprawdę przypadł mi do gustu. Może nie równał się z dziełami pana Franka (zresztą był zupełnie odmienny od innych Diun, co zresztą było jedynym sensownym rozwiązaniem. Próba naśladownictwa na pewno zaowocowałaby niesamowitym kiczem), jednak jego lektura była naprawdę przyjemna i warta poświęconego czasu. Dlatego bez zastanowienia zasiadłem do kolejnej części. Teraz krótko postaram się przedstawić fabułę, dlatego ci, którzy nie przeczytali jeszcze "Rodu Atrydów", a mają taki zamiar i nie chcą psuć sobie zabawy, najlepiej zrobią, gdy opuszczą następne cztery akapity.
Na pustynnej Arrakis cesarski planetolog, Pardot Kynes, kontynuuje swój plan geologicznego przekształcenia planety. Pomaga mu w tym jego młody syn, Liet. Ojciec przygotowuje go do przejęcia tej funkcji w przyszłości.
Na planecie Ix, nazywanej teraz Xuttuh, Tleilaxanie jako najeźdźcy kontynuują Projekt Amal, którego celem jest sztuczne zsyntetyzowanie największego bogactwa Cesarstwa - melanżu. Jednak słabym postępem pracy zaniepokojony jest Imperator Szaddam IV, który ma znaczne udziały w projekcie. Dodatkowo Tleilaxanie nękani są przez niewielkie, partyzanckie akcje, prowadzone przez tych, którzy nie poddali się władzy okupantów. Jednym z nich jest C'tair Pilru, syn ambasadora, którego brat został Nawigatorem Gildii Kosmicznej.
Ród Harkonnenów, któremu przewodzi baron Vladimir, ciągle dzierży Arrakis jako lenno. Jednak baron ze strachem obserwuje niezrozumiałe tycie własnego ciała. Za w szelką cenę próbuje poznać przyczynę takiego stanu rzeczy. Jego choroba związana jest z zakonem Bene Gesserit, który kontynuuje swój plan stworzenia Kwisatz Haderach, który jest już bliski ukończenia.
Na Kaladanie, pod opieką księcia Leta Atrydy, przebywają dzieci earla Verniusa, Kailea i Rombur, którzy muszą korzystać z azylu. Książe wysyła także jednego ze swoich najlepszych i najbardziej oddanych sług, Duncana Idaho, do Szkoły Ginazów, gdzie tamten ma stać się Mistrzem Miecza.
Trzeba powiedzieć, że fabuła nie wygląda zbyt zachęcająco. Jest powolna, nie tak rozbudowana, mało ciekawa i... jakaś taka mdła. Właściwie można by powiedzieć, że dzieje się bardzo niewiele. Ale co dziwne: i tak czyta się dobrze! Mimo niezbyt ciekawej akcji nie czułem potrzeby odłożenia książki. Wniosek z tego taki: lepiej nie oczekiwać rewelacji. Jednak przy właściwym podejściu można całkiem dobrze się bawić. Zdaję sobie sprawę, że wielu uzna tą książkę za nudną. Nie będę się z nimi kłócił, bo, szczerze mówiąc, łatwiej zrozumieć mi ich niż siebie. Ogólnie jestem jednak na "tak".
Różnica między dziełami Franka i jego dwóch fanów jest bardzo duża. "Rody" to przede wszystkim inny ciężar gatunkowy. Zupełnie inny pułap. "Ród Harkonnenów" to nieskomplikowana zabawa, przy której można odpocząć. U Franka bardziej liczyło się myślenie, co dawało o wiele więcej satysfakcji. Tutaj tego nie uświadczymy. Panowie Herbert i Anderson bardziej postawili na akcję i ciekawy rozwój wypadków. Dla jednych może być to minus, ale mnie zbytnio nie przeszkadzało. Nie jestem jakimś zagorzałym fanatykiem Diuny, choć bardzo mi się podobała. Dlatego przyjemnie było wrócić do starych, lubianych bohaterów, nawet jeśli to już nie ta sama Diuna (bo bardzo dużo do niej brakuje).
Jedna rzecz woła o pomstę do nieba. Przy wprowadzeniu do akcji postaci Gurneya Hallecka, wojownika i trubadura, autorzy spróbowali swoich sił w "poezji". Boże, widzisz, a nie grzmisz! Po przeczytaniu tych "tworów" aż gorzko robi się człowiekowi w ustach. Lepiej już byłoby darować sobie te wyczyny. Zdaję sobie sprawę, że autorzy uznali je za potrzebne i napisali je na miarę swoich możliwości, ale zawsze można było jakoś inaczej wybrnąć z tej sytuacji. Bo jakoś nie wydaje mi się, że Gurney swoich słuchaczy zachwyciłby taką sztuką. Naprawdę, za te pioseneczki duży minus.
Jeszcze słówko o tłumaczeniu, którego podjął się niejaki Ładysław Jerzyński. Nie mam dowodów, ale głowę (i wiecie co ;)) daję sobie uciąć, że to pseudo p. Łozińskiego, tak dobrze znanego fanom Tolkiena, który już widać nie ma odwagi podpisać się własnym imieniem. Bo przecież te dwa nazwiska są łudząco podobne (Jerzy - Jerzyński, Ładysław - Łoziński.)! I styl przekładu jest porównywalny. Bo trudno mi też uwierzyć, że jest drugi człowiek na świecie, który z Fremenów zrobi Wolan, a z czerwi piaskale. Tym bardziej, że Łoziński przekładał na polski wcześniejsze części Diuny.
Podsumowanie: "Ród Harkonnenów" na pewno nie jest ideałem. Jednak czyta się dobrze. Po "Rodzie Atrydów" liczyłem może na trochę więcej, ale i tak jestem zadowolony. Ogólnie pierwsza część podobała mi się bardziej, jednak druga także przypadła mi do gustu. Choć mam niejasne wrażenie, że panowie zaczynają pisać na siłę, tylko po to, aby odebrać kolejne honoraria. Nie będę reklamował "Rodu Harkonnenów" jako rewelacji, bo i na to nie zasługuje, ale uważam, że warto przeczytać. Fanów Diuny może zniesmaczyć takie "świętokradztwo", ale mnie się podoba. W skali szkolnej stawiam czystą czwóreczkę. Odejmując punkty za słabą fabułę i grafomańskie wiersze zostaje powyższa ocena.