FRANK HERBERT - "Diuna"

Nie odkryję Ameryki, jeśli napiszę, iż doskonałość jest nie do zdefiniowania, ponieważ jest sprawą czysto subiektywną. Dla mnie na przykład doskonałe są górskie i tropikalne krajobrazy, muzyka orkiestralna, deszczowa pogoda... Ale również mniejsze rzeczy; szczegóły, rzekłbym. Piosenki Queenu; dowcipy grupy Monty Pythona; imię Julia, na punkcie którego mam chyba jakąś obsesję; powieść "Diuna"...

Zacznijmy recenzję nieco inaczej, bez zbędnych i sztywnych wprowadzeń w świat fabuły. Chciałbym, przedstawiając ją, jednocześnie powiedzieć czemu zaliczam "Diunę" do rzeczy doskonałych. Wiadomo, że recenzje są wyłącznie subiektywne, dlatego też możecie się ze mną nie zgodzić, ale...

Historia przedstawiona w powieści jest dokładnie tym, o czym nie chciałbym wiedzieć. Nie, źle. Jest tym, czego nie chciałbym przeżyć. Takie małe nemesis... Jestem typem osoby, która ponad słoneczną pogodę przedkłada rzęsisty deszcz - tego w "Diunie" nie ma. Nie ma rozległych, zielonych krajobrazów. Nie ma tego, co mnie fascynuje, a zamiast tego jest rzecz odrzucająca - polityka. A od niej uciekam, jak od pożaru. Są knowania, zdrady, sojusze, rozejmy i wojny, rzeczy niezbyt przyjemne i takie, o których nie przepadam czytać.

Mimo wszystko "Diuna" mnie zafascynowała. Być może własną nieprzewidywalnością, może sugestywnym sposobem narracji. Niewątpliwie, Herbert był doskonałym prozaikiem, przewyższającym stylem większość znanych mi pisarzy. Tak, drodzy Tolkienowicze, przy rozmachu jego dzieła "Władca pierścieni" wydaje się prostą, nieskomplikowaną i naiwną opowiastką. Trzeba również przyznać, że Amerykanin wiedział co i o czym pisze (która to cecha jest dziś niezwykle rzadka). Wykreowany świat ma swoją historię, a jego mieszkańcy - przyzwyczajenia, obrządki i rytuały, a nawet logiczne powody motywujące ich do takiego, a nie innego działania. Całe uniwersum "Diuny" jest ogromne i nie ogranicza się jedynie do tytułowej planety.

Inną przyczyną zauroczenia książką jest pełna identyfikacja z jej bohaterami. Czy tymi dobrymi (niewielu ich, oj, niewielu... na dodatek zbyt wielkiej roli nie odgrywają), czy też złymi, bądź "szarymi", którzy według pewnego pana co miał wąs i zgolił, a potem znów zapuścił, nie mają prawa istnieć (nie ma dla nich miejsca, ot co). Charaktery są wyraźnie zarysowane, lecz nie na tyle, aby o każdym wiedzieć absolutnie wszystko. To jest właśnie ich siła, którą posługują się także w swoim - papierowym - wymiarze. Niewiedza. Można ją znakomicie wykorzystać, np. do wprowadzenia wroga w błąd albo do bardziej błahej rzeczy - zupełnego zaskoczenia czytelnika...

Nie bez znaczenia są słowa, jakie padają z ust herosów. Dialogi nie skrzą się humorem, a w co drugim zdaniu nie znajduje się refleksja na temat życia. Jeśli jednak spojrzeć na rozmowy z szerszej perspektywy, można zauważyć doskonale przemyślaną koncepcję autora, który zawarł morał (czy to dla bohatera, czy dla czytelnika) w niemal każdej konwersacji. Przygotował Herbert także krótkie, treściwe "złote myśli", warte zacytowania w wielu sytuacjach.

A o czym traktuje "Diuna"? O tak wielu rzeczach, że trudno wymienić choć część z nich. Mamy młodego księcia, pustynną planetę pełną bogactwa, przepowiednię jej dotyczącą, religie, wierzenia, marzenia tłumów i marzenia jednostek... Wszystko to rozsądnie się z sobą przeplata, tworząc nieprzerwaną linię wydarzeń wynikających z siebie. Nic nie dzieje się z przypadku. Wszystko ma swoją przyczynę, początek i koniec.

A szkoda...

Szkoda, że "Diuna" jest tak krótka. Nieco ponad sześćset stron pewnie sprawi, ze wiele osób nawet po nią nie sięgnie, lecz kiedy już zostaniemy przykuci do książki, ta papierowa cegła wyda się zadziwiająco mała... Choć może to skutek poświęcania jej każdej wolnej chwili? Chyba tak... W końcu dzięki książce Herberta darowałem sobie kilka klasówek, spóźniłem się na parę lekcji a inne przeznaczyłem na czytanie...

Jeśli miałbym wymienić wady powieści, to... Zostawiłbym pusty akapit. Jedyna uwaga tyczy się - jak to zwykle bywa - tłumaczenia. Jego niekonsekwencji, mianowicie. Niektóre nazwy własne bywają zadziwiająco zmienne - raz sztandarowy diunidzki rekwizyt zwie się krysnożem, a kiedy indziej - krysonożem, itp. Lecz zwalmy to na karb rozmiarów powieści - przy opasłym tomiszczu mogą zdarzyć się pojedyncze wpadki.

"Diunę" polecam każdemu, kto choć trochę interesuje się gatunkiem sf lub fantasy. Także ludziom, których fascynują dworskie intrygi i polityka. Osobom starym, młodym; kobietom i mężczyznom. I dzieciom. To należy przeczytać.

military