|
|Droga do Zatracenia|
Kino światowe ma to do siebie, że podlega okresowym prądom, czy tendencjom. Ostatnimi czasy stało się to szczególnie widoczne. Renesans, za sprawą "Chicago", przeżywa musical. Telewizja co rusz serwuje powtórki, choćby "Jesus Christ Superstar", a i na wielkim ekranie możemy spodziewać się nowych produkcji tego typu. Wspomnę chociaż o powstającym pod okiem Joela Schumachera dziele pt. "Upiór w operze".
Podobnie sprawa się ma z komiksami. Batman od dawien dawna święci tryumfy, niedawno dołączył do niego "Spiderman". Należy jeszcze wspomnieć o takich tyułach, jak "Daredevil", "X-Men", czy "Hulk". Jak widać, ekranizacje komiksu stały się bardzo popularne. Trend ten szybko jeszcze nie wygaśnie, gdyż już zapowiadane są sequele niektórych z powyższych, oraz całkiem nowe projekty.
Dziwić zatem może fakt, iż podczas tegorocznej Gali Oscarowej praktycznie brak było reprezentantów komiksu. Sensu stricte oczywiście. Owszem, pojawił się Spider-Man, ale furory nie zrobił. Znalazł się jednakże jeden film, który powstał na podstawie komiksu. Nie była to po prawdzie produkcja w stylu powyższych herosów, jednakże wywołała podobne poruszenie. Komiks Maxa Allana Collinsa pojawił się w 1998 roku wzbudzając zaintersowanie wśród szerszych kręgów. Bowiem trzeba Wam wiedzieć, iż amerykański przemysł komiksowy jest nad wyraz rozwinięty. Gatunek ten wyrósł w USA niemal do rangi narodowego dziedzictwa. Nie dziwi zatem fakt, iż niebanalną historią o gangsterze na usługach mafii zainetersowała się w końcu "fabryka snów".
Jakoś się złożyło, że przegapiłem "Drogę do Zatracenia", gdy ta święciła tryumfy na afiszu. Wstyd się przyznać. Ale błąd szybko naprawiłem. Z pomocą przyszedł oczywiście znajomy właściciel wypożyczalni kaset wideo. Starał się nawet zachwalać film, ale ja się nie dałem - po prostu, z góry wiedziałem z czym mam do czynienia. Wszak Oscar za zdjęcia nie chodzi piechotą, a nominacji do tegoż za muzykę, scenografię, czy choćby dźwięk, bynajmniej nie można kupić w supermarkecie.
Pięć nominacji do najważniejszej, jak się zdaje, nagrody filmowej, z których jedna - za najlepsze zdjęcia - zaowocowała statuetką, niewątpliwie świadczą o klasie filmu. Wynik bardzo dobry, zważywszy iż konkurencja, z tych czy innych powodów, była mocna. Jednakże na sukces "Drogi do Zatracenia" złożyła się doświadczona ekipa techniczna, wspaniali aktorzy, oraz doładność i dbałość o każdy szczegół z ich strony, dlatego obraz roztoczony przez Sama Mendesa urzeka.
Jak zauważył kiedyś Qn'ik, Tom Hanks to jeden z najbardziej niedocenianych aktorów.
To, że jest utalentowany jest faktem bezspornym. Praktycznie nie przypominam sobie obrazu, w którym nie pokazałby drzemiących w nim możliwości aktorskich. Jako aktor ewoluował - od ról mniej poważnych, młodzieńczych ("Duży"), przez obrazy romantyczne ("Masz Wiadomość") i przekrojowe (choćby "Forest Gump") aż do omawianej tutaj, dość nietypowej dla niego roli Michaela Sullivana.
Osobnik ten, co tu dużo mówić, jest płatnym zabójcą na usługach mafii. I to nie byle jakiej. Bowiem akcja "Drogi..." dzieje się w latach 30, m.in. w Chicago, kiedy to miastem niepodzielnie rządził Al Capone. Nawiasem mówiąc, mimo wybudowania przestępczego imperium i trzymania w szachu praktycznie całego miasta, został skazany za niepłacenie podatków. Tło, w którym przyszło obracać się postaci animowanej przez Hanksa przybliżyłem tutaj celowo. Sceneria ta spełnia w filmie zasadniczą rolę. Raz, że dodaje specyficznego smaku produkcji, dwa, że możliwości, jakie stwarza dla pierwszoplanowego aktora są olbrzymie. Sullivan jest postawiony w bardzo trudnej sytuacji. Z jednej strony chce zapewnić godziwy byt swej rodzinie, z drugiej zachować lojalność wobec przełożonych. Ten wewnętrzny rozdźwięk jest przyczyną niepewności i swego rodzaju zakłopotania wobec sytuacji, w której jego syn dowiaduje się czym para się jego rodzic.
Istotą roli Toma Hanksa jest ukazanie dramatu samotnego człowieka. Jednostki, niekoniecznie dobrej, która utraciła prawie wszystko co dobre. Człowiek ten miota się z bagażem uczuć, często sprzecznych, mając cel - pomścić zamordowaną rodzinę, a jednocześnie uchronić ocalałego syna od podobnego losu. Wahlarz uczuć, jakie kierują jego postępowaniem aktor przedstawia nader wyraziście, przez co jego postać jest realna. Nabiera swego rodzaju charakteru - zadziorności, jakże charakterystycznej dla tamtych czasów, i rzeczywistych kształtów posłańca śmierci. Co ważne, nadal jest kochającym ojcem i małżonkiem. Nie zapomina o lojalności wobec szefów, ale nie zapomina także o lojalności wobec rodziny. Ale gdy ci pierwsi się od niego odwracają, rozwiązanie jest tylko jedno...
Bohater grany przez Lude'a Law, jest równie sugestywny. Spokojny człowiek, wyrachowany gracz i manipulator. Mądry, honorowy, przezorny. Typowy, charyzmatyczny przywódca miejscowego ramienia mafii. Osią filmu są stosunki pomiędzy nim a Sullivanem. Początkowo darzą się należnym szacunkiem. Mało tego - "wujek" traktuje wszystkich, w tym rodzinę Michaela, jak krewnych. Stwarza więzi emocjonalne, dzięki którym łatwiej kontrolować podwładnych. Jednakże gdy sytuacja się komplikuje, nie waha się wydać wyroku. Postawa taka musi prowadzić do kofrontacji.
Film przedstawia ją na kilku płaszczyznach. Z jednej strony jest to pojedynek fizyczny - chęć dokonania obowiązku głowy rodziny, czyli pomszczenie śmierci najbliższych. Z drugiej zaś, jest to pojedynek honoru, charakteru, postawy. Akt fizycznej śmierci przyjmuje tutaj wymiar oczyszczenia i oderwania od przeszłości. Jest dopełnieniem, szansą na normalne życie dla dziecka. Stając naprzeciwko siebie, Hanks i Law przekazują nam esencję wartości, jakie kierowały ówczesnych ludzi spod ciemnej gwiazdy. Ukazują, iż byli oni świadomi swej przegranej pozycji. Wiedzieli kim są, jednak gdzieś tam, w głębi serca byli zupełnie inni. Wymowa ta jest szczególnie widoczna w dialogach pomiędzy nimi.
Trzecim z wielkich tego filmu jest Paul Newman. O ile bunt wobec przełożonego miał wymiar bardziej psychologiczny, co ukazał doskonale Hanks, o tyle pojedynek z najemnym zabójcą jest konfrontacją dwóch morderców. Z tym jednak, że Sullivan jest obdarzony ludzkimi odruchami, zaś jego przeciwnik przeraża zimnym, psychopatycznym podejściem do spraw śmierci. Sprawia wrażenie odartego z człowieczeństwa degenerata, dla którego śmierć jest środkiem samym w sobie a także niekłamaną przyjemnością oraz źródłem wrażeń artystycznych. Postać ta została przez Newmana opracowana na tyle dobrze, że był nominowany do Oscara, jako najlepszy aktor drugoplanowy.
Złota statuetka przypadła za to "Drodze do Zatracenia" za zdjęcia. Conrad L. Hall spisał się wyśmienicie. Kamera majestatycznie prowadzi widza przez scenografię lat trzydziestych.
Znakomite ujęcia, podkreślające klimat gangsterskich porachunków są tym, co chciałoby się widzieć w każdej produkcji.
Szczególnie utkwiła mi w pamięci jedna scena. Michael Sullivan stojąc w strugach deszczu, kosi Tommy Gunem najpierw całą obstawę, by na końcu zająć się "głową rodziny". Choćby dla tej sceny warto obejrzeć film - ja sam delektowałem się nią co najmniej dziesięć razy. Ciemny zaułek, nieprzerwany strumień wody padający z ciemnego nieba. Ciemność. Błysk. Osuwające się na bruk ciało. Błysk. Kolejne. Coś wspaniałego. Nad finalnym efektem tych kadrów pracował cały zespół, jednakże trzeba przyznać, iż zdjęcia są tu rewelacyjne.
Naprawdę rzadko się zdarza, żeby coś tak zapadało w pamięć. Kadry, z których zbudowana została powyższa scena należą do najlepszych.
Gdy oglądałem rozdanie Oscarów, posążek za najlepszą muzykę nie wzbudził we mnie żadnych emocji. Co najwyżej chłodną obojętność. Owszem, słyszałem (częściowo) ścieżkę Fridy - była dobra, jednakże wtedy nie miałem do czego jej odnieść. Jak to się mówi, punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia, dlatego teraz, z ręką na sercu mogę powiedzieć, że decyzja
członków Akademii była błędna. Tło muzyczne "Drogi...", autorstwa Thomasa Newmana jest jednym z najlepszych, jakie słyszałem w życiu. Żywe, salonowe partie fortepianu, czy zlewające się z deszczem motywy, jak ten przygrywający podczas wyżej opisywanej sceny. Bo trzeba Wam wiedzieć, że muzyka była obecna jako jedyna. Obraz i muzyka - nic poza tym. Efekt jest piorunujący. W ogóle temat deszczu przewija się w filmie dość często i towarzyszy kluczowym scenom, a muzyka jest tak doskonale zespolona z obrazem, że widz nie wyobraża sobie, iż może być inaczej.
Sam Mendes, znany chociaż z reżyserii jednego z moich ulubionych filmów - "American Beauty" - po raz kolejny pokazał co potrafi. A potrafi naprawdę wiele. Podjął się próby wskrzeszenia czasów specyficznych. Czasów, w których przemoc, morderstwa i handel towarem prohibicyjnym egzystowały na równi z Bogiem, miłością do rodziny, wiernością sobie. I udało się - film żyje własnym życiem, poszczególne sceny eksponują każdą myśl głównych bohaterów, a obraz, jako całość, uderza swą wymową. Wątek bezwzględności przestępczego świata egzystuje tu na równi z płaszczyzną tragizmu. Motywy te w żadnym wypadku nie przesłaniają się. Wprost przeciwnie - ich złożoność i doskonałość wynika ze wzajemnego przenikania. Główny bohater jest postacią tragiczną. Jeśli wybierze wierność zleceniodawcom, umrze cała jego rodzina, w niebyt odejdzie wszystko to, co uważał w sobie za pozytywne. Jeśli zaś się im sprzeniewierzy - zginie. Szansę na odkupienie widzi jedynie w uchronieniu syna od podobnego losu.
Tytuł "Droga do Zatracenia" nabiera tu wielopoziomowego znaczenia. Można go interpretować zarówno zgodnie z fabułą, jak i na poziomie psychologicznym, z perwspektywy całości. Obraz Mendesa można traktować jako tragiczną historię przestępcy, w którym egzystują poczucie honoru i wierności bliskim, oraz jako przykład wewnętrznej siły, która odpowiednio ukierunkowana, pozwoli wyrwać się z kręgu zła zaciskającego się wokół bohatera. Tak czy inaczej, film za kilka lat będzie stawiany na równi z "Ojcem Chrzestnym" i na stałe wpisze się w tomy historii kina.
10/10
Gregorius
|