|
|City by the sea|
Czy wierzysz w klątwy? Jeśli tak, to możesz uznać ten film jako potwierdzenie twojej wiary. Rodzina głównego bohatera jest tego doskonałym dowodem, kolejne pokolenia mężczyzn z tego rodu nie mają styczności ze swoimi genetycznymi ojcami.
Na początku był człowiek, który, jako kierowca woził bardzo bogatych ludzi, pewnego dnia obmyślił plan porwania dziecka dla okupu. Traf chciał, że maluch zaplątał się w płótna położony na tylnym siedzeniu samochodu i zmarł. Uznano, iż to szofer z premedytacją je udusił i posłano go na krzesło. Skazaniec zostawił po sobie syna. Sierotę przygarnął policjant, który był winny śmierci jego ojca. Dorastający chłopak powiedział sobie, że nigdy nie zrobi nic złego i tak się stało, został stróżem prawa. Spłodził syna, niestety niewierna żona doprowadzała go do szału, doszło do rękoczynów a w konsekwencji do rozwodu, dziecko zostało z matką i nie oglądało ojca aż do czasu, gdy nie dorosło i nie popadło w konflikt z prawem...
Tak zaczynają się dzieje rodziny LaMarca przedstawionej w "City by the sea". Wszystko kręci się wokół morderstw i ojcowskiej miłości. Dzieło dosyć ciekawe, wprawia człowieka w zadumę i zamyślenie "Co bym zrobił gdybym był na jego miejscu?". Policjant o mieniu Vincent LaMarca, który ma niesamowicie złe wspomnienia i kiepskie kontakty z synem w jednej chwili dowiaduje się, że jest dziadkiem, a jego latorośl jest narkomanem i mordercą, oskarżonym o zabicie dilera narkotykowego oraz policjanta, w dodatku partnera Vincenta. Nie do uwierzenia, że jeden człowiek może mieć tak zaplątane i krzywdzące życie. Ma wyrzuty sumienia, że nie był przy dziecku i pozwolił mu wyrosnąć na to z czym on walczył. Co prawda w końcowych scenach jedna się z synem i przeprasza za wszystko, co zrobił nie tak jak, powinien, lecz w ostatnich sekundach widzimy jego zasmuconą i zgnębioną minę, zamiast pogodnej pełnej nadziei. W niektórych momentach fabuły czułem się jak gdyby mówiła ona po części o mnie, bo czy ktokolwiek z nas nie miał takiego okresu, że całe poukładane życie sypało mu się na głowę (może w mniejszym stopniu niż głównej postaci, ale były takie czasy)? Ja miałem, dlatego utwór ten przemawiał do mnie dość jasno.
Gra aktorska dość dobra, aczkolwiek można by się przyczepiać, co do min robionych przez De Niro (główna rola), nie chodzi tu o jakieś głupawe uśmieszki, lecz o ciągłą powagę, która w niektórych scenach odstaje od klimatu. Co do nastroju, gdy dowiadujemy się już, na czym kręcić się będzie akcja zaczynamy odczuwać ciekawość następnych działań policjanta, które jakby nie patrzeć są dramatyczne. Z kolei koniec nie jest w stanie zadowolić lubiących happy end widzów.
Muzyka hmm nie wiele mogę o niej napisać, bo po prostu nie skupiłem się dość dobrze i umknęła mojej uwadze, co jest swego rodzaju plusem, bo nie przeszkadzała w oglądaniu, czyli jest dobrze dopasowana do zdarzeń.
W utworze widzimy kilka banalnych dialogów, typu żal dorosłego syna do ojca za nieobecność na rozgrywkach międzyszkolnych w football'u. Mimo takich "tricków" nie zniechęcamy się do filmu.
Ocena: 7/10 (za rolę główną i nie potrzebne sceny)
Odi
metalowy_Odi@poczta.fm
|