|
|Szyfry Wojny|
Mieszkanie w malym mieście ma to do siebie, że filmy do kina docierają falami. Jak nie ma nic ciekawego, to nie pozostaje nic innego, jak tylko czekać na kolejny "przypływ" spowszedniałych już w większych miastach nowości w przytłaczających ilościach. Co jednak pozostaje, gdy takowych nie ma? Należy grzecznie udać się do pobliskiej wypożyczalni...
Dawno już byłem w tym przybytku, dawno. Jednak przekroczywszy jej próg od razu dostrzegłem znajomą mi facjatę Nicolasa Cage'a na okładce kasety pod tytułem "Szyfry Wojny". Zapłaciłem ciężką, aczkolwiek pewną ręką (bo pieniędzy u mnie ostatnio niedostatek) i udałem się do domu. O filmie słyszałem dość sporo - i to mierząc w obie strony skali ocen.
Pierwsze, co zazwyczaj rzuca się w oczy przy oglądaniu opakowania na kasetę, to nazwiska. Tak też było tym razem. Nicolas Cage, to według mnie aktor ciekawy i nie bojący się podjąć co cięższych ról. Tutaj gra prześladowanego wyrzutami sumienia żołnierza, który dostaje zadanie specjalne - cokolwiek ciekawe. Mianowicie, ma chronić Kod Navaho za wszelką cenę.
"Windtalkers", jak w oryginale brzmi tytuł dzieła Johna Woo, można przetłumaczyć jako "Wietrzni Gawędziarze". Jest to kryptonim nadany służącym w armii USA, podczas II wojny światowej, żołnierzom pochodzącym z plemienia Navaho. na podstawie języka tychże opracowano kod, który jako jednyny nie został złamany w czasie walk na Pacyfiku. Dlatego też, ochrona kodu wg dowództwa niekoniecznie musi się pokrywać z ochroną swoich chłopców. I na tym jest oparty główny wątek filmu.
Joe Enders (Nicolas Cage) ma ochraniać młodego Indianina, a zarazem pilnować, by w razie problemów Japończycy nie mieli sposobności na wyciągnięcie zasad kodu Navaho. Zadanie niby proste, jednakże pomiędzy żołnierzami nawiązuje się przyjaźń... Ponadto sierżant musi przeciwstawić się poczuciu winy - pod jego rozkazami zginęli wszycy podlegli mu ludzie.
Filmy wojenne osadzone w realiach II wojny światowej zazwyczaj ukazują wydarzenia z frontów europejskich. Tym bardziej więc byłem ciekawy walk na tropikalnych wysepkach. I muszę przyznać, że te ukazane są w "Szyfrach Wojny" znakomicie. Oglądając sceny batalistyczne od razu przypomniała mi się ekranizacja znakomitej książki pt. "Cienka Czerwona Linia". Klimat podobny, otoczenie także. Pofałdowane, tropikalne tereny, umocnione siecią japońskich okopów i stanowisk ogniowych stanowiły nie lada przeszkodę dla armii Wuja Sama. Żołnierze padali, jak muchy, smagani zabójczą pogodą i ogniem nieprzyjaciela. Plusem filmu jest ukazanie tego wszystkiego. Jednakże, w przeciwieństwie do "Cienkiej Czerwonej Linii", "Szyfry Wojny" cechują się szerszą perspektywą. Tam kamera patrzyłą głównie z perspektywy drużyn, zaś tutaj częste są kadry ogejmujące całe pole walki. Pomysł ciekawy i widowiskowy (samoloty i działa okrętowe!), jednakże, w moim odczuciu, odrobinkę za bardzo - ale cóż, w końcu to Johny Woo.
Skoro już jesteśmy przy nazwiskach... Reżyseria jest ciekawa. Widząc tereny bitwy, Johny Woo skupił się na ukazaniu walk w sposób przystępny, a jednocześnie surowy. O ile wspomniane wyżej widoki panoramiczne, są nieco (ale naprawdę niedużo - stylowo coś a'la Pearl Harbour) przekolorowane, o tyle walka wręcz, na bagnety, na ogół ma swój klimat i drapieżność. Napisałem "na ogół", gdyż zdarzają się sceny, które, przynajmniej mi, zalatywały Jackie Chanem. Jednakże ma to miejsce jedynie w marginalnej ilości - przy okazji innego Navaho. Nie licząc jednakże tej wpadki - jest dobrze. Sugestywnie wyglądają dialogi prowadzone przez bohaterów, co może trochę dziwić, zważywszy na styl reżysera.
Jednakże zapewne jest to zasługą aktórów. Cage dobrze wywiązał się ze swojej roli. Animowany przez niego żołnierz jest niepewny, przybity niezwykłym rozkazem. Stara się izolować od podopiecznego. Jednakże budowany przez niego mur pada pod naporem szczerości młodego Indianina. Co tu dużo mówić - obydwie role były ciekawe i dobrze odegrane. Cage po raz kolejny pokazał, co potrafi i zaprezentował grę co najmniej na poziomie właściwym własnemu nazwisku. Po prostu odwalił dobrą robotę, ale nic ponadto. Pozostaje jednak pytanie, czy to wystarczy?
Filmy wojenne charakteryzują się muzyką, która powinna budować klimat. Zazwyczaj są to jakieś instrumenty perkusyjne - werble, etc. przemieszane z innymi. Takie marszowe dźwięki, przechodzące zależnie od akcji w spokojne podkreślenia. Ścieżka muzyczna w "Szyfrach Wojny" jest niestety dość nierówna. Owszem, podobały mi się dźwięki płynące z głośników podczas scen w obozie. Miłe uchu były przygrywki na flecie i organkach, jednakże podczas niektórych starć z japońskimi oddziałami do mych uszu dobiegało coś zgoła innego i niestety, nie pasującego do klimatu.
Przykładem niech tu będzie scena, w której bohaterowie, będąc pod ostrzałem próbują dotrzeć do radiostacji. Scena może byłaby dobra, jednak sknociła ją muzyka. Już pierwsze takty przypomniały mi ścieżkę ze stareńkiej gry Return Fire. Być może nawet bezpodstawnie - nie zmienia to jednak faktu, iż tło muzyczne w tym wypadku jest chybione.
Prawdę mówiąc, biorąc "Szyfry wojny" z półki spodziewałem się dobrego kina wojennego z dramatem. Widziałem nie tylko znakomitą, opartą na faktach opowieść o roli rdzennych Amerykanów w wydarzeniach na frontach Pacyfiku, ale i osadzony w tychże ramach konfilkt sumienia. Studium wewnętrznego rozdarcia pomiędzy obowiązkiem a przyjaźnią. Spodziewałem się wyeksponowania ludzkich uczuć i wartości na tle wojennej zawieruchy. Jednakże po zakończonym seansie musiałem zweryfikować swe poglądy.
Jako film wojenny "Szyfry..." spisują się dobrze - kule latają, ludzie giną, kolejna historia z łańcucha konfliktów ludzkości stoi przed widzem. Gorzej zaś dzieło Johna Woo przedstawia się jako dramat pełną gębą. Wydaje się, że sam wątek podjęcia decyzji przygasł trochę pod naporem efektów. Nie jest to wina aktorów, czy scenariusza. Osobiście kierowałbym się ku opinii, że zawinił reżyser. Gdyby tak na czele zespołu stanął kto inny? Ale cóż, jest to jedynie "gdybanie" - a film jaki jest, taki jest. I zasługuje na...
-7/10
Gregorius
|