Europropaganda – czyli jak zniechęcić Polaków do "TAK" w referendum...
Tekst ten pisany jest w pierwszej połowie maja, a więc prawie na miesiąc przed referendum. Przypatrzę się w nim dokładniej programom, które mają pomóc nam w podjęciu decyzji "TAK" czy "NIE".
Od jakiegoś już czasu telewizje, zarówno ta publiczna (która sama sobie nadała ostatnio nagrodę, która wcale nie istnieje) jak i prywatna nadają programy, które za zadanie mają informować o Unii Europejskiej. Czy informują?
Początkowo do głosowania na "tak" przekonywało widzów dwoje młodych ludzi, którzy zapewne przejęci swą rolą, wypadli "jak przez okno". Z tych programów wychwyciłem jedynie, że powinien do mnie przyjechać "euro-bus". Do dzisiaj go nie widziałem...
Następnie w tajemnice integracji wprowadzał nas pan Wołoszański, o którym można powiedzieć dużo dobrego, ale na pewno nie to, że się nadaję do tego, by promować integrację. Chodził więc po jakichś starych zamczyskach (zapewne z czasów II wojny światowej) i mówił, jak to będzie dobrze.
W tym momencie nie było dobrze. Każdy kolejny pomysł gorszy od poprzedniego. Dwójka zaczęła nadawać program "Europa da się lubić", w którym obcokrajowcy mieszkający w Polsce, albo Polacy, którzy kiedyś stąd wyjechali, opowiadają o swoim życiu w krajach Unii.
Obecnie emitowana jest seria programików w których wystąpili m.in. Daniel Olbrychski, pielęgniarka, hodowca kurczaków, mleczarz, oraz ksiądz z Nadarzyna! Wszyscy oni przekonywali, że już w czerwcu 2004 roku zamiast deszczu z nieba polecą euro. Troszkę przesadziłem, ale już na wstępie popełniono znaczny błąd mówiąc tylko o korzyściach płynących z integracji. One będą, ale czemu nie rozwiewa się prawdziwych wątpliwości, w zamian za to mydląc oczy "jak to będzie dobrze". Że będzie lepiej, to wiemy chyba wszyscy. Każdy, kto był chociaż raz w jakimkolwiek kraju UE, wie, że w rozliczeniu generalnym można na tym tylko zyskać.
Gdzie więc popełniono błąd? Wymienię tylko kilka. Choćby "ksiądz z Nadarzyna" – kto interesuje się teologią, ten wie, że Nadarzyn jest dla Świadków Jehowy czymś podobnym do Jana Pawła II dla Polaków. Twórcy zupełnie to zlekceważyli. Można porównać do do: "Rzym??? A co tam jest??? A... Ta fajna pizzeria!!!". Nie wiem, jak zagłosuje wspólnota jehowicka, ale mam obawy. Rzecz kolejna – brak jakiejkolwiek dyskusji. Owszem, od czasu do czasu zaprosi się do studia pana Leppera czy Giertycha, ale zazwyczaj rozmowa z nimi to próba ośmieszenia gościa. Weźmy sobie takiego Jędrka L. - że chłopina kontrowersyjny to wiadomo, że inteligentny też, czego do wiadomości nie chcą przyjąć kolejni prowadzący zapraszający pana Andrzeja do swego studia. Lepperowi i Samoobronie należy się szacunek choćby przez wzgląd na to, że są drugą siłą polityczną w Polsce. Wprawdzie nie identyfikuję się z programem Samoobrony (inna sprawa, że nie ma chyba czegoś takiego jak "program Samoobrony", bo jest on koncertem życzeń "dla każdego coś miłego"), ale dopóki w Polsce nie wykształci się kultura polityczna to o kulturalnych dyskusjach nie mamy chyba co marzyć (i proszę mi nie przypominać o początkach kariery politycznej pana Leppera, jedni zaczynali na blokadach i strajkach, a drudzy w KC).
Kolejny skandalik - kto właściwie wygrał przetarg na nakręcenie filmów promujących integrację? Nikt, bo żadnego przetargu nie było! A filmy nakręciła firma pana Tobera Z&T (dawniej Zeitz & Tober), ot, tak po znajomości zapewne. W sumie nie ma się czemu dziwić, filmy takie jak ich ojciec – czyli nijakie.
Krótko podsumowując, taktyka unikania prawdziwej debaty dotyczącej warunków naszej akcesji do UE może okazać się krótkowzroczna, a w czerwcu większość z nas może stwierdzić: "Przecież ten nasz rząd nic nam takiego nie powiedział, żeby nas zachęcić". Stwierdzenie to jak na razie jest zupełnie zgodne z prawdą, mam jednak nadzieję, że wszyscy podejmiemy wybór, którego nie będziemy musieli się wstydzić w przyszłości...
Zlotto
zlotto@interia.pl