część1 - Dyżur

8.30- pierwsze w tym dniu wezwanie. Szybko dopijam kawę, zakładam charakterystyczną, zielona kurtkę
i zbiegam po schodach. Nagrzany samochód gładko wytacza się na pustawe jeszcze ulice, a syrena rozdziera panującą wokół martwą ciszę. Przedwczesny poród. Docieramy bez problemu na miejsce przeznaczenia, sanitariusz z lekarzem szybko wbiegają do niepozornego budynku, by po chwili wyprowadzić stamtąd słaniającą się na nogach kobietę. Pacjentka ląduje na noszach. Syrena, powrót. Poród zdaje się być już zaawansowany, przez ryk syreny docierają do mnie jęki położnicy. "Nie tutaj, babo, nie tuuu"-myślę, jak zawsze w takich przypadkach. Nachodzą mnie wspomnienia kilku innych takich "akcji" Kiedyś było już bardzo blisko, ostatecznie pacjentka urodziła w szpitalnej windzie... Na szczęście tym razem docieramy na czas, więc odpada sprzątanie ambulansu. Wierzcie, narodziny to cud, ale naprawdę nie chcielibyście po tym sprzątać ukochanego autka.

11.14- Spokój to rzecz względna. W jednej chwili patrzysz sobie spokojnie na telewizorek, a w drugiej wrzask dyspozytora przyprawia cię o wybicie z fotela, jakiego nie powstydziłby się sam Adam Małysz. Tym razem sprawa jest poważniejsza- potrącenie pieszego na A2 (autostrada). Z daleka widzimy już błyski policyjnych świateł i obowiązkowy tłum gapiów na poboczu. Kierujący ruchem policjant smętnie kręci głową i przepuszcza nas przez blokadę. Widok jest porażający. Na rozbitej szybie mercedesa pozostały już tylko ślady krwi i... ludzkiego, rozbitego mózgu, a bezwładne ciało młodego chłopaka leży na poboczu otulone kocem termoizolacyjnym. Kierowca mercedesa siedzi w otwartym radiowozie i płacze. Takiego widoku się nie zapomina. Nic tu po nas, wracamy. Przechodzi mi ochota na obiad.

13.48- Wracają koledzy z drugiej załogi R. Oni mieli mniej szczęścia, niż ja dziś rano. Wypadek z piłą - złamane ostrze utkwiło w szyi ofiary. Przebicie tętnicy, utrata dużej ilości krwi, ale jeszcze żyje. koledzy zdejmują zakrwawione fartuchy, uniformy, wchodzą kolejno pod prysznic. Na podjeździe przed SOR-em (Szpitalny Oddział Ratunkowy, czyli Ostry Dyżur) kałuża krwi, z którą zaciekle walczy kilka salowych. Karetka doszczętnie zalana... Humor uległ gwałtownemu ochłodzeniu, przez najbliższe kilka godzin wszyscy będą gapić się bez słowa w pudło zwane telewizorem...

17.21- Wezwanie do starszego mężczyzny - podejrzenie zawału. Na drugim mijanym skrzyżowaniu adrenalina skacze mi gwałtownie- jakiś dupek w sportowym wozie myśli, że jest pępkiem świata i czynem bohaterskim jest nie przepuszczenie karetki na sygnale. Palancie, wiesz, że ktoś może umrzeć przez twoją beztroskę? A może przez wycie twoich subwooferów nie przedziera się dźwięk syreny. A może to ja zapomniałem ją włączyć? Nie, na szczęście lewa strona pozostaje wolna- inni kierowcy najwyraźniej nas słyszą i widzą. Przedzieramy się dalej. "Pocieszam się", że mogło być jeszcze gorzej. Najgorsi są "głusi" kierowcy TIR-ów "bohatersko" zajeżdżający drogę ambulansowi. Czasami też zdarza się, szczególnie w zatłoczonym centrum, przemykać chodnikami... ale zdążyć trzeba. Czy wiecie, co czuje załoga, gdy 200 metrów przed celem dostaje komunikat, że pacjent już nie potrzebuje naszej pomocy... albo świadomość, że gdyby poszkodowany dotarł do szpitala kilka minut wcześniej, to zapewne wciąż cieszyłby się życiem? I tym razem jest podobnie, tyle tylko, że dotarliśmy na czas. Po 45 minutach reanimacji omdlewają mi ręce, którymi uciskam klatkę piersiową pacjenta. Po odruchach organizmu i wyrazie oczu mężczyzny widać, że to koniec. A przecież za moimi plecami stoi cała rodzina tego człowieka, ludzie, dla których znaczy on bardzo wiele. I teraz nagle trzeba przerwać akcję, ustalić czas zgonu... oni jeszcze wierzą, że ten człowiek zostanie uratowany. Przecież jeszcze rano czuł się wspaniale... Wraz z sanitariuszem i pielęgniarką zbieramy sprzęt, wychodzimy na dwór. Reszta należy do lekarza...

18.12- Z OIOM-u przychodzi informacja, że ofiara piły zmarła. Boże, po co my to robimy? Przywozimy tych ludzi, chcemy, żeby przeżyli, żeby cieszyli się tą marną egzystencją jeszcze przez jakiś czas. I co? Taka jest nagroda- trzech denatów w dniu dzisiejszym, a jeszcze dwie godziny do końca zmiany. Chociaż, nie powiem, bywało gorzej. Jak wtedy, gdy w wypadku przeżył tylko 5 - letni chłopczyk. Zginęli jego Rodzice, Babcia i roczna siostrzyczka. Transportowaliśmy go do szpitala dziecięcego na tomograf, a on przez całą drogę pytał, gdzie jest tatuś i dlaczego mamusia była cała we krwi... to było straszne. Cały wieczór po tym dyżurze nie odzywałem się do własnej rodziny, a później poszedłem jak najprędzej spać- byle tylko o tym nie myśleć. Czy po 20 latach pracy w tym zawodzie nie powinienem być odporny na takie sytuacje... nie..chyba nie...

20.00 - koniec zmiany. Przychodzą koledzy. Cały dzień beztrosko spędzili ze swoimi rodzinami. Są wypoczęci, zadowoleni. I ja taki będę pojutrze, kiedy znowu pójdę na dyżur... Nie wolno wspominać tego, co się widziało, przeżyło w ciągu tych godzin. Człowiek wykończyłby się psychicznie. Jedynie kilku młodzików jeszcze się zadręcza. Przywykną... Taki zawód w końcu...

część2 - I w nocy Bóg zabiera ....

20.00 - Nocny dyżur to zupełnie inna bajka. Inne wypadki, inne zachowania, inny, napędzony kofeiną, czas reakcji. Jakby większe znieczulenie na dziejące się wokół rzeczy. Często równie przerażające, jak w ciągu dnia. W mroku rozświetlonym reflektorami wszystko wydaje się jakieś inne. Pamiętam, było to jakieś 10 lat temu... nie zdążyłem dojść do poszkodowanego, gdy rozległ się paniczny wrzask młodej pielęgniarki. Wiecie, co znalazła na środku ulicy? Ludzką głowę. To był straszny wypadek, coś, czego się nie zapomina... Żołądki pielęgniarki i lekarki tego nie wytrzymały... Chcecie inne przykłady? Ta noc była dla mnie jednym wielkim przykładem...

20.34 - Czasem mam szczęście. Nocka mija spokojnie, zdarzy się jeden, może dwa wyjazdy do lekkich stłuczek czy złamanej nogi (wierzcie mi, nogę można złamać nawet w nocy... tak jak ta Pani, która w ubiegłego Sylwestra wyszła świętować o północy na dwór i poślizgnęła się na oblodzonym chodniku... swoją drogą, Pani podobno była bardzo ładna, co osłodziło trochę moim kolegom ten Sylwestrowy dyżur ;-)) tym razem zabrakło widocznie szczęśliwego pierwiastka... Zderzenie- osobowy kontra Kamaz. Brak ofiar śmiertelnych, ale... podjeżdżamy, reszta ekipy wysiada, ja zawracam karetką i do nich dołączam. Osobowym jechało dwóch dzwudziestolatków. Pasażera wyciągnięto, ma lekkie wstrząśnienie mózgu, ale poza tym jest ok. Kierowca nie miał tyle szczęścia, wciąż siedzi zakleszczony w kabinie, prawdopodobnie ma pomiażdżone nogi. Boże, człowiek wyje z bólu, a jedyne, co możemy zrobić to podać zastrzyk przeciwbólowy, tlen i koc... i może jeszcze przytrzymać za rękę. Gdzie do jasnej Anielki jest Straż? Po chwili, która wydaje się wiecznością podjeżdża czerwony pojazd, a strażacy delikatnie rozcinają karoserię... Boże, taki młody chłopak... prawdopodobnie nic już nie uratuje jego nóg... to nawet nie była jego wina... Najchętniej odsunąłbym się od tego, poczekał w wozie... ale nie, muszę tam być, ponieść nosze i patrzeć... patrzeć na człowieka, któremu błąd innej osoby zrujnował życie.

1.15 - Kolejny wypadek. Jadą dwie karetki, mamy informację o czterech rannych osobach. Na miejscu oczom naszym ukazuje się wrak samochodu przekręcony na dach. Udzielamy pomocy dwóm poszkodowanym, trzeci nie ma większych obrażeń. Brakuje czwartego. Po chwili poszukiwań odnajdujemy jego zwłoki... pod dachem. Wgniecione w ziemię, zmiażdżone ciało, czaszka... Jemu już nic nie pomoże. Pozostali dwaj trafiają na SOR. Chwilę stoję przy tym lżej poszkodowanym, zaglądam mu w oczy, reaguje prawidłowo, rozmawia ze mną. O życie drugiego walczą na sali. Przegrywają. o 2.43 przychodzi wiadomość, że ten drugi też zmarł- urazy wewnętrzne. Przecież z nim rozmawiałem... Chce się wyć...

4.40 - ponure zakończenie... Wezwanie do wypadku motocyklowego. Wiecie, gdybyście tyle lat pracowali w pogotowiu, to określenie "dawca organów" nabrałoby dla Was nowego znaczenia... młodociane głąby, byle szybciej... Temu dzisiejszemu się udało, ma 'tylko' złamaną rękę i trochę się poobijał. Do wesela się zagoi, jak to mówią. Ale nie wszyscy mają tyle szczęścia. Tak jak ten motocyklista od siedmiu boleści, który kilka lat temu, o 6 rano wyjechał z piskiem opon spod dyskoteki. Jechał z dziewczyną, chciał się pewnie popisać, jaki to on mądry, szybki... Akurat wąską drogą wyjeżdżał jakiś ciągnik, z wielkimi kolcami wystającymi poziomo z naczepy (nie wiem jak to się nazywa...) chłopak nie zdążył wyhamować. Dziewczyna odleciała kilka metrów dalej, zginęła na miejscu, poskręcane żelastwo, które kiedyś dumnie zwało się motocyklem skończyło w pobliskim rowie, a chłopak... ten kilkunastoletni dzieciak... po prostu zawisł... kolce przebiły go na wylot. Gdy dojechaliśmy na miejsce, tym, co pierwsze rzuciło mi się w oczy i wryło w pamięć na zawsze, był widok księdza, który namaszczał chłopaka... Wiecie, gdzie? Tam, gdzie kask łączy się z ubraniem... tylko w tym miejscu nie było krwi... I pamiętaj o tym, gdy następnym razem wsiądziesz na motor, Zdobywco Świata...

8.00 - koniec zmiany, czas wrócić do swoich domowych problemów, odespać tę noc i zapomnieć o wszystkim... Hm.. i jeszcze opowiedzieć córce o wszystkim, co się dziś w nocy działo... bo ona też chce zostać ratownikiem. Mimo, że już od dłuższego czasu opowiadam jej o wszystkich najgorszych wypadkach, ona wcale się nie poddaje. Może to jej przeznaczenie... tak, jak i moje?

Caron & her Father.

ps- tekst był pisany przeze mnie (czyli to właśnie ja jestem tą wspominaną na końcu córką ;-), ale zawiera to, co opowiedział mi mój Ojciec... Wszystkie przedstawione tu wypadki wydarzyły się NAPRAWDĘ, żaden z przykładów nie jest fikcją literacką.
Tekst ten powstał w hołdzie wszystkim pracownikom pogotowia ratunkowego, a także ma na celu sklonić czytelników do refleksji, nad kruchością i ulotnością ludzkiego życia, a także utwierdzić ich w przekonaniu, że szpital w Leśnej Górze jest miejscem baaardzo fikcyjnym :-) Cieszcie się życiem... póki je jeszcze macie...


ps2- a na poprawienie humoru, jako, że nie potrafię się długo smucić- wypowiedź mojego Ojca o młodzikach w tym zawodzie:

"Bo z młodymi to jest tak. Przychodzi taki na pierwszy dyżur i od razu chce jechać na sygnale. Najchętniej by przyjechał na miejsce wypadku, wrzucił pacjenta do wozu i znowu jechał na sygnale :-) Ale spoko, to mija po jakichś pięciu latach" :-)