pan_T.A.Rej

Siedem grzechów głównych "AM"*



    Pojawiały się w "Action Magu" rady dla piszących, pojawiały się też artykuły krytyczne - czy to o poszczególnych tekstach, czy o całym magu. Ale wszystkie one miały jedną wspólną cechę. Były mianowicie pisane przez piszących - dla piszących o piszących. A co z czytelnikami? Przeciętny "czytacz" zazwyczaj głosuje na pismo (artykuł, felieton, opowiadanie - wstaw co chcesz) oczami - może je przeczytać, lub nie. Redakcja normalnego (czyli kupowanego, np. w kiosku) czasopisma dowiaduje się o swoich błędach, albo sukcesach przez spadek, lub wzrost ilości kupujących. Autor piszący dla takiego czasopisma może się dowiedzieć o swojej popularności (lub jej braku) z listów od czytelników. A co pozostaje tekściarzom z "AM" i samemu "AM"? Ankieta? Ale w jakiej formie? Elektronicznej? To dla wybrańców, którzy mają dostęp do netu (pomijam tzw. kawiarenki internetowe, ponieważ część ludzi nie mających modemu, czy innego ustrojstwa - nie zna się na tym, a część jest zbyt leniwa, by męczyć się z ankietą poza domem). A może zwyczajny, wysłany pocztą list? To rozwiązanie znów pominie tych, którzy są zbyt leniwi, by iść na pocztę.Właściwie nie ma rady na zapoznanie się ze zdaniem tej czytającej,  ale nie piszącej (bo zbyt leniwej, lub nie mogącej pisać) rzeszy. Dlatego postanowiłem w miarę swoich skromnych możliwości pomóc i "popełnić" krytykę (której, jak wiadomo, prawdziwa cnota się nie boi) Action Maga i tekstów w nim zamieszczanych. Ale krytykę - jako zwykły, szary czytelnik (i nie ważne, czy czytam "AM" od początku, czy dorywczo, czy może mam go na swoim monitorze po raz pierwszy). I nie będę pisał o tym, co mi się w tekstach podoba, a co nie, bo gusta są różne, i to, co lubię ja, nie musi lubić ktoś inny, a od eliminacji marnych tekstów jest duet redaktorów- egzekutorów. Nie będę się też czepiał błędów logicznych typu "fakt autentyczny" (to są fakty nieautentyczne, nieprawdziwe?), co przypomina "masło maślane". Ani, tym bardziej, błędów ortograficznych. To o czym jest zamieszczony niżej tekst? Ano, jest opinią Zwykłego, Szarego Czytelnika o "Action Magu" i "Tekstach".


Przyjemność czytania

   Osiem godzin siedzenia przy komputerze w pracy. Potem, jeszcze dodatkowe trzy godziny przed monitorem w domu, bo robota w lesie, a szef marudzi. Czy - to młodzi czytelnicy -   kilka godzin wpatrywania się w zeszyt w szkole, potem obowiązkowa lektura, i - dla przyjemności - książka . Oczy już zmęczone, ale wreszcie można poświęcić trochę czasu na "Action Maga". wreszcie można odpocząć od szkoły, czy pracy i zanurzyć się w świecie felietonów. Ale co to? Jaskrawobiałe tło świeci jak halogen, razi w oczy. Po chwili rezygnacja, odkładanie tekstu na później. Inny atr. Co za ulga dla oczu - przyjazne, stonowane tło. Ale zaraz, gdzie są litery? A, są, to te znaczki, niewiele różniące się kolorem od podłoża, pewnie wstydzą się biedactwa treści, jaką niosą, i maskują się. Zdarza się też, że literki są tak małe, że nawet ustawienie wielkości tekstu na 200%, niewiele pomaga (przyganiał kocioł garnczkowi, co? To niebieskie tło i żółta czcionka...).
    Cóż, czytający może sobie zmienić tło, wielkość, czy kolor liter, plik z HTML-u na txt. Może. Ale może też zrezygnować z czytania. Najczęściej szkoda, bo teksty są naprawdę dobre. A co do mieszania w tekstach - wszelkie zmiany wymagają działania. A czytelnik jest wygodny i  z natury leniwy (dlatego jest czytelnikiem, a nie piszącym), i zmieniać nic mu się nie chce. Czytelnik, jeśli już zdecyduje się na czytanie, to dla przyjemności. I autora obowiązkiem jest, tą przyjemność (zarówno intelektualną, jak i tą związaną z wygodą czytania) mu dać, bo to czytelnikowi należy się, jak psu buda.

Kłótnie, polemiki i Hyde Park

    Swego czasu p. Smuggler zaproponował pewien sposób na prowadzenie polemiki. Fakt, sposób przyjęty ogólnie, ale nie jedyny. A od tamtej pory namnożyło się krojów i kolorów czcionki, aż nazbyt wiele. Jeżeli w jednym tekście polemizuje kilka osób,  i każda w innym kolorze (np. żółta czcionka na białym tle, patrz grzech opisany wyżej), to czytelnik ma prawo się w tym wszystkim pogubić, czy wręcz do tekstu zniechęcić. A przecież są i inne metody polemizowania z cudzym tekstem. Świetnym przykładem jest odpowiedź p. Lecha Jęczmyka na esej p. Marka Oramusa (Oba teksty w "Miesięczniku Fantastyka" z 1984 roku). Albo p. Antoni Słonimski i p.Jarosław Iwaszkiewicz. (obaj z grupy "Skamander"). Moją ulubioną metodą (jako czytelnika),  jaką stosują piszący w swoich - nazwijmy rzecz po imieniu - kłótniach, jest  persyflaż.
    A same kłótnie? Czytelnika (więc i mnie) nie interesują rozgrywki między autorami (jeżeli takie są, a w swej naiwności wierzę, że nie). Jeśli jeden autor nie zgadza się z drugim, niech to sobie wyjaśnią w prywatnej korespondencji, a nie na szacownych łamach. Co innego, gdy polemizuje się z tekstem, nie z piszącym. Taką "rozmowę" chętnie przeczytam, a nuż dowiem się z niej coś nowego, interesującego. Ale zwykłe pyskówki, wypominanie sobie małych grzeszków, łapanie za słówka, chamskie teksty (tych ostatnich, dzięki "stojącym na bramce do maga" p. Q i E, już prawie nie ma)? Jak bym tego szukał, to "Nie" bym sobie kupił, albo poszedł do baru Na Mojej Ulicy.
    Dział "Teksty" jest tym dla piszących do Action Maga, czym Hyde Park dla mieszkańców Londynu. Wypowiedzieć może się każdy, na każdy temat. Byle nie obrazić królowej. Ale kto (co) w AM jest królową?

Język, czyli co ja czytam?

    Język, jako stwór żywy, ciągle się zmienia, ewoluuje. Przybywa angielszczyzny, coraz więcej jest obcych wtrąceń w naszej ojczystej mowie. I dobrze, może kiedyś ludzie będą mówić wspólnym dla wszystkich mieszkańców Ziemi językiem?
     Idąc dalej tym tropem, coraz więcej jest skrótów - zarówno w mowie, jak i w piśmie ("mag" zamiast "magazyn"). Coraz więcej symboli, zastępujących słowa, zdania, czy całe opisy, uczuć choćby. Co trochę w tekście można się natknąć na dwukropek z nawiasem, czy średnik i nawias. Znak czasów, nowoczesność, czy może brak umiejętności, by opisać uczucia? A może autor uważa czytelnika za głupca, który nie wie, w którym momencie ma się śmiać? Czytając niektóre teksty, czuję się tak, jakby autor mówił do mnie: " :) - dwukropek i nawias - w tym miejscu, szanowny czytelniku, masz się śmiać, bo to, co tu piszę, jest śmieszne. A zaznaczam to, bo może sam byś się nie domyślił, że opowiedziałem dowcip." Sam Einsteinem nie jestem, ale wiem, co mnie śmieszy, i kiedy mam się śmiać.
    Jeszcze sprawa języka. W dawnych numerach "AM" pełno było "rulezów", "suxów", czy innej pseudo angielszczyzny. Związane to było może ze specyfiką pisma, z powiązaniem maga z komputerem, a więc i z internetem. Ale to zanikło. A co zostało? Wtrącanie całych zdań po angielsku. Tak sobie myślę, że skoro autor koniecznie musi się pochwalić znajomością języka, to czemu napisał w nim tylko parę zdań? Czemu cały tekst nie jest po angielsku? Przecież czytelnik (który może znać sto innych, prócz angielskiego, języków) nie musi czytać danego tekstu. Wystarczy, że zauważył znajomość języka przez autora.
    Przeciętny człowiek zna trzy tysiące słów. Człowiek oczytany - już około dziesięciu tysięcy. By się porozumieć, wystarczy tych słów tysiąc. Niektórzy znają ich tylko sto, a dogadują się z każdym, na każdy temat. Czym zastępują resztę? Najłatwiej wulgaryzmami, wszelkimi "k***a", "ch*j" i innymi, wtrącanymi co drugie słowo. Tylko, Szanowny Autorze, jeżeli nie umiesz się wysłowić, to czemu bierzesz się za pisanie? Może powinieneś zacząć od czytania, zanim sam spróbujesz cos naskrobać?

Tematy, czyli radość pisania (do kogo ta mowa?)

    Radość pisania. Tak, ale, czy radość czytania? Pojawiają się teksty pisane chyba tylko dla przyjemności piszącego. Teksty, z których aż bije w oczy radość autora, że wreszcie dorwał się do klawiatury.Choć pisać można o wszystkim, nawet - szuldigun, habibi - o dupie Maryny (de gustibus non disputantum, jak juz pisałem, co się mnie podoba, nie musi komu innemu), jednak ważny jest sposób podania treści. Jeżeli ktoś opisuje swój dzień powszedni, niczym nie różniący asie od dnia przeciętnego czytelnika, w dodatku robi to w sposób nieciekawy, to tekst taki - że powtórzę za Mistrzem, jest niekonieczny. Czytelnik mógłby się obejść bez istnienia takiej pisaniny. Ale, gdy ktoś pisze o zwykłych, banalnych nawet sprawach w interesujący sposób ("Ulisses" - o czym to jest? O spacerze po mieście?), to chętnie coś takiego przeczytam, choćby to był wykład o wpływie wojny z Saddamem na plony buraka cukrowego w Polsce w latach 2003 - 05.
    Nie jest tu moim celem podawanie autorom tematów, ani tym bardziej pouczanie ich, o czym (i jak) mają pisać. Zresztą, urok "AM - Teksty" tkwi w różnorodności tematów i - przede wszystkim - nastrojów. Można "skakać" z tekstu skłaniającego do zadumy, na tekst dowcipny, rozweselający. Z poważnego, zaangażowanego, na luźny, wręcz o niczym.
    O jednym tylko autor powinien pamiętać. Każdy artykuł musi gdzieś czytelnika prowadzić. Siadając do klawiatury, trzeba wiedzieć, o czym się chce pisać. Bo myślenie w stylu: "aby zacząć, a dalej jakoś poleci" zazwyczaj (choć nie zawsze) nie prowadzi donikąd. A czytelnik lubi, gdy autor go gdzieś doprowadzi. Gdziekolwiek, choćby na manowce, ale lepiej tam, niż donikąd.


Nos dla tabakiery?

    Od czasu do czasu w "Action Magu" czytam artykuły, z których dowiaduję się, jakie autor ma doświadczenie (ile to tekstów nie napisał), i jak zawiódł się na magazynie. Jak to kiedyś pięknie było, a teraz, to... Może dobrze, że redakcja publikuje takie  krytyczne eseje, bo jaki by był krzyk, gdyby  Szacowny Literat nie ujrzał swojego dzieła na monitorze. Ale z drugiej strony, mnie - jako czytelnika - nie interesuje, co tekściarz myśli o piśmie, dla którego tworzy. Z prostego powodu - ja swoje zdanie o tym piśmie już mam, a jeśli już o nim dyskutuję, to bardziej mnie interesuje, co ono zrobiło dla czytających, niż - dla piszących. Czasem mam wrażenie, ze komuś się pomyliły priorytety, że to nie tabakiera dla nosa, ale odwrotnie. Czym jest aktor bez publiczności, czym pismo bez czytelników? Skoro mag jest dla piszących, a nie dla czytających, to po co go publikować?
         Pisać można dla siebie, ale czy do siebie? Dla siebie, bo dla sławy, kasy, ujrzenia swego nazwiska (nicka) w piśmie, czy jako wprawkę przed pójściem na dziennikarstwo. Choć najlepsze teksty powstają, gdy autor, jak - nie przymierzając - dziewczę do kawalera - tak on do pisania, Wolę Bożą poczuje. Wtedy, jak dziewczęcia w domu, tak tekstu w głowie autora, nic już nie utrzyma - musi wyjść na zewnątrz, ukazać się światu i czytelnikowi. Ale nawet wtedy piszący powinien pamiętać, że zwraca się do czytelnika. To On ma zrozumieć tekst, Jemu ma się pismo spodobać, do Niego musi być zaadresowane.Inaczej to wszystko nie ma sensu. Bo co z tego, że wysmażysz sążnisty esej, skoro nikt go nie przeczyta? Co z tego, że stworzysz pismo dla piszących, skoro braknie w nim miejsca dla najważniejszych recenzentów - czytających? Wydaje mi się, że ten zwykły, Szary Czytacz jest siłą napędową każdego pisma. Jest takim samym stymulatorem dla piszącego, jak kobieta dla mężczyzny (i abarotna). Stymulatorem, ale i sensem, dla którego zarówno pismo, jak i sam piszący - istnieją.


Ściąganie - tak!

    W jednej ze szkolnych czytanek było takie zdanie: "Rycerze ściągali ze wszystkich stron". Mogli rycerze, mogą, a nawet powinni i piszący. Choćby tytuły - np. "Lot nad kukułczym gniazdem" - zrzyna z dziecięcej wyliczanki. A ile tytułów ściągnięto z Biblii, Szekspira ("Psy Wojny"), z poezji w ogóle? A nazwiska bohaterów? Większość współczesnych pisarzy twierdzi, że bierze je z listy płac, wyświetlanej na zakończenie filmu (to skąd w takim razie brano nazwiska przed powstaniem kina?).
    A styl? A tematy, klimaty i cytaty? Już starożytni twierdzili, że nihil novi sub sole. Jesteśmy, czy raczej nasze teksty są, sumą naszych doświadczeń, tego, co kiedyś przeczytaliśmy. Ściągał (inspirował się, świadomie, czy nie) Mistrz Tolkien z mitu Arturiańskiego, z "La Morte d'Arthur" sir Thomasa Malory'ego. Ściągał i sam Mistrz Sapkowski (pierwsza scena "Wiedżmina" - nie kojarzy się ze spaghetti westernem?).Bez ściągania (i wymogów epoki, i paru innych składników, oczywiście) nie mielibyśmy poszczególnych epok w literaturze. Gdyby Wielki Elvis nie "ściągał" z "czarnej muzyki", czego byśmy słuchali dzisiaj? (że to nie literatura? Ale też sztuka. I to przez durze "S" A o trendach w literaturze możecie się dowiedzieć, choćby w szkole). A z naszego podwórka - ot, choćby szanowny Pasibrzuch. Przy którymś z jego tekstów zastanawiałem się, czy pod tym pseudonimem nie kryje się p. Rafał A. Ziemkiewicz (pisarz i felietonista - doskonały - jakby ktoś nie wiedział). Jeśli chodzi o Pasibrzucha, to nie tylko styl, ale i poglądy kojarzyły mi się z p. Ziemkiewiczem (to pochwała, nie przygana, spróbujcie pisać tak, by dogonić{jeśli nie prześcignąć} mistrza, co udało się Pasibrzuchowi). Nie wiem (i nie interesuje mnie to, a na łamach "AM" się tylko domyślam), czy jeden czytał drugiego, czy podobieństwo stylu pisania jest przypadkowe, ale piszą świetnie.
    Nie namawiam tu do przepisywania cudzych tekstów i podpisywania ich swoim nazwiskiem.Takie praktyki z inspiracją nie mają nic wspólnego, a od wycinania takich cwaniaków jest sekator - eliminator w postaci Red. Nacz. "AM". Nie mnóżcie też Juzefów nad potrzebę (jeden taki typ na świecie wystarczy aż nadto). Ale inspiracja, wzorowanie się (byle nie na kimś piszącym do maga, bo w efekcie wszystkie teksty wyglądały by tak samo) na znanych i uznanych - proszę bardzo, jako czytelnik nie mam nic przeciwko. Gdzie tu grzech - ktoś zapyta? Już wyjaśniam. Niektóre teksty wyglądają tak, jakby autor nie czytał nic prócz "AM". A to powoduje wtórność, powtarzanie się tematów i - co powtarzam za jednym z autorów - mnożenie Juzefuw.


Czwarty rodzaj prawdy?

    Prawda, jak powiadają, jest jedna. Nie licząc gołej prawdy, świętej prawdy, i - pardon, maine druzja - gówno prawdy. Do tej wyliczanki dodać jeszcze trzeba prawdę literacką, licentia poetica (wiem, wiem, to nie to samo). Jakieś dziesięć lat temu p. Sapkowski (wspominałem już o nim powyżej) opublikował w "Nowej Fantastyce" esej "Piróg, albo Nie ma złota w Szarych Górach". Szacowny autor (Autor) w paru punktach minął się z prawdą (za pewne z premedytacją). A mimo to, co najmniej raz w roku wprawkę tą czytam z wielką przyjemnością, pokładając się za każdym razem ze śmiechu. Jako czytelnika, nie interesuje mnie, czy autor pisze prawdę, czy nie. W trakcie czytania gotów jestem uwierzyć nawet w istnienie elfów, czy w siłę nieczystą na Patriarszych Prudach. Z chwilą, gdy rozpoczynam czytanie, zawieram umowę z piszącym, że bez zastrzeżeń wierzę we wszystko, co przeczytam. Nawet w dobrobyt w Związku Radzieckim. Więcej, z wypiekami na - bladej zazwyczaj - twarzy czekam na następną porcję kłamstw. Jeśli są podane w interesującej formie.
    Ale gdy ktoś próbuje mnie przekonać do swoich poglądów, wiary, czy chce mnie czegoś nauczyć, to kłamstwo jest niedopuszczalne. Jeśli, choćby w jednym zdaniu złapię autora na kłamstwie, automatycznie odrzucam cały tekst (cygan - jak powiada nasze tolerancyjno - anty rasistowskie porzekadło - raz przez wieś przejdzie).
   

* Autor przedstawił powyżej opinię jednego czytelnika, ponieważ nikt mu nie dał prawa, by wypowiadał się za innych. Stąd częste "ja, mnie" i tym podobne. A sam autor wzorował się na znakomitym eseju p. Marka Oramusa "Siedem grzechów głównych polskiej science fiction", zamieszczonym w "Fantastyce" (nr.7/34/85), ale gdzież mu do (polecanego przeze mnie) oryginału.

    Jak powiedział pan_T.A.Rej, wszystko płynie (słyszałem, że powiedzenie "panta rhei" przypisał sobie Heraklit z Efezu, ale to kłamstwo, bo pan_T.A.Rej, to ja. A ja wiem, kiedy i co powiedziałem). Z tego względu zdaję sobie sprawę, że zanim tekst (jeżeli w ogóle) zostanie opublikowany, część (jako czytelnik mam nadzieję, że wszystkie) grzechów się zdezaktualizuje.

W czasie pisania słuchałem panów A. Sapkowskiego, L. Jęczmyka, M. Oramusa, M. Parowskiego i J. Parandowskiego. I jeszcze mojej żony (wyłącz to pudło i kładź się spać).



Buszujący w tekstach
pan_T.A.Rej


Co ma piernik do trzech razy sztuka?