Rasizm - skąd się bierze?
Ostatnio miałem możliwość poznać - i to w brzydki sposób, bo z autopsji - jak "rodzi się" nietolerancja, rasizm, nacjonalizm, czy inny "izm". Zanim jednak o tym opowiem, zaznaczę, że zawsze daleki byłem (i dalej jestem) od wszelkiej nienawiści (z wyjątkiem tej do niektórych systemów politycznych, a wynikającej z moich konserwatywnych przekonań), a szczególnie tej uzależnionej od koloru skóry, wiary czy pochodzenia. Wręcz przeciwnie! Z racji swoich częstych - dawnych - wyjazdów zagranicznych, mam wielu znajomych wśród innych "obywateli świata". Z Niemiec, na przykład przywiozłem, że tak powiem, znajomość zarówno z Niemcami, jak i z Turkami. Ze znajomymi z Anglii - Anglikami, Pakistanami i ortodoksyjnymi Żydami (tych ostatnich lubię - myślę, że z wzajemnością - szczególnie. A to z racji tego, że przez pół roku pobytu w Menczesterze mieszkałem i pracowałem w gminie żydowskiej) do tej pory koresponduję, choć niestety coraz rzadziej. Skąd więc moje zaznajomienie się z nietolerancją? Hmm...
W wyniku kilku niesprzyjających okoliczności, od pewnego czasu jestem osobą bezrobotną, aktywnie szukającą pracy. A z powodów rodzinnych i osobistych nie mogę na razie opuścić domu i wyjechać "za chlebem" do innego miasta, czy państwa. Nie tak dawno razem z żoną zastanawialiśmy się, czy stać nas na kupienie dzieciom książek do następnej klasy (ok. 150PLN komplet), czy pieniądze - uzyskane z "nielegalnej" pracy - przeznaczyć na jedzenie. Padło na to ostatnie, bo książki można kupić w wakacje, na sztuki. A łatwiej wydać kilka razy po 20PLN, niż na raz 300. Z moich osobistych, prywatnych rzeczy został mi tylko komputer, resztę trzeba było wymienić na środki płatnicze. Do CDA mam dostęp jedynie dzięki uprzejmości kolegów, którzy po przeczytaniu (jak myślę), pismo i "czerwoną płytkę" oddają mi, sobie zostawiając jedynie płytę z grą. Piszę to nie po to, by wzbudzić współczucie, czy - częściej - uśmiech niedowierzania, ale by nakreślić pewien obraz, tło...
Jak już wyżej napisałem, ostatnio "z zawodu" jestem Intensywnym Poszukiwaczem Pracy. Moje osiemdziesięciotysięczne miasto zwiedziłem w szerz i wzdłuż, trafiłem do takich firm, o których istnieniu nie miałem pojęcia. Widziałem, dla przykładu, jak robi się butelki w małej, przydomowej hucie szkła. Dziennie staram się odwiedzić do 10 firm. W niektórych są wymagane specjalne kwalifikacje, w innych nie, ale powtarza się pewien schemat, jedno pytanie, które mnie z miejsca dyskwalifikuje jako pracownika. W jednej z takich firm usłyszałem nawet, że z moim specyficznym wykształceniem, znajomością języków i z wiedzą o używanych przez nich programach, spadłem im z nieba. Ale potem padło to pytanie - klucz, które zamyka mi drzwi do pracy. Mianowicie, czy mam grupę inwalidzką? Nie? To dziękujemy, do widzenia. Żeby wszystko było jasne. Firmy, które odwiedziłem, nie są zakładami pracy chronionej. W większości były to sklepy, czy hurtownie.
Z początku byłem tym zdziwiony, potem rozżalony, wreszcie po kolejnej wizycie w jakimś zakładzie, czy sklepie, byłem już zwyczajnie wściekły. Wtedy też złapałem się na brzydkich, okrutnych wręcz myślach. Może nie czułem wtedy nienawiści do ludzi niepełnosprawnych, ale byłem już w pobliżu nietolerancji, a na pewno nie można mych myśli nazwać poprawnymi politycznie. Zaraz jednak zstąpiłem na ziemię i zacząłem się (do redakcji: tego "się" nie zmieniać, nie poprawiać na "sobie", bo to uświadamianie miało formę wewnętrznego dialogu, w sensie, że uświadamiałem sam siebie) uświadamiać, że to nie wina osoby niepełnosprawnej, tylko naszego kochanego systemu. Systemu, który na siłę pomaga ludziom. A że taka pomoc doprowadza do łamania prawa ("lewe" grupy inwalidzkie)? To już nikogo z naszych kochanych bosów nie interesuje(?).
Nie tak dawno, w drodze na ponowny obchód miasta, spotkałem kolegę. Ten, ucieszony ze spotkania, ciągnął mnie na kurs, organizowany przez Wyższą Szkołę Biznesu. Kurs, jak się od niego dowiedziałem, jest sam w sobie ciekawy, kosztowny (ponad 3000PLN, ale koszt w całości pokrywany przez Urząd Pracy), przydatny, i, co najważniejsze, połowa uczestników po jego zakończeniu, dostanie pracę. Ale, z mojego punktu widzenia, ma jedną wadę. Mianowicie, by móc w nim uczestniczyć, trzeba być... zameldowanym na wsi! Tak, można w to nie wierzyć, ale tak jest! A to dla tego, że częściowo refundowany jest przez Fundusz Rozwoju Wsi. Pierwsze skojarzenie? Że wraca stare, tzn. punkty za pochodzenie i wszystko, co z tym jest związane, a co znamy z opowiadań rodziców, czy z filmów o "WIADOMYM OKRESIE".
Z tej samej "beczki" - w Urzędzie Pracy wisi ogłoszenie, z którego wyczytałem, że do pewnej firmy
potrzebny jest ktoś taki, jak ja (tzn. z takim wykształceniem i z takimi
kwalifikacjami). Ale problem jest ten sam, co z kursem, czyli stanowisko jest
dla mieszkających na wsi. Pomyślcie teraz, jak byście się czuli, gdyby na wasze
miejsce przyjęto do pracy jakiegoś outsidera? Ja właśnie tak się poczułem. Ale,
po chwili przypomniałem sobie, że przecież sam, po skończeniu szkoły, więcej
czasu spędziłem za granicą, niż w kraju. A tam (tzn. za naszą - i nie tylko -
granicą), by móc zwiedzać, najpierw musiałem zarobić. Czasem legalnie (co
oznacza, że nikt z krajowców nie chciał pracy, którą ja wziąłem), a czasem
"na czarno", czyli zabrałem
pracę komuś innemu.
Do powyższego - nie jestem za
tym, żeby ludzi mieszkających na wsi nie zatrudniać w mieście. Przeciwnie.
Twierdzę tylko, że każda "pomoc" ze strony państwa utrudnia, czy nawet
uniemożliwia godne, dostatnie życie (dobrym przykładem są podatki, z których
część przeznaczana jest na pomoc dla biednych - czyli i dla mnie .
Wątpliwa ta "pomoc" utrudnia mi znalezienie pracy, bo pracodawcy nie stać
na wysokie koszty, związane z zatrudnieniem jeszcze jednej osoby {i ne chodzi tu
wcale o wypłatę, bo ta wynosi tylko ok. 30% kosztów, jaki musi pokrywać
pracodawca}).
Można sobie wyobrazić, że gdybym nie tłumił nienawiści do innych, obcych, to, idąc dalej tym tropem, mamy antyfeminizm - czy może raczej mizoginię? (dlaczego do sklepów przyjmują głównie kobiety? Ja też chcę być ekspedientką! A ta praca za 7000PLN z zakwaterowaniem? Czemu tylko dla dziewczyn?), czy rasizm (temu Arabowi, co ma sklep, powodzi się lepiej, niż mnie, może więc trzeba mu dokopać? A może to przez niego jestem biedny, czy niedouczony?). Czy wręcz szowinizm (tylko MY jesteśmy OK, reszta to kretyni {przecież słychać, że ten Wietnamiec nawet mówić wyraźnie nie umie}, spekulanci {ci Ukraińcy tylko wódą po bazarach handlują} i podstępni degeneraci {to Bułgarzy, którzy przysyłają na zakręty (de curwe) swoje kobiety, by zarażały AIDS-em naszych kochanych kierowców TIR-ów}.
Do czego zmierzam? Ano, do tego, że prawdziwy rasizm, nacjonalizm, czy szowinizm bierze się z braku (tu można wstawić co się chce: pieniądze, jedzenie, pracę, powodzenie u przeciwnej płci {bo ten murzyn rwie panny, a ja nie}, czy cokolwiek komuś przyjdzie do głowy). A myślenie w stylu: "kolega jest skinem i nienawidzi żydów, murzynów i cyganów, to i ja też tak chcę, bo może wtedy będę silny", żadnym rasizmem nie jest. To raczej głupota. A głupota, jak wiadomo, może być niebezpieczna, i to zarówno dla głupiego, jak i (a może bardziej?) dla postronnych...
Na koniec jeszcze taka mała dygresja - czym się różni socjalizm od kapitalizmu? W kapitaliźmie pracodawca przyjmie do pracy najlepszego, a w socjaliźmie - uprzywilejowanego.