W SZEREGACH WIELKIEGO
WOOJA,
czyli wojsko mnie nie
chce :)
Ponieważ pojawia się coraz więcej tekstów
o wojsku, postanowiłem też napisać coś od siebie... Tak... Pewnego pięknego
czwartku, czyli dzień przed próbną maturą, obudziłem się z błogą świadomością,
że oto mam stawić się na tzw. Powiatowej Komisji Lekarskiej i Poborowej.
Jedyną moja bronią był wydany w szkole świstek, który na rok zwalniał mnie
od powszechnego obowiązku obrony RP. Wsiadłem więc do autobusu, wiedząc,
że jak na razie mnie to nie dotyczy, a przede mną ponad półgodzinny przejazd
na tzw. zadupie, gdzie mieścił się, nazwijmy to, punkt docelowy. A moje
miasto ma to do siebie, że centrum nie leży w środku wszystkich dzielnic,
lecz po drodze i tworzą one coś w rodzaju koła. W środku las... Wniosek:
droga będzie długa i kręta. Gdy tylko autobus wyjechał na główną ulicę,
zobaczyłem porozwieszane flagi. "Dzięki, nie musieliście" - pomyslałem.
:) Wreszcie minąłem centrum, gdzie bus zaczął się wyludniać. Następnie
zaś wjechał do lasu (to takie coś w środku naszego miasta :), aby odwiedzić
jedną z dzielnic, a następnie wrócić na główną ulicę. Tak więc widzę przystanek,
wstaję... a ten się tu nie zatrzymuje. Na żądanie, czy coś? Na takim zadupiu
to raczej normalne. No pięknie... trza będzie z buta iść. :)
Dochodzę wreszcie do przystanku, który
minąłem. Na szczęście nie był na żądanie, a autobus i tak by tam nie stanął.
;))) Patrzę idzie dwóch kolesi. Pomyślałem: co oni robią na tym odludziu?
Chyba to, co ja. Idę sobie więc za nimi. Po drodze mijam zawieszoną na
drzewie tablicę, by nikt przypadkiem się nie zgubił w drodze do armii.
:) Po chwili orientuję się, że "kolegom" do wojska wcale nie śpieszno i
wracam. Bez problemu znajduję właściwe drzwi, w zasadzie mogłbym od razu
liczyć na siebie. W środku pełno ludzi. Ekipa Komisji poszukiwała tajemniczego
Mistera Sampla (pewnie jakiś muzyk - stąd to nazwisko :). Inny koleś, którego
nie znałem nawet z widzenia, miał w torbie identyfikator z mojej szkoły.
Potem były krótkie rozmowy z komisją w celu tzw. ewidencji. Pytali się
nawet o zainteresowania, tylko nie wiem, po co. Teraz pomyślcie chwilę
o jury. :) OK. Kontynuuję. Jeden koleś wyszedł z radosnym okrzykiem "Dostałem
się". :) Następnie odbyły się badania zdrowotne - do tego zmierzam.
Wchodzę. Pielęgniarka pyta, czy mam jakieś
zaświadczenia. Mówię, że tylko o wadzie wzroku. Daję książeczkę: "Gdzieś
tam jest". "Bardzo śmieszne. Nie mogłeś poszukać?". Potem było standartowe
ważenie i mierzenie (min. ciśnienia w tempie ekstra - nawet nie zauważyłem,
kiedy :). Pytają mnie o wadę wzroku. Rzucam z pamięci: "Pięć". Komisja
zdziwiona: "Pięć?". Oglądają moje krzywe plecy i za chwilę mam wrócić po
zaświadczenie.
Podpisuję. Biorę. Wychodzę. Czytam: "wada
wzroku, kytoza piersiowa (skrzywienie kręgosłupa), trądzik (!)". Myślę
sobie wesoło :) "No to kategorii A nie będę już miał". Patrzę: D! Tylko
tyle wystarczyło, żeby mieć wojsko z głowy! Bez żadnego kombinatorstwa.
Czytam wyniki, śmiejąc się sam do siebie. Nawet mnie nie interesowało,
że niektórzy mogli się ze zdziwieniem temu przyglądać. Później okazało
się, że wadę wzroku to ja nieświadomie troszkę zawyżyłem :). Ale zaświadczenie
dawałem - można było sprawdzić. A poza tym jedno oko mam i tak dużo słabsze,
więc w sumie niewielka różnica. Potem już tylko wystarczyło cierpliwie
czekać na wydanie książeczki. Zapytałem, czy mam znowu przyjść za rok.
"Nie, pan ma kategorię D i już więcej tu nie przyjdzie". Święte słowa.
:)
Jaki z tego morał? W moim przypadku wystarczyło
bardzo niewiele, aby wojsko znać tylko z legend i opowieści.
A przecież badanie nie wykazało jakichś
specjalnych "nieprawidłowości". :) Chyba po prostu miałem szczęście z tą
komisją. I już nie muszę się martwić o studia.
Mr.S.
GRATULACJE SŁAĆ NA:
for_am@wp.pl :)
P.S.1. A tak poza tym to: "Padnij!"
P.S.2. Ostatnio byłem przenieść się do rezerwy. Ech... widzieć na sobie te zawistne spojrzenia typów, którzy myśleli, że jak nie przyjdą w pierwszym terminie, to wojsko im odpuści.