Z wizytą na stołówce
czyli jak skutecznie zjeść obiad, zanim on zje ciebie


Niniejszym ostrzega się o mrocznych zamiarach Autora tego tekstu, mającego na celu omamienie umysłów czytelników. Autor, jako kreatura skrajnie złośliwa, będzie tutaj czynił wszystko, co w jego mocy, by zepsuć komukolwiek humor, zniesmaczyć, doprowadzić do ciężkich urazów psychicznych tudzież zdeprawować.



Jednym z najważniejszych, strategicznych miejsc, wchodzących w skład każdej porządnej uczelni wyższej jest stołówka. Czy muszę tłumaczyć, dlaczego? Wiadomo wszak, że głodny student to zły student. Zły student to również student niewyspany, niewyalkoholizowany i nienaimprezowany, ale o tym kiedy indziej. Dzisiaj o jedzeniu. Jak już wspomniałem, sytuacja, w której połowa studentów nagle umiera z głodu jest władzom uczelni wyższych skrajnie nie na rękę. Dlatego też właśnie buduje się stołówki. Nie wyciągajcie jednak zbyt daleko idących wniosków - nikomu na świecie, oprócz może samych zainteresowanych, nie zależy na tym, aby studentom w jakikolwiek sposób ułatwiać życie i stołówka nie jest tu żadnym wyjątkiem, o czym zaraz się przekonamy.

Naszą desperacką próbę zapełnienia żołądka zaczynamy od stania w kolejce, a nawet - dwóch kolejkach. Jedna po zakup numerka (jeśli nie zainwestowaliśmy w niego wcześniej), druga po obiad właściwy. Długość przeciętnej kolejki nawiązuje do tradycji wywodzących się z pamiętnych czasów gierkowskich. Czyli mówiąc krótko, kolejka jest długa. Oczywiście, w pewnym stopniu zależy to od pory, w której postanowimy przeprowadzić szturm na stołówkę. Paradoksalnie, w godzinach otwarcia stołówki, kiedy należałoby się spodziewać minimalnej frekwencji głodomorów (jest to około południa, a więc pora, kiedy każdy szanujący się student powinien jeszcze głęboko spać), stołówka przeżywa istne oblężenie. Pewnie myślisz sobie, że wykażesz się sprytem i przyjdziesz później - dupa blada. Okazuje się, że stali stołówkowi bywalcy charakteryzują się imponująco wysokim współczynnikiem jednomyślności i również, zgodnie jak jeden mąż, przymaszerują później. Jakby były mało, że kolejka rozciąga się na cały obszar stołówki, to na dodatek posuwa się ona w ślimaczym tempie naprzód (ludzie na samym jej początku mają w dupie tych z końca, więc nie śpieszy im się zbytnio z ładowaniem łupu na tacki). Mimo wszystko wypada się śmiać z dowcipów typu "Uwaga na zakrętach, bo wyrzuca" lub "Nie dostań czasem zadyszki w tej kolejce". Tak więc jedynym skutecznym sposobem na niespędzenie w kolejce reszty dnia jest modlitwa. Czasami można też trafić na kumpla, stojącego akurat w przednich partiach kolejki, wówczas wystarczy stanąć obok niego i udawać, że to tylko zwykła pogawędka. Stojący za kumplem osobnicy z pewnością szybko oswoją się z sytuacją i zapomną, czy stałeś wcześniej w tej kolejce, czy nie (co za ofiary losu, tak między nami).

Kolejnym krokiem jest zapoznanie się z jadłospisem. Wcześniej nie mogliśmy tego uczynić, gdyż wszelkie ściany, na których dało się cokolwiek wywiesić, były hermetycznie obstawione przez kolejkujących. Nie ma jednak czego żałować, gdyż jadłospis, nawet jeśli jest aktualny, to i tak nie zawiera opisu tego, czym będą cię dzisiaj próbowali otruć. Po dość długich i żarliwych sporach doszliśmy z kumplami do wniosku, że widocznie personel stołówki uważa, iż rzeczywisty opis serwowanych dań miałby spore szanse odstraszyć wszystkich potencjalnych "klientów". I nic dziwnego... Rzucamy więc jadłospisowi spojrzenie pełne pogardy, w duchu łudząc się nadzieją, że z całej listy chociaż kompot się zgadza.

Etap następny naszej wyprawy to Świątynia Rozczarowań. Do nadania jej tej nazwy przyczyniła się w znacznej mierze naiwność czy też brak doświadczenia, którym wykazuje się wielu stołujących się ludzi - owo rozczarowanie wynika, jak nietrudno się domyślić, z rażących niezgodności między malowniczą treścią jadłospisu (o ile mimo wszystko jest aktualny), a szarą rzeczywistością. My jednak, uprzedzeni o tutejszych zwyczajach, przyjmujemy wygląd naszego przyszłego dania ze stoickim spokojem. Po otrząśnięciu się z ewentualnych konsekwencji kłótni z panią kucharką o powód, dla którego nie ma dzisiaj deseru, możemy przystąpić do próby przetransportowania naszego obiadku do jakiegoś spokojnego i zacisznego miejsca konsumpcji, najlepiej do stolika.

Kwestię transportu wypadałoby omówić dokładniej, gdyż mamy tu do czynienia ze niewiarygodną podłością, wręcz o pomstę do nieba wołającą. W normalnej stołówce (o ile takowe istnieją, w co ja, z perspektywy tych ponad dwóch dekad na karku, nie bardzo już wierzę) zjadacze obiadów mają do dyspozycji tace o adekwatnej powierzchni, umożliwiające im w miarę bezpieczne doniesienie całości obiadku do miejsca przeznaczenia. W stołówkach nienormalnych, czyli między innymi w tej, którą mam zaszczyt nawiedzać, praktykuje się jednak okrutną i niewyszukaną rozrywkę, polegającą na udostępnianiu tacek niewiele większych od talerza. Pewnie wydaje im się bardzo zabawne, kiedy biedni studenci usiłują na tym skrawku rozmieścić talerze: z zupą, drugim daniem, sałatką, deser, kompot i sztućce na dodatek (o opcjonalnym chlebie do zupy nie wspominając). I kiedy jeszcze podejmują próbę doniesienia tego wszystkiego do stolika, a jest to próba wymagająca iście akrobatycznych umiejętności i z góry skazana na przegraną.

Aby dopełnić obrazu tego skandalicznego widowiska dodam, iż jego finał to zwykle albo wielkie zjednoczenie (jedno z dań, najczęściej zupka, wchodzi w reakcję chemiczną z pozostałymi, a skutki takiej reakcji, biorąc pod uwagę podejrzane składniki użyte do produkcji zupki, mogą być nieprzewidywalne), albo twarde lądowanie (obiadek ląduje na podłożu), albo wielka kłótnia (obiadek ląduje na innym studencie, który zazwyczaj za grosz zrozumienia w takim wypadku nie wykaże, nawet jeśli sam się wpakował na twoją tacę). Tak czy inaczej, sytuacja godna pozazdroszczenia to to nie jest. No, chyba że poszkodowany w wersji trzeciej jest płci przeciwnej - wówczas istnieją nawet pewne szanse na ciekawą i pouczającą przygodę (och, co za pech, moja zupka wylała ci się na dekolt, pozwól, że pomogę ci ją wytrzeć...).

Pierwszą rzeczą, jaką powinno się zrobić po przekroczeniu progu stołówki, jest zarezerwowanie sobie jakiegoś dobrego miejsca. Naturalnie jednak, jeśli po przejściu przez ów próg czeka na ciebie ciężki szok, spowodowany przyjęciem do wiadomości długości kolejki, trudno jest myśleć o zajmowaniu miejsc - trzeba się pakować do tej kolejki. Jednak w tych rzadkich sytuacjach, gdy tłok jest mały, trzeba sobie od razu zaklepać stolik. Jeśli pora roku jest chłodna, czynność ta nie stanowi wielkiego problemu, wystarczy powiesić na upatrzonym krześle kurtkę (wiele stołówek posiada szatnie, z których jednak skwapliwie nie korzystamy). Gorzej w przypadku panowania temperatur średnio przyjaznych człowiekowi, wówczas jednak zawsze można poratować się przez ściągnięcie bluzy, która od biedy może zastąpić kurtkę. Całkowita tragedia ma miejsce, gdy temperatura na zewnątrz uniemożliwia nakładanie na siebie bluz. Paradować po stołówce z nagim torsem raczej nie wypada. I tutaj już jedyne wyjście to jedno z rozwiązań, przedstawionych poniżej.

Odrębny problem to sprawienie, by nikt nie dosiadł się do nas. Nie będziemy przecież martwić się o innych, kiedy idzie o naszą wygodę, a ta jest niezwykle ważnym elementem w procesie jedzenia obiadu. Najlepiej jest wtargnąć na stołówkę grupowo, by zająć w ten sposób wszystkie możliwe miejsca przy wybranym stoliku. Ale takie wyjście mija się z celem, bowiem tak czy inaczej przy stoliku będzie ciasno, a komfort jedzenia, jak już wiemy, jest odwrotnie proporcjonalny do liczby współbiesiadników. Co zrobić, aby mieć stolik tylko dla siebie? Cóż, dobrym sposobem byłoby obstawienie go minami przeciwpiechotnymi, ale z tym jest pewien problem, mianowicie - mają one za dużo ubocznych efektów specjalnych, mogących zwrócić niepotrzebną uwagę personelu. Poza tym pierwsza lepsza mina gotowa rozpieprzyć całą stołówkę w drobny mak, a wówczas oczywiście z obiadku nici. Dlatego rozwiązaniem optymalnym wydają się zasieki z drutu kolczastego, fosa (jakieś dwa metry głębokości i hodowla piranii wewnątrz), względnie sieć bunkrów. Pracochłonne? Cóż, taka jest cena luksusu...

Szczęśliwe dotarcie do stolika, a nawet ufortyfikowanie go nie oznacza końca kłopotów z obiadem, wręcz przeciwnie nawet. Najpierw musisz stanąć oko w oko z faktem, że twoje jedzenie nie musi wcale przypominać jedzenia. Cóż, pozostaje się cieszyć, że samo nie ucieka z talerza. O ile faktycznie nie ucieka, bo rozmaicie bywa. Wprowadzenie tego czegoś do układu pokarmowego wymaga doprawdy wiele samozaparcia i silnej woli, chyba że jesteś naprawdę głodny, wtedy człowiekowi staje się obojętne, co wcina. Proponuję spuścić zasłonę miłosierdzia na samą scenę jedzenia. Jest bowiem jeszcze jeden aspekt stołówek, którego wręcz nie wypada nie omówić.

Ciekawy jestem czy wiecie, do czego jeszcze te stołówki mogą służyć? Możliwe, że znacie kilka zastosowań, których zresztą jest sporo, ale to, co tygryski lubią najbardziej, w przeciwieństwie do personelu, to bitwy na artykuły żywnościowe. Bitwy takie mają w sumie same zalety: służą rozładowaniu stresu przed egzaminami, stanowią urozmaicenie nudnego życia studenckiego, okazję do odegrania się za zbyt małe tacki... Ale najważniejsze w bitwach jest oczywiście to, że stwarzają one możliwość wykorzystania jedzenia w celu, do którego naprawdę się ono nadaje.

Tak, tak, niektóre integralne części naszego obiadku wykazują zadziwiające własności bojowe. Zachodzi nawet podejrzenie, że lwia ich część powstała w ściśle tajnych laboratoriach wojskowych z zamiarem wprowadzenia ich na uzbrojenie naszej dzielnej armii, ale ostatecznie odrzucono je (na szczęście). Nie z powodu niskiej skuteczności bynajmniej, nawet wręcz przeciwnie - w końcu mamy różne tam konwencje genewskie i inne takie, zakazujące zabawy bronią chemiczną, biologiczną i innymi niehumanitarnymi sposobami eksterminacji bliźnich. Ale cóż, nikt nie powiedział, że to co zakazane na polu bitwy, nie jest dozwolone na stołówkach studenckich... Dlatego stołówkowe konflikty należą do najbrutalniejszych i najkrwawszych, jakie zna historia batalistyki. Nic dziwnego, skoro walczy się takim sadystycznym wyposażeniem. Pieczenie, z którymi nie daje sobie rady nawet piła łańcuchowa, kisielek o właściwościach napalmu (chodzi mi o to, że cholernie klei się do ciała, nie że się pali, chociaż kto wie), kompocik, którego opary powalą każdego... Oto najbardziej popularne rodzaje śmiercionośnej broni.

Geneza każdego zbrojnego konfliktu na terenie stołówki wiązać się może albo z nieporządkiem w kolejce, albo z różnicą poglądów na temat praw do danego stolika, albo z kolizją tackową. Najczęściej jednak bójki są wszczynane rozmyślnie, w końcu zabawa jest przednia. Przynajmniej dla koneserów food-fightów, bo pacyfiści i zwykli cywile nic zabawnego w takich wydarzeniach nie widzą i takim można zalecić jedynie bezzwłoczną ewakuację. Sam przebieg bitwy jest na ogół wielką improwizacją (nie mylić, broń Boże, z "Dziadami", prędzej już z "Monachomachią"). Oznacza to w praktyce zasadę "wszyscy przeciw wszystkim" oraz brak jakichkolwiek zahamowań. To z kolei prowadzi niechybnie do znacznych strat w ludziach oraz sprzęcie, ale jak wiadomo, są to sprawy mało istotne - liczy się ubaw.

Przeciętna bitwa toczy się aż do wyczerpania amunicji, ewentualnie do całkowitej zagłady wszystkich walczących. W przypadkach skrajnych, tj. gdy ktoś z personelu dostrzeże znaczny spadek aktywności na froncie, może dojść do interwencji jednostki sił specjalnych (w warunkach normalnych, czyli gdy bitewna pożoga trwa w najlepsze, żaden pozostający przy zdrowych zmysłach dowódca oddziału komandosów nie odważy się na wkroczenie do akcji). Jakiekolwiek by jednak nie było zakończenie batalii, po sprzątnięciu ciał poległych i dobiciu rannych na teren stołówki wkracza ekipa porządkowo-remontowa, doprowadza lokal do stanu używalności, rozstawia wazoniki ze sztucznymi kwiatkami na stolikach i już następnego dnia około południa studenckie problemy natury kulinarnej zaczynają się od nowa...




Stary Stołówkowy Wiarus
(Pewien Gość)
zlosliwiec@pf.pl