Oddałem krew


Jakoś tak się złożyło, że od dłuższego już czasu chciałem pójść i oddać krew. Ot, tak z ciekawości trochę, być może trochę z chęci przysłużenia się komuś. Ale mniejsza o to. Jakoś się wybrać nie mogłem. A to zapomniałem, a to znowu czasu nie było lub trochę przeziębiony byłem. Ale co się odwlecze, to nie uciecze - jak to mówi ludowe porzekadło. Tak też było tym razem.

Razu pewnego, gdy w najlepsze przygotowywaliśmy się na kolejną lekcję ekonomiki, do klasy wraz z naucycielką wpakowały się z buciorami dwie osoby. Jakby nie patrzeć, trochę zdezorientowani patrzyliśmy na przybyszów. Kumpel z wrodzoną sobie skłonnością do dewiacji seksualnych stwierdził, że pewnie u koleżanek, ku naszej uciesze, będą szukać raka piersi. Cóż, pomylił się oczywiście. A szkoda :). Jak się okazało, była to brygada propagandowa z Polskiego Czerwonego Krzyża. I jak już zapewne domyśliliście się, zachęcali nas, jako pełnolenie już osoby, do honorowego oddawania krwi.

Miła pani i miły pan, bo tak owa brygada wyglądała, przedstawiali wszelkie możliwe argumenty za oddawaniem krwi. Na początku oczywiście przybliżyli historię krwiodawstwa w Polsce i wszelkie tego rodzaju duperełki (w gruncie rzeczy mało kogo interesujące) po czym rozdali ulotki. Spotkanie leciało sobie w najlepsze. Niektórzy ziewali, niektórzy słuchali a jeszcze inni grali w kółko i krzyżyk. Zresztą, sami doskonale wiecie, czego spodziewać się po młodzieży, gdy za oknem słoneczko grzeje, aż miło :). Ale ja nie o tym.

Po drodze było oczywiście coś o grupach krwi, zagrożeniach zakażeniem (a raczej jego brakiem) podczas oddawania krwi i przeciwwskazaniach. I wtedy właśnie pani przeszła do najbardziej interesującej części - profitów mianowicie.
Otóż, dowiedzieliśmy się, że po oddaniu sześciu litrów krwi dostaje się książeczkę, która m.in. uprawnia do darmowych przjazdów komunikacją miejską i jeszcze kilku innych ciekawych rzeczy :). ALe mniejsza o to - wszak młodzież jest krótkowzroczna, więc ochoczo zapytaliśmy o korzyści bardziej wymierne. Jak się okazało, po zabiegu upuszczenia krwi dostaje się firmową kawę, oraz - uwaga! - osiem i pół tabliczki czekolady na łebka :). Szkoda, że nie widzieliście naszych min :). W myślach każdy już zajadał się w najlepsze pyszniutką czekoladą, która wspaniale rozpływała się w ustach, a nie na dłoni. Ale jak pokazuje życie od marzeń do realizacji spora droga. Jednak i tu z pomocą przyszedł Korpus Propdagandowy PCK :).
Miła pani z rozbrajającą życzliwością stwierdziła, że można tam także liczyć na zwolnienie z zajęć szkolnych. Powiem Wam, że gdyby na chwilę wcześniej ktoś na sali światło zgasił to nie widać byłoby żadnej różnicy. Nad sześcioma głowami męskiej populacji kombinatorów wykwitła "kreskówkowa" żarówka, radośnie obwieszczając światu szatański plan wykręcenia się od lekcji.

Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Na drugi dzień piątka cwaniaków (jak to później określiła nasza pani wychowawczyni) wpakowała się do samochodu jednego z nich i obrała kurs na przemyski szpital na Monte Cassino. Piątka - napisałem tak, gdyż jeden niestety został z dziewczyną (ach, te baby ;)).
Na miejsce dotarliśmy kilka minut po ósmej i z wrodzoną sobie subtelnością, rozwlekliśmy się po kompleksie szpitalnym w poszukiwaniu stacji krwiodawstwa. Jako że jeden z nas już oddawał krew, w miarę szybko tam trafiliśmy - aczkolwiek nie obeszło się bez pomocy bardzo miłej i ładnej pani pielęgniarki z dyżurki :).
Po wypełnieniu sterty formularzy, ankiet, podpisaniu zobowiązań do mówienia prawdy pod groźbą kary więznienia, chłosty etc. wepchnęliśmy się w białe kitle i grzecznie czekaliśmy na swoją kolej, przy okazji docinając kumplowi, żeby się nie bał igieł. Niestety nie posłuchał, ale mniejsza o to :).

Pierwszy poszedł Tomeczek - jedyny doświadczony w naszym kręgu. Ja byłem następny. Jako, że byłem pierwszy raz, pobrali mi krew do badania z lewej ręki. Następnie udałem się do pokoju na badanie ciśnienia i osłuchanie klatki piersiowej. W międzyczasie kumpel przerażowy wizją igły w predramieniu zbladł jak prześcieradło i mało się nie rozkleił. Ale wytrzymał. Nie ukrywam, że pomogły mu w tym moje stare wysłużone glany :).
Pobieranie krwi do badań szło seryjnie, podobnie jak badanie lekarskie, toteż w niedługą chwilę staliśmy prawie wszyscy pod drzwiami sali zabiegowej.
Tradycyjnie już, na pierwszy ogień poszedł ten najbardziej doświadczony - Tomeczek :). Nie byłby sobą, gdyby nie narobił jakiejś pacałychy :)). Ale, o dziwo, skończyło się tylko na gapieniu się w dekolt pielęgniarce. Przez drzwi widzieliśmy, jak leży sobie wygodnie na kozetce z rurką sterczącą z przeramienia.

Gdy jemu upuszczali co nieco, reszta z nas tradycyjnie już dołowała i pocieszała zarazem kolegę przestraszonego. Po raz kolejny pomogły moje glany i zapewnienia, że Kaśka (jego dziewczyna) wynagrodzi mu cierpienia :)). Nadeszła moja kolej.
Wchodzę, a tu na dzień dobry każą mi się umyć :). Nie żebym się nie mył, ale zapewniam Was, iż o higienę dbają tutaj na każdym kroku. Kazali wymyć dokładnie całą rękę. Miła pani (kurczę, innych praktycznie nie ma - żeby tak cała służba zdrowia wyglądała :)) po raz kolejny sprawdziła me dane osobowe, wręczyła pojemniczek z igłami, woreczek na krew, stertę rurek i kazała iść na kozetkę.

I w tej chwili dowiedziałem się dlaczego Tomeczek, który leżał już spokojnie obok i rytmicznie ruszał ręką ;) patrzył się tej pani w dekolt. Mam nawet teorię, że takie pielęgniarki oni tam celowo zatrudniają :))).
Po wkłuciu się dość grubą igłą w tętnicę na zgięciu Miła Pani Pielęgniarka kazała mi także rytmicznie ruszać ręką - znaczy się zaciskać i rozluźniać dłoń w celu zwiększenia szybkości przepływu krwi. Nie mogę nie napisać o jej troskliwości - co chwilę, z milusim uśmiechem na ustach, pytała się, czy wszystko w porządku. Oczywiście, jak na twardziela przystało potwierdzałem bez przerwy mimo mroczek przed oczami. Nie, żartuję - tak naprawdę nic mi nie było :)
Osobom przerażonym grubością igły, tudzież tryskającą krwią (powaga, przynajmniej w moim przypadku :)) powiem, że to nie jest nic strasznego. Naprawdę - nie boli prawie w ogóle. Poza tym odkryłem, że Pani Pielęgniarka nosi czarne stringi, ale to już tak nawiasem mówiąc :).
Po kilku minutach, kiedy woreczek był już pełny, a ja lżejszy o 500 ml krwi Miła (i ładna) Pani Pielęgniarka odłączyła sprzęt ssąco-pobierający, przy okazji pobierając jeszcze kilka kolejnych próbek na badania i poprosiła o chwilowe pozostanie na miejscu celem dojścia do siebie. Tak też zrobiłem. Gdy kolory twarzy i rąk powróciły do w miarę normalnego stanu, usiadłem i po tym jak siostra upewnieniła się, że trzymam się po japońsku (yako-tako :)) na nogach, udałem się do jadalni. W międzyczasie wypisano mi zwolnienie do szkoły a na salę wszedł trzeci kumpel.

Jak już mówiłem, udałem się w kierunku jadalni. Po drodze przestraszyłem jeszcze kolegę Pawła, że boli jak jasna cholera, a igła ma średnicę pół centymetra. Oczywiście kolega przyjął to sumiennie do wiadomości i zareagował, jak na twardziela przystało - zmianą koloru twarzy :).
W jadalni od ręki dostałem mocną firmową kawę i obiecane osiem i pół tabliczki czekolady. Była deserowa, melczna, z kokosami oraz z rodzynkami i orzechami. Po dokonaniu niezbędnej wymiany jakościowej (pozbyłem się deserowej :)) zasiadłem przy stoliku obok Tomeczka. Okazało się że jest troszeczkę słabszy, niż przed oddaniem krwi. Podobnie jak ja zresztą. Poczekaliśmy na resztę wariatów z klasy i udaliśmy się do szkoły. Dopowiem jeszcze, że prócz ładnych pielęgniarek, na poczekalni były ładne dziewczyny, toteż na drugi raz trzeba będzie iść nieco później, gdy większe tłumy się zejdą :).

Do naszej poczciwej budy wkroczyliśmy w glorii i chwale, cali opromienieni chwalebnym czynem jakiego dokonaliśmy i... poszliśmy załatwiać zwonienie z pytania na resztę dnia :). Wychowawczyni powiedziała, że cwaniaki jesteśmy i nic nie będzie nam załatwiać, dlatego konieczne były indywidualne rozmowy z nauczycielami przed lekcją.
Pomogły nam w tym zwolnienia lekarskie oraz czekolady, które przynieśliśmy ze sobą (a przynajmniej to, co z nich zostało :)). Poczęstowaliśmy też oczywiście koleżanki, niewątpliwie zachwycone naszą wspaniałą postawą :).


Oddawanie krwi nie jest wcale takie straszne. Szczególnie, gdy idzie się z grupą dobrych znajomych. Jednorazowo oddaje się 450 ml, jednak za pierwszym raze 500 ml - nadwyżka idzie na badania. Jeśli chcielbyście oddać krew, musicie być pełnoletni i posiadać dowód osobisty. Pomiędzy kolenymi sesjami musi być co najmniej 8 tygodni przerwy. I to naprawdę nie boli.
A dlaczego to zrobiłem? Szczerze mówiąc, nie wiem. Fakt - dostaje się czekolady, zwolnienie z lekcji lub odpytywania. Jest kupa zabawy, można się rozerwać z przyjaciółmi. Ale chyba to nie to. Schodząc z fotela ma się świadomość, że się zrobiło coś dobrego. Coś, co może komuś uratować życie.


Gregorius
fishbone1@wp.pl