Od moru, głodu i kapitalizmu uchowaj nas Panie...
Twórca polskiego cudu gospodarczego Leszek Balcerowicz jako wzór do naśladowania wymieniał Meksyk. Kilkanaście miesięcy później cała gospodarka tego kraju walnęła prosto na ryj. Cudny Leszek wytłumaczył że to przez to że Meksyk nie pozbył się do końca tej socjalistycznej zgnilizny. Mimo to jego zdaniem w Meksyku zastosowano trochę dobrych rzeczy godnych skopiowania. Jedną z nich były montownie. Pierwsze
powstały na północy Meksyku w połowie lat 60. Obecnie niczym karaluchy (lub coś równie obrzydliwego)
rozpleniły się po całej Ameryce Środkowej.
To jak się pracuje w montowniach wiemy dzięki Wendy Diaz - piętnastoletniej dziewczynce która przez kilka lat pracowała w takim miejscu w Hondurasie. Praca trwa tam 16 godzin, wynagrodzenie 31 centów za godzinę. Rozmowy podczas pracy są całkowicie zakazane, a z toalety można skorzystać zaledwie 2 razy w ciągu dnia. Jeżeli ktoś nie przestrzega warunków zatrudnienia, natychmiast jest wywalany na zbity pysk. Jeżeli ma szczęście to dostanie tylko po ryju od zarządców.
Rząd Hondurasu po faktach ujawnionych przez Wendy Diaz rozpoczął kampanię mającą na celu poprawę wizerunku montowni u północnoamerykańskich klientów. Tak dobrze przeczytaliście, nie chodzi o poprawę bytu robotników którzy zapieprzają jak murzyni na plantacji bawełny. Chodzi o poprawę wizerunku montowni!
Dlaczego te montownie są takie popularne? To proste Watsonie. Powstają one w specjalnych środkowoamerykańskich strefach ekonomicznych. Mają one tę specyficzną cechę że nikt tam nie udaje że przejmuje się takimi pierdołami jak kodeks pracy, prawa obywatelskie i podobne im niedorzeczności. Nie bez znaczenia jest fakt że nie
ma tam tych paskudnych związkowców. Jeżeli kiedyś byli to wyginęli niczym mamuty.
Właściciele montowni-w większości północnoamerykańskie (precyzyjniej amerykańskie) koncerny - mogą importować podzespoły nie płacąc ceł. Składają wszystko do kupy i wysyłają z powrotem do Stanów Zjednoczonych. Kraje w których są montownie praktycznie nic z nich nie mają. Ani ciężkiego szmalu, ani technologii. Jedyne co z tego mają to niewielkie stałe opłaty gwarantujące eksport produktów.
W montowniach przygniatającą większość (ok. 90 proc.!) stanowią kobiety. Kobiety bez mężów, bez dzieci i bez wcześniejszego doświadczenia zawodowego. Dzięki temu można im płacić dniówkę niższą od najniższego meksykańskiego wynagrodzenia (wynosi ono 4 dolary za dzień pracy). Praca zaczyna się o świcie a kończy o zmierzchu trwając w sumie 60 godzin tygodniowo. Nagminnie zdarza się że pracownice pracują przy niebezpiecznych
chemikaliach nie wiedząc o tym. Dowiedzieć się tego mogą np. gdy ślepną po wieloletnim kontakcie z rtęcią
podczas pracy w przemyśle optycznym.
Logicznym następstwem tej praktyki jest to że montownie zatruwają środowisko. Rokrocznie skażeniu przez nie ulega woda, powietrze i gleba.
W niektórych montowniach zapewniona zostaje pracownikom opieka medyczna. Cudownie można by krzyknąć. Czyżby jakaś rysa troski na fortecy wyzysku? Otóż nie. Opieka medyczna sprowadza się do tego by sprawdzać czy przypadkiem pracownica w ciążę nie zaszła. Bo jak zaszła to SRU! I już tu pani nie pracuje. Ciężarna pracownica to problem a firma problemów nie chce.
Powszechne jest zatrudnianie tam dzieci, zmuszanie by spały w fabrykach i zakazywanie chodzenia do szkoły.
Zgadnijcie gdzie produkuje się podzespoły dla firm: General Motors, Ford, General Electric, Toshiba, AT&T, Guess, Levi`s, Gap i VF Corporation?
Dziadek Mróz