Zimowy spacer, tylko drzewa i śnieg wokoło, a ja sobie podśpiewuje. Wiosenny dzionek, słońce świeci, ptaszki ćwierkają, a ja sobie gwizdam. Autobus pełen ludzi, duszno, gwarno, a ja mam walkmana na uszach. Ciągle leci coś z głośników ( teraz oczywiście też ). Już pewnie domyśliliście się, o czym będzie ten tekst.
Ostatnio zdałem sobie sprawę, że ciężko bardzo ciężko by mi się żyło bez muzyki. Nieważne gdzie jestem, nieważne jaki mam humor, trudno mi usiedzieć mając świadomość, że nic nie "leci". Gdy jestem zły słucham czegoś mocniejszego, a gdy smutny to włączam coś sentymentalnego. Ale za to, gdy mam dobry humor to słucham wszystkiego, co popadnie. A że mam dość szerokie upodobania muzyczne jest tego sporo. Z kolei każde wspomnienie Stachurskiego a capella wywołuje uśmiech na mej twarzy. Chyba każdego potrafi podnieść na duchu jego ulubiona, "pozitif wajbrenszyns", piosenka. Tak samo jesienny, deszczowy dzień robi się pogodniejszy przy rytmach "Don't Worry Be Happy" lub, jeśli ktoś lubi, jeszcze bardziej jesienny z "November Rain".
Pomyślcie sobie jak by wyglądało Wasze życie bez muzyki. Jak by to było bez radosnych, nieskoordynowanych pląsów przed telewizorem lub przy radiu, przez które ludzie często dziwnie się na Was patrzą. Aż strach pomyśleć jak by wyglądały imprezy/dyskoteki/domówki bez odpowiedniej muzyki. A jak zbudować odpowiedni nastrój w "odpowiedniej" sytuacji bez odpowiedniej muzyki :-)
Nie usłyszeć więcej "Me and Bobby McGee" czy "Nightswimming" ( tu podziękowania dla Rainmana ), koszmar... Lepiej o tym nie myśleć... A tymczasem włączcie sobie ulubiony utworek i dajcie się ponieść rytmowi...
Qbuś ( jnqbus@poczta.onet.pl )
P.S. Wszyscy fani Janis Joplin proszeni
o natychmiastowy kontakt ;-)
P.S.2 Powiedzcie, że śpiewaliście kiedyś
Satchurskiego, plisss...
"Don't cry because it ended, smile because it happened"